czwartek, 12 maja 2016

U cioci na imieninach



  Nie ulega wątpliwości, że większość z nas została wychowana w jakieś religii. Równie prawdziwe będzie stwierdzenie, że to wychowanie miało większy lub mniejszy wpływ na to, jak tę religię dziś postrzegamy. Pewnym jest też, że w takim katolickim kraju jak np. Polska zostajemy ochrzczeni, przypisani do Kościoła, nie mając na to żadnego wpływu. Mam do tego faktu swój prywatny stosunek, ale nie będę roztrząsał, tym bardziej, że ledwie osiem lat później zostajemy w podobny sposób potraktowani , gdy musimy przyjąć kolejny sakrament; Komunię świętą. Wszystko jest zależne od woli rodziców lub opiekunów, nierzadko i od dalszego otoczenia, które nigdy w żaden inny sposób nie przejawia tak swojej troski o nasze życie, jak właśnie o nasze życie duchowe. Tak zresztą dzieje się również i podczas bierzmowania czy ślubu, a nawet i do samej śmierci. To się nazywa dość brzydko; indoktrynacja, choć przyznaję, że w jakiś sposób uwarunkowana kulturowo, co ją pewnie i usprawiedliwia.

  Od zawsze słyszałem, że religia sama w sobie nie niesie nic złego, ba!, jest źródłem tylko dobra. Dziś, choć tylko po części, z tym stwierdzeniem wciąż się zgadzam. Jeśli słyszę hasła w rodzaju „Religia jest źródłem samego zła” budzi się we mnie sprzeciw. Jedna rzecz nie może być źródłem wszystkiego, tym bardziej tak bardzo skrajnego. Inaczej, ani zło ani dobro nie ma swego źródła tylko w religii, w tym bierze udział równie istotny czynnik ludzki, czy otaczająca nas rzeczywistość. Jedyny problem jaki może nas dotyczyć w tej materii, to właściwie tylko brak innej alternatywy, przynajmniej na początku naszego życia, do tego, czym karmi nas to bliższe, czy dalsze otoczenie. A karmiło się za mojej młodości obficie. Z jednej strony rodzina i katecheta, z drugiej już bardziej laicka, ale wciąż religijna komunizmem szkoła. W jednym i drugim przypadku miałem bezkrytycznie wierzyć, raz w nieomylnego Boga, dwa, w nieomylność bogów Lenina, Marksa i Engelsa (też trójca). I przyznam, że dużo łatwiej było mi się oderwać od wiary bogów komunizmu. Szybko bowiem zdałem sobie sprawę, że o żadnej równości wszystkich ludzi, bez uciekania się do przymusu, mowy być nie może.

  Każda religia też mówi o równości, najczęściej o tej, w której wszyscy są ubodzy materialnie, choć bogaci wiarą. Rzecz w tym, że każda tylko siebie widzi za właściwą. Reszta to wrogowie, których jeśli nie da się przekabacić na swoją wiarę, należy skazać na wieczne potępienie. Dobrze, jeśli w danej religii uznaje się czyściec, wtedy jest szansa, że ci wrogowie staną się bliźnimi. Ale czy na pewno? Jeśli dziś, szanowny katoliku, widzisz w muzułmaninie śmiertelnego wroga, jesteś pewny, że tam pokochasz go już z pełnym zaufaniem? Skoro nawet niektórzy aniołowie byli w stanie się zbuntować, dlaczego nie miałby były muzułmanin? Ten może się przecież poczuć mocno zawiedziony i oszukany, gdy nie będzie miał do dyspozycji siedemdziesięciu dwóch dziewic, co mu obiecywano, gdy szedł opasany materiałem wybuchowym między niewiernych. Podsumowując ten wątek, można dojść do wniosku, że choć wszystkie religie propagują jedność, tak naprawdę opierają się na wrogości wobec innych. Ta wrogość bardzo silnie łączy poszczególne grupy, co widać szczególnie dziś, w dobie zalewu Europy przez islamistów. My ich zaakceptujemy, oczywiście z pewną dozą ostrożności, jeśli oni zaakceptują chrześcijaństwo, a najlepiej, gdyby chrześcijanami się stali. I tu kolejne schody, bo powstaje następne pytanie: które chrześcijaństwo? Odłamy protestantyzmu, prawosławie czy katolicyzm? Współczuję tym, którzy mieliby to rozstrzygać.

  Sądzę, że jest wielu ludzi, którzy w głębi serca są ateistami lub agnostykami, i tylko nie potrafią się do tego przyznać, nawet przed samym sobą. Tak było przez pewien czas również ze mną. To właśnie wynika z uzależnień kulturowych, które wręcz wymuszają na nas brak akceptacji do takich laickich postaw. W naszym kraju jest z tym gorzej, bo zwykło się stawiać znak równości między ateistą a komunistą, co jest mało, że nieuprawnione, to jednocześnie upokarzające. Mnie jednak, chyba od zawsze, zastanawiało zupełnie coś innego, choć mające powiązanie z narastającym ateizmem. Śmiem twierdzić, że ludzie w zdecydowanej przewadze są inteligentni, nawet bardzo inteligentni, nawet jeśli wierzący. A jednak, gdyby zapytać, jakie motywy nimi kierują, padają zazwyczaj dwie odpowiedzi. Wiara w Boga, bez którego nic by istnieć nie mogło i oczekiwanie na wieczne zbawienie, paradoksalnie, jak najdłuższe oczekiwanie. A zapytać; jak sobie wyobrażają tę wieczną szczęśliwość, zamiast konkretnej odpowiedzi pojawia się dziwny uśmieszek. Uśmieszek politowania dla pytającego. Pytać o tak oczywiste sprawy?! Szczęśliwość to szczęśliwość. Żadnych trosk i zmartwień, żadnego cierpienia, rzekłbym: całą wieczność pełny luz jak cioci na imieninach, choć tam może być trudno o ekstazę. Nawet jak się znudzi taka nasiadówka, można wyjść na spacer z ukochanym psem i podziwiać ten nowy, wspaniały świat. Zaraz, zaraz, a gdzie wieczne chwalenie Pana i śpiewanie psalmów? A skąd ten ukochany piesek, który nie wiadomo czy ma duszę, bo jeśli nie ma to i w Niebie dla niego miejsca nie ma? Przed Janem Pawłem II uznawano, że zwierzęta duszy nie mają, Jan Paweł II uznał, że spokojnie, zwierzęta duszę mają i nasze pupilki będą nam towarzyszyć (ciekawe czy te z grzeszną duszą też?). Z kolei Benedykt stanowczo zaprzeczył, a temu ponownie zaprzeczył Franciszek, uznając, że Jan Paweł II ma rację. Kołomyja, jeśli wziąć pod uwagę taki drobiazg; ja miałem w terrarium węża i bardzo go lubiłem. Pająki też.

  Pal sześć te zwierzaki. Pofolguję wyobraźni. Załóżmy, że jakąś część dnia w tej wiecznej szczęśliwości naszym obowiązkiem będzie składanie pokłonów Bogu i śpiewanie psalmów. Tu kolejny dylemat. Załóżmy, że w czasie śpiewania tych psalmów fałszuję. Ja nie mam z tym problemu, bo gdy chodziłem do kościoła, gdzie śpiewano a capella, mogłem się przekonać, że większość tak ma. A ja tak mam całe życie, po prostu nie mam głosu, choć gdy podpiję sobie troszkę już tego fałszu nie słyszę. A w Niebie jest mi przeznaczony chór, na całą wieczność, więc któryś z tych archaniołów, nadzorujących ten chór, w końcu nie wytrzymuje, co mnie wcale nie zdziwi, i chce mnie unicestwić, pozbywając się w ten sposób fałszu. Ścina mnie swoim mieczem, ja też spodziewam się wreszcie ulgi i..., i znów jestem w chórze. No dobrze, dobry Bóg się nade mną ulituje, a może raczej też tego fałszowania nie ścierpi i wyznaczy mnie tylko do bicia pokłonów, co ze względu na moje stare kości, i tak do przyjemności nie będzie należeć. A tak, zapomniałem, dusze kośćca nie mają (ciekawe czy mają głos i słuch?), problem jednak w tym, że gdyby nawet, to te bicie pokłonów trudno uznać za uszczęśliwiające zajęcie, chyba, że nie chodzi o moją szczęśliwość. To ma swoje uzasadnienie, bo ta prawdziwa miłość ma dawać, a nie brać. Tylko dlaczego to ma działać w jedną stronę, choć wkuwano mi niemal siłą, że miłość Boga do mnie jest tysiąckrotnie większa od mojej do Niego? Z tego mógłbym wysnuć idiotyczne przypuszczenie, że to On będzie mi się kłaniał, bo przecież kocha mnie bardziej. Prawda, co ja, zwykły szary człowiek, mogę wiedzieć o prawdziwej miłości?
Pewnie dla relaksu i podreperowania własnego samopoczucie będzie mi dane pooglądać sobie piekło i męczarnie tych, co odrzucili tę najwspanialszą miłość. Będę mógł się rozkoszować widokiem cierpiących wieczne męki duszyczek, ich przeraźliwymi jękami i wrzaskami oraz tańcem zadowolonych diabłów. Po takim widowisku, moja miłość do Pana jeszcze bardziej się wzmocni. W końcu lepiej się nudzić na cioci imieninach, nawet jeśli przez całą wieczność, niż wpaść w ręce bandytów, którzy mogliby mnie ciągle masakrować.

  Ja wiem, tę moją wyobraźnię można uznać za nieuleczalnie chorą i jeśli tak ktoś uzna, ja się z nim w pełni zgodzę. Pomyślę nawet, czy nie byłoby dobrze udać się do psychiatry. Rzecz w tym, że ja te swoje chore wizje oparłem na wizjach chrześcijańskich mistyków, począwszy od św. Jana od Apokalipsy, z licznymi innymi, na „Dzienniczku” św. Faustyny kończąc.

PS. Tym felietonikiem zamierzam podjąć cykl już poważnych esejów, z przerywnikami, opowiadających o moim przejściu na ateizm.


niedziela, 8 maja 2016

Długie włosy a zbawienie



  Zbyt długo było poważnie, więc dziś dla odmiany coś lżejszego, choć sprawa jest nader poważna. Poważna, bo poparta cytatami z Pisma Świętego, które, przynajmniej ja, staram się traktować poważnie. Taaak, ale ja jestem ateista, gdybym był wierzący, już bym nie musiał. Udowadnia to mój ulubienic z Frondy.pl artykułem zatytułowanym: „Czy mężczyźni mogą nosić długie włosy?”1.

  Choć artykuł jest całkiem na poważnie, dawno się tak nie ubawiłem. Już na wstępie Mireczek Salwowski stwierdza kategorycznie; nie!. Ogłasza wszem i wobec, że: „Mężczyźni powinni mieć włosy wyraźnie krótsze od tych, które w danym kręgu kulturowym zwykły nosić niewiasty. Naucza bowiem o tym Pismo święte (...)”2 Ja w tym miejscu pominę dywagacje na temat tego, co się komu podoba, szczególnie w temacie długich włosów. Ja tylko nadmienię, że jako członek pokolenia hippisowskiego, sam przez pewien czas długie włosy nosiłem, niestety krótki, bo spotkało się to ze strasznym oporem i rodziców, i szkoły średniej. Gdy w końcu znalazłem się na fotelu fryzjerskim poczułem się jak biblijny Samson.

  Wróćmy do sedna. Mireczek powołuje się na tzw. „Konstytucję Apostolską” gdzie jest wyraźnie napisane: „(...) nie zapuszczaj włosów na głowie, lecz je skracaj i ścinaj (…) Jesteś chrześcijaninem i człowiekiem Bożym, nie wolno ci zatem zapuszczać włosów na głowie, ani ich zaplatać – bo to przejaw zbytku”. Ten nakaz podkreśla również Synod w Elwirze (306 r.): „Zabrania się, by wierna lub katechumenka miała mężczyznę długowłosego lub fryzjera. Która tak czyni, ma być odsunięta od komunii” [Kanon 67]. Tu ciekawe dwie dygresje, bo kara odsunięcia od komunii dotyka kobietę, nie długowłosego mężczyznę. Czemu winien jest fryzjer, tego już wyjaśnić sobie nie potrafię. A teraz najcięższe działo, bo cytat już z samej Biblii: „Czyż sama natura nie poucza nas, że hańbą jest dla mężczyzny nosić długie włosy podczas gdy dla kobiety jest właśnie chwałą? Włosy bowiem zostały jej dane za okrycie. Może ktoś uważa za właściwe spierać się nadal, my jednak nie jesteśmy takiego zdania; ani my, ani Kościoły Boże.” [1 Kor 1, 14-16].

  Cóż, ja rozumiem św. Pawła z Tarsu. Był łysy, odrobinę zakompleksiony i w dodatku pobudliwy, więc długowłosi musieli go szczególnie drażnić. Ale jak traktować długie włosy samego Jezusa? I tu już mój ulubieniec Mireczek wpada niemal sam we własne sidła. Udowadnia, że malarskie przedstawienie Boga-syna wcale nie musi być prawdziwe, z czym się jeszcze mogę zgodzić, bo nie zachował się jego żaden oryginalny portret. Zaraz, zaraz, przecież jest, prawdziwie święta relikwia – Całun Turyński, którego podważanie autentyczności jest dla wierzących wręcz świętokradztwem!!! Dla Mireczka nie ma problemu. Po pierwsze Całun nie musi być autentykiem (sic!), po drugie, ma na nim włosy tylko do ramion, tzn. krótsze niż nosiły wszystkie niewiasty tamtych czasów (sic!) Jest jeszcze jeden problem, z którym Mireczek musiał się uporać. To, tzw. Ślub Nazieratu, który zabraniał ścinania włosów, ślub podobno aprobowany przez Boga. Otóż Mirek odwołuje się do dzisiejszych sędziów, którzy... w ramach swych obowiązków muszą przeglądać materiały... pornograficzne (sic!), a przecież powinien unikać oglądania takich materiałów. Bardziej karkołomnego argumentu bym się nie spodziewał.

  Ja w ostatniej recenzji, o „Dzienniczku” św. Faustyny Kowalskiej, napisałem, że życie w zakonie może źle wpływać na naszą psychikę. Okazuje się, że nie tylko życie w zakonie. Równie tragiczne skutki dla naszej psychiki może mieć filozoficzne roztrząsanie pewnych fragmentów Biblii z próbą przeniesienia ich na płaszczyznę współczesności. Bo tak się zastanawiam, czy jednym z licznych warunków dostąpienia zbawienie jest długość naszych włosów i jak to się przekłada na naszą moralność?



czwartek, 5 maja 2016

Dzienniczek św. Faustyny Kowalskiej



  Zacznę od wyjaśnień. Sam, z własnej nieprzymuszonej woli, pewnie nigdy bym po taką lekturę nie sięgnął. Uległem namowom, kiedy byłem już zaprzysięgłym ateistą, przez osoby, które twierdziły, że w nich jest zawarta kwintesencja prawdziwej wiary. I muszę też uprzedzić, choć zdarzyło mi się napisać kilka krytycznych, nawet bardzo, recenzji na temat jakichś tekstów, ta recenzja wypadnie pewnie najbardziej surowo.

  Już sam wstęp może wprawić w zdumienie. Pozwolę sobie zacytować wybrane fragmenty z tego wstępu: „(... ) należy do pereł literatury mistycznej [wszystkie podkreślenia moje], tłumaczony jest na wiele języków, cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród wiernych i teologów. Słowa w nim zapisane jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku.” – Ewangelie są uznawane za kanon Pisma Świętego. Póki co, „Dzienniczek” jeszcze do niego nie wszedł, więc mówienie o „szczególnej Ewangelii” jest nadużyciem, wręcz bluźnierstwem.
„Dzieło powstało w latach 1934 – 1938 na wyraźne polecenie Pana Jezusa i z nakazu spowiedników: ks. Michała Sopoćki i o. Józefa Andrasza SJ” – użycie epitetu „dzieło” jest kolejnym nadużyciem dyskredytującym te utwory, które bezspornie na to miano zasługują. Nakaz spowiedników sugeruje, że św. Faustyna pisała na czyjeś zlecenie i tu od razu narzuca się przypuszczenie, że nie ma w jej słowach żadnego natchnienia.
„Wszelkie prawa autorskie do „Dzienniczka” należą do Zgromadzenia Siostra Matki Bożej Miłosierdzia. Korzystanie z tego dzieła w publikacjach, na wszystkich płaszczyznach eksploatacji (także w Internecie), wymaga pisemnego zezwolenia Zgromadzenia. Chodzi o tak zwane „dzieła zależne”, w których w stosunku do całego utworu cytowane są duże fragmenty „Dzienniczka”, bez których (cytatów z „Dzienniczka”) nowe opracowanie nie mogłoby istnieć.”  Ja te prawa autorskie złamię świadomie. Skoro bowiem „Dzienniczek” jest ogólnie dostępny, propagowany i rozpowszechniany,  mam prawo do niego się odnieść, właśnie posiłkując się obszernie cytatami.

  Kościół katolicki miał przez długi okres dość poważny problem z „Dzienniczkiem”. Szczególnie w kontekście ustanowienia nowego święta, jakie propagowała św. Faustyna. W roku 1953 Święte Oficjum uznało, że nie należy ustanawiać święta, natomiast pięć lat później zupełnie wykluczyło taką możliwość.  Argument: „W obliczu nietradycyjnych wizji, które zawierają żądania zmian w Kulcie oraz Liturgii Kościelnej, a które dodatkowo znajdują oddźwięk w szeroko zakrojonych kręgach świeckich, należało dla bezpieczeństwa gruntownie przyjrzeć się objawieniom zwłaszcza pod kątem ich nieszkodliwości dla Zbawienia.” wydaje się ze wszech miar słuszny i rozsądny. Niestety, i ja to niestety podkreślam, ale tylko w stosunku do „Dzienniczka”, papieżem stał się Jan Paweł II. Ja nawet rozumiem jego stanowisko, bo św. Faustyna była jego rodaczką, mistyczką, a takie były mu w jakimś sensie potrzebne. W gruncie rzeczy rozumował prawidłowo. W czasach, gdy wiara podupada, gdy „Dzienniczek” zyskuje popularność wśród prostych wiernych, każdy sposób na powstrzymywanie laicyzacji wydaje się dobry. Niestety, ten sposób ma też poważny błąd. Przekonanych przekonywać nie trzeba, nieprzekonanych to "dzieło" może tylko jeszcze bardziej zrazić.

  A co czytelnik „Dzienniczka” otrzymuje? Najprościej to ująć w jedno słowo: herezję! Nieprawdziwe błogosławieństwo dla całego świata w czasie karania tego świata wojną (tu mam na myśli wojnę domową w Hiszpanii i zbliżającą się II wojnę światową), faryzeuszowskie wywyższanie się ponad innych, heretyckie lubowanie się Pana Jezusa w rękach św. Faustyny, czy zapewnienie uniknięcia przez nią Sądu Ostatecznego. Wobec tych faktów mnie osobiście nie dziwi decyzja papieża Piusa XII, aby „Dzienniczek” umieścić w indeksie ksiąg zakazanych.

  Przyjrzyjmy się bliżej kilku, chyba najbardziej kontrowersyjnym wersom z tego „dzieła”. Na początek: „Kiedy przyjęłam Jezusa w Komunii św. serce moje całą mocą zawołało: Jezu, przeistocz mnie w drugą hostię. Chcę być żywą hostią dla Ciebie. Tyś wielki Pan,Wszechmocny, Ty mi możesz tę łaskę uczynić: I odpowiedział mi Pan, że: jesteś żywą hostią, miłą Ojcu Niebieskiemu, ale rozmyślaj - czym jest hostia – ofiara (...)” [Dz 1826]* Jeśli hostia jest ciałem Chrystusa, oto mamy „nowego Chrystusa” w osobie siostry Faustyny.
„Umiłowana perło Serca Mojego, widzę, miłość twoją tak czystą, więcej niż anielską, dlatego więcej, że walczysz. Dla ciebie błogosławię światu.” [Dz 1061] Tak Jezus nie zwracał się nawet do swojej matki. Wszyscy, oprócz Maryji, rodzą się skalani grzechem pierworodnym, tym samym nie jesteśmy w stanie kochać bardziej niż aniołowie Boga.
„Jednak kiedy miałam Hostię w ręku, odczuwałam taka moc miłości, że przez dzień cały nie mogłam nic ani jeść, ani wrócić do przytomności. Z Hostii usłyszałam te słowa: pragnąłem spocząć na rękach twoich, nie tylko w sercu twoim i nagle w tym momencie ujrzałam małego Jezusa.” [Dz 160] Kościół nauczał w tamtych czasach, że tylko dłonie konsekrowane mogą dotykać Hostię bez grzechu ciężkiego. Jeśli dzieje się inaczej, tę umieszcza się w specjalnym pojemniku z wodą, aby Hostia się rozpuściła.
„(...) nagle ujrzałam Pana Jezusa, który mi rzekł te słowa: - teraz wiem, że nie dla łask, ani darów Mnie miłujesz, ale wola Moja droższa ci jest niż życie; dlatego łączę się z tobą tak ściśle, jako z żadnym Stworzeniem.” [Dz 708] Tego już wręcz nie sposób skomentować. Owo „łączę się z tobą” zakrawa wręcz na drwinę, bo wywyższa naszą bohaterkę nie tylko ponad Matkę Boską, ale również ponad Boga Ojca (sic!). To nie wszystkie herezje Faustyny, ale zaoszczędzę Ci, Czytelniku, dalszych. Zajmę się innym aspektem tego „dzieła”.

  W czasie lektury nasunęło mi się przypuszczenie, że siostra Faustyna cierpi na jakieś zaburzenia natury erotycznej. Nie jestem psychiatrą, nie mam w sobie nic z Freuda, a jednak  nie mogłem się od tych przypuszczeń uwolnić. Znów kilka przykładów:
„[Ze] szczególną miłością patrzy na duszę, która żyje wolą Jego, i powiedział mi Jezus, że ja w doskonały sposób, czyli doskonale, pełnię wolę Bożą i dlatego [w] tak szczególny i ścisły sposób łączę się z tobą i obcuję .” [Dz 603]
„W tej samej chwili uczułam jakiś ogień w sercu swoim, czuję, że ustają zmysły moje, nie wiem, co się wokoło mnie dzieje, czuję, że mnie przenika wzrok Pański, poznaję dobrze wielkość Jego (...) dziwne przenika duszę moją i radość taka, jakiej porównać z niczym nie zdołam, czuję się obezwładniona w objęciach Boga, czuję, że jestem z Nim i rozpływam się jako jedna kropla wody w oceanie.” [Dz 432] Gdybym te słowa znalazł w jakieś książce, romansie, bez użycia takich pojęć jak Bóg, bez wątpienia uznałbym je za wręcz doskonały erotyk. Tu, z nieukrywanym sarkazmem, pisarstwo siostry Faustyny wznosi się na szczyty jej, wręcz pensjonarskich (klasztornych) możliwości.

  Wreszcie trzeci wątek „Dzienniczków”, który mnie powala. To wizje piekła, których miała doświadczyć. Dwa fragmenty:
„Ja, Siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego, musieli mi być posłuszni. To com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam, że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło.” [Dz 741]
 „A na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść, jak szły, tak i wpadały. A była ich wielka liczba, że nie można było ich zliczyć.” [Dz 153]
Polecam również fragment z Dz 704 dotyczący rodzajów mąk, który pominę ze względu na obszerność. Proszę mi wybaczyć ilość cytatów. Ciesz się, Czytelniku, że nie cytuję całego „Dzienniczka”. Te fragmenty są jednak bardzo istotne w ocenie tego „dzieła”, bo wszystkie opisy piekła (innych autorów-mistyków) bardzo się od siebie różnią i mają tylko jeden cel. Masz się, Czytelniku, bać, by nie dostąpić tych wątpliwych przyjemności. Jeśli się będziesz bał, tym łatwiej poddasz się doktrynom religii, która Ci obiecuje wieczną szczęśliwość. Nic to, że dopiero po śmierci, nic to, że ta szczęśliwość, np. w oparciu o opisy z Apokalipsy św. Jana, jest bardziej niż wątpliwa.

  Mam osobliwy, pewnie spaczony stosunek do mistyków. Gdy czytam ze szczegółami te ich wizje, zawsze mam wrażenie, że bliżej im do omamów, a już bardzo blisko do jakiegoś rodzaju schizofrenii. Wystarczy bliżej zapoznać się z życiorysem siostry Faustyny. Od dziecka targało nią pragnienie zostania świętą i jedyną drogę do tej świętości widziała w życiu klasztornym, odizolowanym od wszystkiego, co normalne, co ma związek z doczesnym życiem wśród zwykłych, ludzkich spraw. Do czego taka izolacja może prowadzić, wystarczy przeczytać „Dzienniczek”.

Przypisy:
* – wszystkie cytaty opatrzone [Dz cyfra] pochodzą z: http://www.zaufaj.com/dzienniczek-swietej.html


środa, 4 maja 2016

W odpowiedzi



  Pod jednym z moich tekstów*, już przesłoniętych kolejną notką, ukazał się komentarz, którego pewnie bym nie zauważył, gdyby nie fakt, że wszystkie komentarze i tak pojawiają się na mojej poczcie mailowej. Przyznam, że w jakimś sensie sprowokował mnie do napisania poniższego tekstu. Nie jestem hipokrytą i nie mam pretensji o ten komentarz, wszak zgodziłem się na każdą krytykę, nawet tę najsurowszą. A oberwało mi się całkiem, całkiem. Okazało się, że jestem zaślepionym na poziomie gimnazjalisty ignorantem, który, o zgrozo!, zechciał poddać krytyce i Ewangelię, i Apokalipsę. Ba!, skoro nie jestem badaczem Pisma Świętego, jak mogłem się poważyć na analizę starożytnych tekstów z perspektywy XXI wieku, co „logicznie” rzecz ujmując – jest niedopuszczalne(sic!).

  Mój ateizm rodził się bólach, wprawdzie tylko natury światopoglądowej; mimo wszystko boli, kiedy nagle zaczynasz mieć wątpliwości, czy to, co mówił katecheta, co mówili moi wierzący rodzice i krewni, a później równie mocno wierzący znajomi, jest takie oczywiste, jak sugerują. Ich koronnym argumentem były cytaty z Biblii z przewagą fragmentów z Nowego Testamentu. Czytałem te sielskie i płomienne wersy o nieprzemijającej urodzie, niezaprzeczalnych wartościach i uniwersalnych treściach. Z początku czyniłem to niechętnie, jak wspomniałem już wcześniej, raził mnie archaizm języka Biblii. Ponieważ wątpliwości nie zawsze dało się rozwiać, przestałem się ograniczać tylko do wskazanych wersów od – do. Lecz zamiast coś się wyjaśniać, wszystko gmatwało się jeszcze bardziej. Postanowiłem przeczytać całość, od Księgi Rodzaju po Apokalipsę. Jedno, co mnie zdumiało, to fakt, że nie wszystkie teksty są tak samo mocno akcentowane przez moich „nauczycieli” wiary, o niektórych w ogóle nie wspominano. To pierwsze czytanie skończyło się totalną klapą. Nie byłem ani odrobinę mądrzejszy niż przed lekturą całości.

  Skoro Pismo Święte nie było dla mnie, skupiłem się na tekstach współczesnych, bardziej przyswajalnych, choć nie zawsze optujących za wiarą. Pierwszą książką, w jakimś sensie ateistyczną, była „Złota gałąź” Jamesa George Frazera, wydanie z 1978 roku (skrócone – oryginał to trzynaście tomów), którą wciąż mam w posiadaniu. To piękny opis niemal wszystkich religii całego świata od czasów starożytnych, niektóre nawet z wcześniejszych okresów, wraz z obrzędami. To dzięki niej mogłem wysnuć zaskakujący wniosek: chrześcijaństwo, a nawet judaizm jako pierwowzór, jest konglomeratem innych, dziś nazywanych pogardliwie pogańskimi, wierzeń. Wiara w jednego Boga, przekształconego w Trójcę Świętą, nie wzięła się z niczego. Nawet to, co Objawione w Księgach, już istniało na długo przed Objawieniem.

  Przypomniały mi się przypowieści, w których to Jezus uzdrawiał ślepych, głuchych czy trędowatych. Szamani, szarlatani, kapłani pogańskich bożków na długo przed Jezusem też podobno czynili takie cuda. Ba! Starali się swoje cuda czynić przy każdej nadarzającej się okazji, choć oczywiście za odpowiednią opłatą. To był biznes. Oszukańczy, ale biznes. W takim ujęciu powstała moja najpoważniejsza wątpliwość w stosunku do religii. Skoro Jezus, już jako Syn Boży, potrafił uzdrowić ślepca i głuchego, dlaczego nie uwolnił świata od ślepoty i głuchoty? Jakież znaczenie ma cudowne wypędzanie diabła, skoro ten stale przenosi się na innych? Tu już teza, że Bóg nie może ingerować w nasze życie, bo bylibyśmy bezwolnymi marionetkami, w ogóle nie może być brana pod uwagę. On tę moc pokazał, o czym zaświadcza Pismo Święte, a Ewangelie w szczególności. Tu bowiem rodzi się równie niemożliwy do wyjaśnienia problem. Bóg, Jezus, i wszyscy święci stale podkreślają konieczność wychwalania Boga, jako Stwórcę wszystkich rzeczy, jako warunek otrzymania zbawienia i jednocześnie każe nam o sobie myśleć jako o nędznych grzesznikach – choć przecież takimi nas stworzył. Ja mam świadomość, że to są dziecinne wątpliwości, wręcz na „poziomi gimnazjalnym”, jak to określiła moja antagonistka. Takie określenie tychże wątpliwości jest bardzo mocno rozpowszechnione, ale ja mam nieodparte przeświadczenie, że wynika to z faktu barku możliwości udzielenia satysfakcjonującej odpowiedzi. Jest gorzej. Te wątpliwości, mało, że są nie do pokonania, to jeszcze właściwie nie można ich uniknąć.

  Odsyła się więc tych grzesznych niedowiarków, mających czelność zadawać nieprzyzwoite pytania, do Biblii, a właściwie tylko do wybranych jej fragmentów; do tekstu napisanego językiem archaicznym, alegorycznym i metaforycznym, bo po pierwsze, jako laikom można zawsze będzie zarzucić, że ich nie rozumieją, po drugie, można tłumaczyć, że nie takie umysły jak ich, poświęciły wiele lat studiów, aby je właściwie zrozumieć. Wreszcie po trzecie, można im wmówić, że nie natchnął ich Duch Święty. Byli, są i będą ignorantami, jeśli nie uwierzą tym świętym mędrcom. Tak zgnojony nie zadasz, już nawet sam sobie, podstawowego i prostego pytania: którym mędrcom? Ja tylko nieśmiało zasygnalizuję, że było ich bez liku i bardzo się w swych tłumaczeniach i objaśnieniach różnili. Nie tylko odnośnie Biblii. Do dziś trwają spory o kształt religii nawet na najwyższych szczeblach. Spory o dylematy natury etycznej, które lepiej i dogłębniej przedstawiają dzieła Szekspira, Tołstoja, Dostojewskiego i innych, niż mityczne moralitety w przypowieściach zawartych w Księgach sprzed dwóch tysięcy lat. Spory o prawdy wiary i dogmaty, którymi obala się wcześniejsze dogmaty. Oczywiście, jeśli nie masz ochoty, nie musisz się zgłębiać w całość Biblii, rzekłbym: to nawet nie wskazane. Możesz się oprzeć na tym, co powie kaznodzieja lub każdy inny wielbiciel Pisma Świętego, wskazując odpowiednie wersy z własnym wytłumaczeniem. Rzecz w tym, że nie dowiesz się wszystkiego, więc nie będziesz miał pełnego obrazu tego, co zwykło się nazywać Objawieniem. A jeśli spróbujesz, to ryzykujesz, że okrzykną cię zaślepionym ignorantem, a to, co wyniosłeś z tej lektury, jest „kardynalnym błędem”.

  Przyznam, że najbardziej zdumiało mnie pytanie „po co?” i retoryczna odpowiedź pytającej „żeby ludziom oczy otworzyć?” Uwielbiam te momenty, gdy inni widzą mnie takim, jakim chcą mnie widzieć. Taka zgaduj-zgadula w rodzaju powiedz mi, jaki kolor lubisz, a powiem ci, kim jesteś. Przyjmijmy na chwilę, że jest tak, jak chciałaby moja antagonistka. Czasami publikuję recenzje książek na znacznie poczytniejszych portalach niż mój blog, a skoro tam recenzji Ewangelii nie umieściłem, widać ten argument o otwieraniu oczu innym odpada. Pierwsze pytanie jest wręcz niedorzeczne. Dlaczego stawia się je mnie, wręcz nieznanemu, bez jakiejkolwiek możliwości oddziaływania na innych, a nie na przykład autorom Ewangelii, twórcom takich dzieł jak „Zbrodnia i kara”, „Makbet” czy nawet powieści w rodzaju „Harry Potter”, którzy potrafią zasiać w człowieku zdecydowanie większe zamieszanie niż moje subiektywne spostrzeżenia? Odbiję piłeczkę i zapytam: „po co” ktoś pisze takie komentarze? Odpowiedzi, już nie retorycznych, jest kilka, ale mnie narzuca się jedna. Nie lubimy, gdy ktoś burzy nasz ład. Tym bardziej nie lubimy, im bardziej jesteśmy bezsilni wobec tego burzenia.