Mieliście w
swoim życiu do czynienia z zabobonami lub przesądami? Śmiem twierdzić, że każdy
miał. Nawet ja, człowiek starający się być ze wszech miar racjonalny, czasami
się łapię na czymś, co wywołuje po chwili poczucie żenady za własne zachowanie.
Oglądam sobie np. Vueltę (wyścig kolarski w Hiszpanii) i nagle z przerażeniem
stwierdzam, że mam zaciśnięte kciuki za Majkę. Tak mocno, że aż boli...
By jakoś
siebie usprawiedliwić, tłumaczę sobie, że to odruch bezwarunkowy, czyniony
nieświadomi i mimo woli. Gadka szmatka – zabobonny jestem i tyle, choć nie
chcę. Na swoje usprawiedliwienie w przytoczonym przykładzie mam tylko tyle, że
moich dwóch ulubionych spikerów, relacjonujących ten wyścig, czyli Krzysztof
Wyrzykowski i Tomasz Jaroński, mnie do tych zabobonów namawiają i to nie tylko
na antenie Eurosportu, ale nawet w książce „Pchamy, pchamy”. Ten słynny ich
slogan narodził się gdy Rafał Majka wygrywał swój pierwszy etap z metą na
olbrzymiej górze, a ten okrzyk wszystkich widzów i ich samych, miał Majce pomóc
dojechać do mety jako pierwszy. I pomógł – Majka wygrał! Czy trzeba lepszego
przykładu zabobonu? Majka wygrał, bo był w doskonałej formie. Wygrałby bez tych
okrzyków widzów (mojego też).
Nie, nie
będę wybrzydzał. Takie zabobony czy przesądy w gruncie rzeczy nie są szkodliwe.
Tak jak łapanie się za guzik na widok kominiarza, czy odwracanie głowy na widok
przebiegającego ci drogę czarnego kota. Nawet stukanie w niemalowane drewno nic
złego za sobą nie niesie, no może tylko w chwili rozczarowania, gdy nie
poskutkowało. Bo możesz człowieku zaklinać rzeczywistość jak chcesz i ile
chcesz, ona i tak rządzi się własnymi prawami. Wszystko jest dobrze do czasu,
dopóki nie uczynisz z tego religii.
Przez te zabobony kiedyś omal nie zginąłem śmiercią tragiczną. To było dwa lata wstecz. Pomagałem przy zakładaniu krokwi na dachu budynku. Jak to przy robocie, gadka szmatka. I jeden z młodych nagle opowiada historię z dnia poprzedniego. Jego niemowlak wrzeszczy jak obdzierany ze skóry i nie chce przestać, choć właściwie nic mu nie dolega. Zapytał żonę czy była na spacerze i czy przypadkiem jakaś stara baba nie zaglądała do wózka? Żona potwierdziła. Widać urok, nawet niechcący, na małego rzuciła. Stanął więc ten młody tata na środku pokoju, po jednej zdrowaśce do każdej ściany odmówił, w każdy kąt pokoju spluną i... mały przestał wrzeszczeć. W tym momencie dopadł mnie taki rechot z trzęsawką, że ta jeszcze niepowiązana dobrze konstrukcja dachu zaczęła się na mienie walić. Na szczęście szybko jedną ręką odpukałem w to niemalowane drewno trzy razy, a drugą złapałem się za guzik, bo za Chiny Ludowe nie mogłem sobie przypomnieć jakiego zabobonu na tę okoliczność użyć...