Nie ulega
wątpliwości, że większość z nas została wychowana w jakieś religii. Równie
prawdziwe będzie stwierdzenie, że to wychowanie miało większy lub mniejszy
wpływ na to, jak tę religię dziś postrzegamy. Pewnym jest też, że w takim katolickim
kraju jak np. Polska zostajemy ochrzczeni, przypisani do Kościoła, nie mając na
to żadnego wpływu. Mam do tego faktu swój prywatny stosunek, ale nie będę
roztrząsał, tym bardziej, że ledwie osiem lat później zostajemy w
podobny sposób potraktowani , gdy musimy przyjąć kolejny sakrament; Komunię
świętą. Wszystko jest zależne od woli rodziców lub opiekunów, nierzadko i od dalszego otoczenia, które nigdy w żaden inny sposób nie przejawia
tak swojej troski o nasze życie, jak właśnie o nasze życie duchowe. Tak zresztą
dzieje się również i podczas bierzmowania czy ślubu, a nawet i do samej
śmierci. To się nazywa dość brzydko; indoktrynacja, choć przyznaję, że w jakiś
sposób uwarunkowana kulturowo, co ją pewnie i usprawiedliwia.
Od zawsze
słyszałem, że religia sama w sobie nie niesie nic złego, ba!, jest źródłem
tylko dobra. Dziś, choć tylko po części, z tym stwierdzeniem wciąż się zgadzam.
Jeśli słyszę hasła w rodzaju „Religia jest źródłem samego zła” budzi się we
mnie sprzeciw. Jedna rzecz nie może być źródłem wszystkiego, tym bardziej tak
bardzo skrajnego. Inaczej, ani zło ani dobro nie ma swego źródła tylko w
religii, w tym bierze udział równie istotny czynnik ludzki, czy otaczająca nas
rzeczywistość. Jedyny problem jaki może nas dotyczyć w tej materii, to
właściwie tylko brak innej alternatywy, przynajmniej na początku naszego życia,
do tego, czym karmi nas to bliższe, czy dalsze otoczenie. A karmiło się za
mojej młodości obficie. Z jednej strony rodzina i katecheta, z drugiej już
bardziej laicka, ale wciąż religijna komunizmem szkoła. W jednym i drugim
przypadku miałem bezkrytycznie wierzyć, raz w nieomylnego Boga, dwa, w
nieomylność bogów Lenina, Marksa i Engelsa (też trójca). I przyznam, że dużo
łatwiej było mi się oderwać od wiary bogów komunizmu. Szybko bowiem zdałem
sobie sprawę, że o żadnej równości wszystkich ludzi, bez uciekania się do
przymusu, mowy być nie może.
Każda religia
też mówi o równości, najczęściej o tej, w której wszyscy są ubodzy materialnie,
choć bogaci wiarą. Rzecz w tym, że każda tylko siebie widzi za właściwą. Reszta
to wrogowie, których jeśli nie da się przekabacić na swoją wiarę, należy skazać
na wieczne potępienie. Dobrze, jeśli w danej religii uznaje się czyściec, wtedy
jest szansa, że ci wrogowie staną się bliźnimi. Ale czy na pewno? Jeśli dziś, szanowny katoliku, widzisz w muzułmaninie śmiertelnego wroga, jesteś pewny, że tam
pokochasz go już z pełnym zaufaniem? Skoro nawet niektórzy aniołowie byli w stanie się zbuntować,
dlaczego nie miałby były muzułmanin? Ten może się przecież poczuć mocno
zawiedziony i oszukany, gdy nie będzie miał do dyspozycji siedemdziesięciu
dwóch dziewic, co mu obiecywano, gdy szedł opasany materiałem wybuchowym między
niewiernych. Podsumowując ten wątek, można dojść do wniosku, że choć wszystkie
religie propagują jedność, tak naprawdę opierają się na wrogości wobec innych.
Ta wrogość bardzo silnie łączy poszczególne grupy, co widać szczególnie dziś, w
dobie zalewu Europy przez islamistów. My ich zaakceptujemy, oczywiście z pewną
dozą ostrożności, jeśli oni zaakceptują chrześcijaństwo, a najlepiej, gdyby
chrześcijanami się stali. I tu kolejne schody, bo powstaje następne pytanie:
które chrześcijaństwo? Odłamy protestantyzmu, prawosławie czy katolicyzm?
Współczuję tym, którzy mieliby to rozstrzygać.
Sądzę, że
jest wielu ludzi, którzy w głębi serca są ateistami lub agnostykami, i tylko
nie potrafią się do tego przyznać, nawet przed samym sobą. Tak było przez
pewien czas również ze mną. To właśnie wynika z uzależnień kulturowych, które
wręcz wymuszają na nas brak akceptacji do takich laickich postaw. W naszym
kraju jest z tym gorzej, bo zwykło się stawiać znak równości między ateistą a
komunistą, co jest mało, że nieuprawnione, to jednocześnie upokarzające. Mnie
jednak, chyba od zawsze, zastanawiało zupełnie coś innego, choć mające
powiązanie z narastającym ateizmem. Śmiem twierdzić, że ludzie w zdecydowanej
przewadze są inteligentni, nawet bardzo inteligentni, nawet jeśli wierzący. A
jednak, gdyby zapytać, jakie motywy nimi kierują, padają zazwyczaj dwie
odpowiedzi. Wiara w Boga, bez którego nic by istnieć nie mogło i oczekiwanie na
wieczne zbawienie, paradoksalnie, jak najdłuższe oczekiwanie. A zapytać; jak
sobie wyobrażają tę wieczną szczęśliwość, zamiast konkretnej odpowiedzi pojawia
się dziwny uśmieszek. Uśmieszek politowania dla pytającego. Pytać o tak
oczywiste sprawy?! Szczęśliwość to szczęśliwość. Żadnych trosk i zmartwień,
żadnego cierpienia, rzekłbym: całą wieczność pełny luz jak cioci na imieninach,
choć tam może być trudno o ekstazę. Nawet jak się znudzi taka nasiadówka, można wyjść na
spacer z ukochanym psem i podziwiać ten nowy, wspaniały świat. Zaraz, zaraz, a
gdzie wieczne chwalenie Pana i śpiewanie psalmów? A skąd ten ukochany piesek,
który nie wiadomo czy ma duszę, bo jeśli nie ma to i w Niebie dla niego miejsca
nie ma? Przed Janem Pawłem II uznawano, że zwierzęta duszy nie mają, Jan Paweł
II uznał, że spokojnie, zwierzęta duszę mają i nasze pupilki będą nam
towarzyszyć (ciekawe czy te z grzeszną duszą też?). Z kolei Benedykt stanowczo
zaprzeczył, a temu ponownie zaprzeczył Franciszek, uznając, że Jan Paweł II ma
rację. Kołomyja, jeśli wziąć pod uwagę taki drobiazg; ja miałem w terrarium
węża i bardzo go lubiłem. Pająki też.
Pal sześć
te zwierzaki. Pofolguję wyobraźni. Załóżmy, że jakąś część dnia w tej wiecznej szczęśliwości naszym
obowiązkiem będzie składanie pokłonów Bogu i śpiewanie psalmów. Tu kolejny dylemat. Załóżmy, że w czasie śpiewania tych psalmów fałszuję. Ja nie mam z tym
problemu, bo gdy chodziłem do kościoła, gdzie śpiewano a capella, mogłem się
przekonać, że większość tak ma. A ja tak mam całe życie, po prostu nie mam
głosu, choć gdy podpiję sobie troszkę już tego fałszu nie słyszę. A w Niebie
jest mi przeznaczony chór, na całą wieczność, więc któryś z tych archaniołów,
nadzorujących ten chór, w końcu nie wytrzymuje, co mnie wcale nie zdziwi, i
chce mnie unicestwić, pozbywając się w ten sposób fałszu. Ścina mnie swoim mieczem, ja też spodziewam się wreszcie ulgi
i..., i znów jestem w chórze. No dobrze, dobry Bóg się nade mną ulituje, a może
raczej też tego fałszowania nie ścierpi i wyznaczy mnie tylko do bicia
pokłonów, co ze względu na moje stare kości, i tak do przyjemności nie będzie
należeć. A tak, zapomniałem, dusze kośćca nie mają (ciekawe czy mają głos i
słuch?), problem jednak w tym, że gdyby nawet, to te bicie pokłonów trudno
uznać za uszczęśliwiające zajęcie, chyba, że nie chodzi o moją szczęśliwość. To
ma swoje uzasadnienie, bo ta prawdziwa miłość ma dawać, a nie brać. Tylko
dlaczego to ma działać w jedną stronę, choć wkuwano mi niemal siłą, że miłość
Boga do mnie jest tysiąckrotnie większa od mojej do Niego? Z tego mógłbym
wysnuć idiotyczne przypuszczenie, że to On będzie mi się kłaniał, bo przecież kocha mnie bardziej. Prawda, co
ja, zwykły szary człowiek, mogę wiedzieć o prawdziwej miłości?
Pewnie dla relaksu i podreperowania własnego samopoczucie będzie mi dane pooglądać sobie piekło i męczarnie tych, co odrzucili tę najwspanialszą miłość. Będę mógł się rozkoszować widokiem cierpiących wieczne męki duszyczek, ich przeraźliwymi jękami i wrzaskami oraz tańcem zadowolonych diabłów. Po takim widowisku, moja miłość do Pana jeszcze bardziej się wzmocni. W końcu lepiej się nudzić na cioci imieninach, nawet jeśli przez całą wieczność, niż wpaść w ręce bandytów, którzy mogliby mnie ciągle masakrować.
Pewnie dla relaksu i podreperowania własnego samopoczucie będzie mi dane pooglądać sobie piekło i męczarnie tych, co odrzucili tę najwspanialszą miłość. Będę mógł się rozkoszować widokiem cierpiących wieczne męki duszyczek, ich przeraźliwymi jękami i wrzaskami oraz tańcem zadowolonych diabłów. Po takim widowisku, moja miłość do Pana jeszcze bardziej się wzmocni. W końcu lepiej się nudzić na cioci imieninach, nawet jeśli przez całą wieczność, niż wpaść w ręce bandytów, którzy mogliby mnie ciągle masakrować.
Ja wiem, tę
moją wyobraźnię można uznać za nieuleczalnie chorą i jeśli tak ktoś uzna, ja
się z nim w pełni zgodzę. Pomyślę nawet, czy nie byłoby dobrze udać się do
psychiatry. Rzecz w tym, że ja te swoje chore wizje oparłem na wizjach
chrześcijańskich mistyków, począwszy od św. Jana od Apokalipsy, z licznymi
innymi, na „Dzienniczku” św. Faustyny kończąc.
PS. Tym felietonikiem zamierzam
podjąć cykl już poważnych esejów, z przerywnikami, opowiadających o moim przejściu na ateizm.