Dawno
nie było nic z Frondy, bo też dawno nie było tam nic tak „mocnego” jak artykuł
ks. Michała Kaszowskiego zatytułowany: „Jak wygląda istnienie człowieka po
śmierci. Czyli o nieśmiertelnej duszy ludzkiej”1. Nim jednak przejdę
do omówienia, drobna, choć istotna uwaga. Na problem duszy, ze zrozumiałych
powodów, patrzę z zupełnie innej perspektywy niż ludzi wierzący, niech więc
nikt nie myśli, że próbuję go przekonać do swojej koncepcji. Wyrażam tylko swój
stosunek do treści wspomnianego artykułu. Jest też problem z definicją duszy,
nawet chrześcijaństwo ma z nią problem i to od samego zarania.
Nie
będę się rozwodził nad chrześcijańska duszą w ujęciu historycznym. Nadmienię
tylko, że w końcu Kościół potępił niebezpieczeństwo dualizmu, istnienie dwóch
niezależnych bytów – ciała i duszy. Przynajmniej w czasie życia na ziemskim
padole. To jest jednak i tak wciąż lekko pogmatwane, gdyż niektórzy wierzą w
możliwość bilokacji (podobno była udziałem św. ojca Pio), co jest już klasyczną
dualnością. Wrócę do treści artykułu ks. Michała. On to nawet obrazowo
wytłumaczył. Jeśli rozpuścić sól w wodzie otrzymujemy wodny roztwór soli, który
jest substancją jednorodną. Tak ma wyglądać związek duszy z ciałem za życia.
Ten roztwór można jednak rozdzielić poprzez wyparowanie wody lub destylację, co
jest odpowiednikiem fizycznej śmierci człowieka. Po jakimś czasie będzie można
znów te dwa składniki połączyć, co ma nastąpić w dniu Sądu Ostatecznego, kiedy
to ciała powstaną ze zmarłych. Niby wszystko logiczne, ale...
Według
doktryny chrześcijańskiej dusza ożywia ciało (o co mógłbym się spierać), ale
gdy ciało obumiera (do czasu zmartwychwstania?) może istnieć jako byt
samodzielny, nieśmiertelny, wolny, świadomy i zdolny do poznania. Jest jednak
jeden szkopuł tej doktryny, gdyż rodzi się pytanie: po co duszy w ogóle jest
potrzebne ciało, skoro może istnieć samodzielnie, bez cierpienia związanego z
tym połączeniem? Idea próby na grzeszność jest bezprzedmiotowa, bo nawet dusze
mają podobno wolną wolę i mogą grzeszyć bez ciała (przykład Szatana i upadłych
aniołów). Trzeba by się zastanowić, za czym w takim razie tęskni człowiek
obdarzony duszą? Mając na uwadze obietnicę zmartwychwstania ciał i ponownego z
nim połączenia, odpowiedź może być tylko jedna – za życiem ziemskim, choć już
podobno bez cierpień fizycznego ciała i na niczym niezmąconą wieczność. I tu już nic
nie gra. Ani pod względem logicznym ani fizycznym. Jeśli bowiem życie ciała
podlega regule rozwoju i degeneracji, czy to przyszłe ciało będzie tym samym
ciałem i będzie podlegać tym samym regułom? Ale nie wnikajmy aż tak daleko, ja
tylko przytoczę pewien charakterystyczny cytat: „W śmierci, będącej
rozdzieleniem duszy i ciała, ciało człowieka ulega zniszczeniu, podczas gdy jego dusza idzie na spotkanie z Bogiem,
chociaż trwa w oczekiwaniu na ponowne zjednoczenie ze swoim uwielbionym ciałem” (KKK 997). Pominę
pewną niedorzeczność tego cytatu, bo niby jak można uwielbiać zniszczone i
rozkładające się ciało, ale rozumiem, że chodzi o ciało przed zamianą w proch
(z prochu powstałeś, w proch się obrócisz), choć nie wiadomo, czy te w chwili
śmierci (szczęśliwcami będą umierający młodo), czy w dowolnie wybranym przez
nas stadium? Wybrałbym czasy beztroskiego dzieciństwa bez odpowiedzialności...
Mnie
zadziwia jeszcze jedna koncepcja tego fenomenu: „Z chwilą śmierci zanikają w
ciele wszystkie przejawy życiowe. Nie zanikają one jednak w samej duchowej
duszy, która nie traci po śmierci ciała takich swoich cech jak: rozumność,
zdolność do miłowania lub nienawidzenia (...) Człowiek z chwilą śmierci traci
jedynie te zdolności poznawcze, które posiadał dzięki swojemu ciału, a więc
umiejętność zmysłowego widzenia, słyszenia, dotykania itp.”. I tu jest prawdziwa
zagwozdka, której w żaden sposób pojąć nie mogę. Utraciwszy zdolność widzenia,
słyszenia i dotykania, co możemy widzieć w tej niematerialnej otchłani? Ani jej
usłyszeć, ani dotknąć, ani zobaczyć. Nawet jeśli przyjąć istnienie po śmierci tej
rozumowości, na czym będziemy ją opierać, jeśli nie tylko na wyobrażeniach? A
przecież możemy sobie wszystko wyobrazić, nawet Królową Śniegu, by nie zanudzać
krasnoludkami.
Autor
zwraca uwagę na jeszcze jeden problem związany z rozdzieleniem duszy od ciała.
Ma na myśli utratę przytomności i... śmierć kliniczną! Pisze: „Otóż istnienie
po zakończeniu ziemskiego życia w niczym nie przypomina śmierci klinicznej. Nie
jest stanem braku przytomności, nie jest snem”. Może nie zwrócił na to uwagi,
ale tym samym podważa wszystkie dowody na istnienie życia po życiu, które
właśnie miały potwierdzać podobno wiarygodne relacje tych, którzy byli w stanie
śmierci klinicznej. Popełnia jednak dość kardynalny błąd, gdy powołuje się na
ową utratę świadomości, jako dowód na nieśmiertelność duszy. Otóż stwierdza, że
przez chwilową utratę świadomości nasza pamięć się nie wymazuje. I trudno byłoby
się z tym nie zgodzić, gdyby nie fakt, że tak samo ma być po właściwej śmierci.
W stanie braku świadomości (przytomności) mózg nie umiera, natomiast śmierć
faktyczna skutkuje również śmiercią mózgu. Z tego stanu się nie wraca, więc nie
ma żadnego dowodu na to, że i dusza, ta w rozumieniu chrześcijaństwa, nie
umiera. Wracamy do punktu wyjścia – wszelkie dywagacje na temat istnienia duszy
po śmierci są tylko... domniemaniem, bardziej pobożnym życzeniem, niż
stwierdzonym faktem.
Jest
w tym domniemaniu pewien paradoks. Wierzący, tak bardzo chcą wierzyć w
nieśmiertelność duszy, że gotowi są uznać możliwość dostania się do piekła,
byle tylko żyć wiecznie.
Przypisy:
1 - http://www.fronda.pl/a/jak-wyglada-istnienie-czlowieka-po-smierci-czyli-o-niesmiertelnosci-duszy-ludzkiej,98976.html?part=2
1 - http://www.fronda.pl/a/jak-wyglada-istnienie-czlowieka-po-smierci-czyli-o-niesmiertelnosci-duszy-ludzkiej,98976.html?part=2