wtorek, 24 października 2017

Nutella i Matka Boska (z Lourdes)



  Znów mi się pewnie oberwie, ale powoli staję się odporny. Nic jednak nie poradzę, gdyż gdy tylko trafię na kontrowersyjny artykuł, zaraz bierze mnie ochota na równie kontrowersyjny felieton. No i właśnie trafiłem na taki1, jak zwykle niechcący, na portalu Deon.pl zatytułowany „Wynalazca Nutelli zdradził przed śmiercią swój sekret (...)”. I tak mnie naszło, że dobrze, że dopiero tuż przed naturalną śmiercią, gdyby wcześniej, mógłby skończyć nienaturalnie.

  Pewnie wszyscy wiedzą, co to Nutella, na wszelki wypadek przytoczę za ciocią Wikipedią: „krem cukrowo-tłuszczowy z dodatkiem orzechów laskowych i kakao, produkcji włoskiej firmy Ferrero. Jest wykorzystywany do kanapek, ciastek, ciast (w tym tortów) i wielu innych słodkich produktów spożywczych”. W artykule na portalu Deon.pl dowiadujemy się, że ten krem wymyślił Michele Ferrero w 1964 roku i z miejsca podbił wszystkie rynki świata. Ferrero był osobą bardzo religijną i jak sam twierdzi, sukces zawdzięcza... Matce Boskiej z Lourdes (sic!). Nie bardzo wiadomo na czym to zawdzięczanie polegało, gwoli prawdy, nie sądzę, aby Ona sama mu pomysł wyszeptała lub... dyskretnie podsunęła mu karteczkę z przepisem. Może go natchnęła? Obojętnie, co to było, należy uznać, że jednak do pomysłu w jakimś stopniu rękę przyłożyła, bo Ferrero często odwiedzał grotę w Lourdes i jak sam mówił: „bez niej moglibyśmy zrobić naprawdę niewiele”. I tu zaczynają się schody...

  Niewielu wie, że podstawowym składnikiem Nutelli jest olej palmowy, a jeszcze mniej jest zorientowanych, że tenże jest bardzo szkodliwy dla zdrowia. Tu znów wezwę na pomoc ciocię Wikipedię: „Olej palmowy używany jest najczęściej do smażenia, co powoduje jego stopniowe utlenianie się. Produkty utleniania oleju uznawane są za szkodliwe dla zdrowia. Kwas palmitynowy według badań amerykańskiego Center for Science in the Public Interest (CSPI) spożywany w nadmiarze podnosi zawartość cholesterolu we krwi i może prowadzić do chorób serca. Według raportu CSPI, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oraz amerykański National Heart, Lung and Blood Institute (NHLBI) zalecają ograniczenie spożycia kwasu palmitynowego i produktów bogatych w tłuszcze nasycone. WHO wykazało związek spożycia kwasu palmitynowego (podobnie jak izomerów trans kwasów tłuszczowych) z chorobami układu krążenia. Ponadto w maju 2016 roku Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności wydał raport, w którym stwierdzono, że olej palmowy staje się rakotwórczy po rozgrzaniu powyżej 200 °C. Chociaż konsumenci zazwyczaj spożywają go w temperaturze pokojowej, niektóre firmy podgrzewają olej palmowy do wysokich temperatur w celu wypalenia jego naturalnego czerwonego zabarwienia i neutralizacji jego zapachu”. Uff! Niestety, bez wątpliwości takim procesom jest poddawany olej palowy wykorzystywany do produkcji Nutelli.

  Na szczęście swego czasu mój organizm, przy pierwszej próbie spożycia tego produktu, stwierdził, że Nutella jest beee i na tym moja przygoda z produktem Ferrero się skończyła. Ponieważ byłem osobą wierzącą, a nic o szkodliwości oleju palmowego jeszcze nie wiedziałem, trochę mnie dziś zastanawia, który ze świętych mnie ostrzegł? Na pewno nie była to Matka Boska z Lourdes, skoro ona przyczyniła się walnie do jego powstania. Dziś można by mieć wątpliwości podwójnej natury. Bo, albo ten Ferrero ohydnie kłamie i dla reklamy (pośmiertnej) wspomniał o udziale Matki Boskiej, albo Matka Boska nie lubi ludzi i naraża ich na poważne choroby układu krążenia czy jeszcze gorszą, jaką jest rak? Obie koncepcje są niewątpliwie chore i nie wierzę a ni w jedną, ani w drugą. Gdzie więc tkwi haczyk? Dla mnie jasnym jest, że winowajcą jest sam portal Deon.pl, mieniący się katolickim. Ten artykuł, pod którym się nikt nie podpisał, jest niczym innym jak kryptoreklamą skierowaną do wierzących katolików. Podpierając się wizerunkiem Matki Bożej namawia się ludzi do spożywania trucizny, choć z opóźnionym działaniem. W razie czego zawsze można się wyłgać, że katolik zgrzeszył i spotkała go zasłużona kara. A feee...




niedziela, 22 października 2017

Luter, apage Satanas!



  Apage Statnas z łacińskiego da się przetłumaczyć na: „odejdź Szatanie!”. Do tej notki skłoniła mnie polemika na blogu Aisab1 oraz artykuł na portalu Pcha24.pl zatytułowany „Ciemna strona Marcina Lutra”2. Nagonka, przynajmniej w naszej polskiej, katolickiej rzeczywistości, ma ścisły związek z pięćsetleciem Reformacji. Nie mam się za wielkiego znawcy protestantyzmu, ani historyka czasów, gdy ten się tworzył, więc proszę poniższy tekst traktować wyłącznie w kategoriach osobistych refleksji w tym temacie.

  Ten niemiecki reformator religijny uchodzi za prowodyra największego rozłamu w  Kościoła chrześcijańskiego. Nie chcę się spierać o liczby, ale to nie był pierwszy taki rozłam w tym Kościele. Pierwszy i równie poważny nastąpił w XI wieku, gdy od zależności Kościoła rzymskokatolickiego odłączyło się prawosławie, a ten akt spowodował, że oba Kościoły wzajemnie obłożyły się apotemą, choć poszło niemal o to samo, o prymat biskupa Rzymu. Wróćmy do Lutra. Ten mnich augustiański, bakałarz Pisma Świętego, wcale nie uchodził za kogoś ważnego, ot jeden z wielu bezimiennych sług Tronu piotrowego. W 1510 roku Luter udał się do papieża w pewnej drobnej sprawie i to, co tam zobaczył, mocno nim wstrząsnęło. Papież Juliusz II, prowadzący w tym czasie wiele wojen, bezceremonialnie odnosił się do kapłanów i nie miał żadnego szacunku do sakramentów. Najbardziej wstrząsnęło Lutrem to, że księżą odprawiający mszę wzajemnie się poganiali, sam usłyszał z ust innego księdza: „Pośpiesz się! Inni czekają!” To jeszcze nie miało znaczenia dla powstania luteranizmu, ale dało Lutrowi obraz tego, co dzieje się również w jego Kościele.

  Prawdziwym powodem zatargu ze Stolicą piotrową stały się kupowane za mamonę odpusty, ustanowione przez papieża Leona X, prawdziwa plaga ówczesnego Kościoła. Z dzisiejszego punktu widzenia było to coś na wzór obligacji na odkupienie grzechów i wieczne Zbawienie, przy czym słowo „odkupienie” należy rozumieć dosłownie. Idea tych odpustów była wręcz nieprawdopodobna. Otóż, jak wynikało z wyjaśnień inspiratorów tej akcji, żyjący do tej pory święci , a przede wszystkim sam Chrystus, podczas swego życia na ziemi, zrobili więcej dobrego niż im było potrzeba. I tym naddatkiem dobra Kościół postanowił handlować, za konkretną gotówkę (sic!). Jakbyśmy to dziś powiedzieli, „ciemny lud” to wyjaśnienie kupił. Wyznaczono nawet rangę listów odpustowych oraz zapewniano, że nabywca nie musi oddawać się pokucie ani żalowi za grzechy. To wtedy uknuto powiedzonko: „Skoro pieniądz w szkatule zadzwoni, duszę z czyśćca do nieba wygoni”. Na początku stosunek Lutra  do tego procederu był dość dwuznaczny. Samej idei nie negował, potępiał tylko jarmarczny sposób rozprowadzania tych listów odpustowych. W roku 1517 (stąd tegoroczna rocznica) opracował 95 postulatów, które przybił na drzwiach kościoła w Wittenberdze i rozesłał do ważnych osobistości Kościoła, papieża nie wyłączając. Początkowo nic złego się nie zapowiadało, ale po kilku latach, mimo podjętym próbom zahamowania tego procesu, ruch luterański, jeszcze nieznany jako protestantyzm, był już nie do powstrzymania, nawet przez samego Lutra.

  W 1525 roku wybuchła w Niemczech wojna chłopska na bazie społecznego niezadowolenia. Jak to wtedy bywało, potrzebne było „wsparcie duchowe” więc przywódcy obrali sobie nauki Lutra. Ten początkowo próbował wstawić się za buntownikami, później ich samych ostudzić, a i gdy to na nic się nie zdało, wezwał do pomocy wojsko przeciw buntownikom. W efekcie ta wojna pochłonęła 150 tys. ofiar. W 1555 roku, po sejmie w Augsburgu podpisano pokój między katolikami a protestantyzmem i to wtedy powstała maksyma „Czyja władza, tego religia”. Mimo to, protestantyzm tępiono, co w końcu, w 1618 roku skutkowało wybuchem wojny trzydziestoletniej. Zwycięstwo odnieśli protestanci i tak nastąpił drugi formalny podział Kościoła chrześcijańskiego. Najistotniejsza różnica doktrynalna między katolicyzmem a protestantyzmem wtedy polegała na zmianie podejścia do Zbawienie. Protestanci uznali, że nie służą temu dobre uczynki a wiara. Wiara oparta dosłownie na przekazie Pisma Świętego. Nawet kult maryjny nie był wtedy przez nich potępiany, sprzeciw wobec tego kultu narodził się później, w różnych odłamach tej religii.

  Warto też wiedzieć, że Luter miał dość kontrowersyjne poglądy w różnych sprawach. Początkowo darzył Żydów sympatią, ale gdy ci pogardzili nową religią tak samo jak katolicyzmem, zmienił zdanie i nawoływał do ich dyskryminacji i potępienia, zgodnie z tezami i działaniami Kościoła katolickiego. Również na początku Luter był pobłażliwy wobec heretyków, wszak sam został za takiego uznany. Później jednak i tu zmienił zdanie i pozwalał na banicję innowierców a nawet stosowanie wobec nich kary śmierci. Natomiast jego stosunek do czarownic i inkwizycji był dokładnie taki sam jak Kościoła katolickiego. Czarownice należało palić...

  I choć to postać mocno niejednoznaczna, mnie jednak zdumiewa pogląd niektórych katolickich publicystów, że Luter i protestantyzm to tylko „ciemna strona mocy”. Tak jakby w tamtych czasach Kościół chrześcijański głosił i stosował hasło: „niech (jasna) moc będzie z wami” i nic więcej. W końcu Luter chciał ów Kościół oczyścić z powszechnej nieprawości, a tylko zbieg wydarzeń doprowadził do powstania nowej religii. Innymi słowy, to nie Luter jest tu winien, winnym sam sobie był Kościół rzymskokatolicki. Jeszcze bardziej zdumiewa mnie zdanie abp. Jędraszewskiego, z którego wynika, że powstanie protestantyzmu to nie powód do świętowania okrągłej rocznicy powstania protestantyzmu, gdy stwierdza wprost: „(...) to nie moment wielkiego świętowania, to raczej pokazanie kolejnego sprzeniewierzenia się chrześcijan wobec testamentu, jaki zostawił nam Pan Jezus w Wieczerniku w swojej modlitwie arcykapłańskiej, w której modlił się o jedność”3. Racja, ale to tylko wersja dla Kościoła katolickiego, bo to On wtedy sprzeniewierzył się naukom Jezusa. I zdumiewa mnie jeszcze bardziej jego, arcybiskupa, opinia, tak charakterystyczna w zrzucaniu winy na innych, kiedy stwierdza, że „w tym czasie nastąpił dynamiczny rozwój nauki, a zwłaszcza mechaniki. Uważano wręcz, że jest ona kluczem do zrozumienia świata, a nawet człowieka. Jeżeli wydawało się, że mechanika jest w stanie odpowiedzieć na tak skomplikowane sprawy, jak procesy zachodzące w ludzkim ciele, to dlaczego nie stwierdzić, że ten Bóg, którego wszyscy możemy przyjąć rozumem, jest takim wielkim zegarmistrzem, wielkim mechanikiem, który skonstruował i wprawił w ruch świat. Tak się począł deizm”. Abp. Jędraszewski bije się w piersi, tyle, że cudze. Arcybiskupie: czy to deizm wymyślił listy odpustowe?!

PS. Wypadałoby w tym poście poruszyć dokładniej kwestię 95 tez Lutra, ale nie chcę aż tak zanudzać. Może przy innej okazji.


PS. Najwięcej informacji o Lutrze zaczerpnąłem z Wikipedii pod hasłem: Marcin Luter


środa, 18 października 2017

Hallelujah



  Jeszcze kilka lat wstecz czasami zaglądałem do „mojego” wiejskiego kościółka, który niczym specjalnie się nie wyróżnia, po za tym, że do czasów wyzwolenia spod okupacji niemieckiej, był świątynia ewangelicką. To w końcu ziemie odzyskane. Niestety, najbardziej mnie zraziły pieśni religijne, choć mam do nich sentyment. Zraziły mnie dlatego, że z powodu braku akompaniamentu (organy wymagają remontu i brak organisty) wszystkie te pieśni śpiewane są a capella, a wtedy wychodzi na jaw, że osiemdziesiąt procent śpiewających nie ma głosu lub słuchu, a najczęściej ani jednego, ani drugiego. Masakra!

  Raz, podczas pogrzebu, zamawiający mszę sprawili sobie syntetyzator muzyki, czy też organy elektryczne. Było od razu lepiej, ale to tylko raz. Zanim przejdę do sedna proszę posłuchać tego:



  Jakość może nie ta, ale przyznam, że to wykonanie mi się spodobało, ba, nawet mnie wzruszyło. Przypuszczam, że wielu z moich Czytelników je już oglądało. Warto jednak posłuchać jeszcze raz, bo takie cudo, przynajmniej w Polsce, w polskim Kościele, nie będzie już możliwe. Właśnie wydano „Instrukcję Episkopatu Polski o muzyce kościelnej”, z której wynika, że takie instrumenty jak: gitara elektryczna; perkusja; fortepian (sic!) i właśnie organy elektryczne to wynalazek diabła! Te instrumenty nie przystają w „godności świątyni”1 i nie są zdolne „do wzmocnienia relacji z Duchem Świętym”. Nie moja bajka, nie mój problem, ale przyznaję, właśnie odpadła jedna z dwóch przyczyn, dla których czasami do kościoła zaglądam.

  W tej instrukcji czytamy: „Należy bezwzględnie stać na straży wykonywania takiej muzyki liturgicznej, która jest autentyczną sztuką nakierowaną zawsze na świętość kultu, i wprowadzać do liturgii tylko to, co odpowiada świętości miejsca, godności obrzędów liturgicznych i pobożności wiernych (Musicam sacram). Nie wolno w liturgii wykonywać utworów o charakterze świeckim”2. Ok, nie mnie oceniać. Jeśli to wycie a capella w „moim” kościółku jest autentyczną sztuką nakierowaną na świętość kultu, to ja przepraszam, to ja wysiadam. Niestety, nie doczytałem, czy ten zakaz obejmuje również różne koncerty muzyki religijnej, odbywającej się bez celebracji mszy, czasami w kościołach organizowanych. Gdyby jednak dotyczył, byłaby to prawdziwa zbrodnia na muzyce w ogóle. Na dodatek owo wyjaśnienie, że „na piosenki Leonarda Cohena nie ma w katolickich świątyniach miejsca”3. Wiadomo, L. Cohen to Żyd, i co on może wiedzieć o pieśni miłującej Boga. Więc posłuchajmy i tego, autorskiego wykonania:





piątek, 13 października 2017

Jezus tylko katolicki



  Mam złą wiadomość dla mojej blogowej znajomej – Olimpii. Jezus jest tylko katolicki, czego dowiedziałem się dziś z monologu ks. O. Pelanowskiego1. Ale ten jego monolog jest ciekawy jeszcze z innych powodów, przy czym wyznam, że potrzebowałem sporo czasu by przez cały przebrnąć, bo jak już kiedyś wspomniałem, wolę zdecydowanie tekst pisany od mówionego. Na domiar wszystkiego, ten trwa bite dwadzieścia minut, przy czym znaczną część stanowią... przerwy między wypowiadanymi kwestiami. Jak on został kaznodzieją? Przecież on więcej nie mówi, jak mówi.

  Może więc tak po kolei, o co ciekawszych fragmentach. Ano na początek dowiaduję się czegoś, o czym wcześniej nie wiedziałem: „Jezus mówi o nieuchronności śmierci”. Eureka! Kiedyś, pół wieku temu z okładem, chyba St. J. Lec popełnił aforyzm: „Życie to śmiertelna choroba, kto żyje ten umiera”, ale wiadomo, on tylko żartował, bo tak naprawdę to baron Stanisław Jerzy de Tusch-Letz, w dodatku Żyd i pewnie nauk Jezusa nie znał. Następnie jest zagmatwana historia o Piotrze, który w czymś się z tym Jezusem nie zgadzał i Jezus miał mu powiedzieć: „Zejdź mi z oczu aniele!”, tak jak nie przymierzając, ja mojej żonie, gdy za dużo gadała. Wniosek stąd taki, że nikt nie może nic zmienić w Jego objawieniu. Nikt! „Od papieża po przedszkolaka”, bo nawet małe przeinaczenie nauk Jezusa i człowiek znajdzie się po stronie szatana. I tu kolejna rewelacja. Pojęcie używane przez wierzących „Wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi”, a mnie często próbuje się to wmówić, jest... bluźnierstwem! „Gdyby tak było, to po co jest chrzest?” – pyta O. Pelanowski. I tu już mam problem, bo mnie ochrzczono, nawet nie pytając mnie o zdanie. I teraz nie wiem, czy jestem tym dzieckiem bożym, czy nie?

  Mój ulubieniec (od teraz) stwierdza, że zacieranie prawdy o grzechu pierworodnym jest przyczyną tego, że Kościół staje się rozwodniony. W efekcie Kościół zaczyna coś kręcić z moralnością uznając np. rozwody, ponowne małżeństwa, konkubinaty, choć nie w sensie sakramentalnym. Ksiądz podaje przykład: „Jeśli w jakimś stu osobowym miasteczku (dla mnie to wieś, ale nie będę wnikał) żyje dziewięćdziesięciu dziewięciu konkubentów, to czy ten jeden też ma zostać konkubentem?”. Tak się zastanawiam, jak jeden człowiek może żyć w konkubinacie, ale rozumiem, on ode mnie nie wymaga logicznego myślenia, więc nie będę się czepiał. W następnym wątku budzi się we mnie już oburzenie. Bo O. Pelanowski stwierdza, że niekatolicy próbują na katolikach wymusić pobłażanie dla gwałcicieli, a to już brzmi tak, jak z tym złodziejem, który krzyczy „łapać złodzieja!”. Ostatnio przytoczyłem pewien przykład księdza skazanego tylko na „zawiasy” za gwałt na nieletniej, w dodatku niepełnosprawnej i nigdzie, na żadnym katolickim portalu nie znalazłem słowa oburzenia.

  Teraz dla wspomnianej Olimpii najmocniejszy fragment: „Niektórzy zaproponują inną liturgię w łączności ze wszystkimi protestantami. Uwaga! Tymczasem u protestantów nie ma sakramentu eucharystii. Nie ma mszy. Nie ma żadnej łączności z ciałem Chrystusa. A Jezus powiedział tak: Jeśli nie będziecie spożywali ciała Syna człowieczego i nie będziecie pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. A zapewniam was, że nie był wtedy [Jezus – dopisek mój] po trzech kielichach wina i wiedział co mówi. Porównajmy takiego Jezusa protestantów i tego katolików. Wyraźnie obaj sobie zaprzeczają. Jeden dopuszcza rozwody, drugi mówi nie ma rozwodów. Jednemu nie przeszkadza antykoncepcja, drugi mówi nie ma antykoncepcji. Jeden mówi, moja matka jest do garów, drugi mówi, moja matka to królowa. Ja mówię, kto się modli z heretykami jest heretykiem!” (sic!) Dalej już w skrócie, by nie przynudzać. Ks. O. Pelanowski ma wielką ochotę zostać drugim Janem Chrzcicielem (dobrze, że nie Jezusem) i cieszyłby się, gdyby za jego poglądy go zamknęli. Na szczęście o ścięciu głowy nie wspomina, ale wyznał również, że modlił się będzie tylko i wyłącznie z katolikiem i to tym prawdziwym a nie rozwodnionym, o protestantach nie wspominając, bo „Jezus protestantów jest zbyt... dobrotliwy”(?!) A gdy ja pisałem, że Jezus nie jest lepszy od Boga starotestamentowego, nikt mi nie wierzył...

  Dalej też jest fanie, choć już w innym temacie: „Dziwię się katolikom żeniącym się z kimś spoza Kościoła katolickiego. Przecież mogą być pewni, że dojdzie do rozwodu jeśli nie do czegoś gorszego”. Cóż, tym samym mocno ogranicza się ilość potencjalnych partnerek na moje udane życie małżeńskie, na szczęście mam tyle lat, że z tego powodu nie będę rozpaczał. Mimo to muszę z przykrością przyznać, że taki kapłan ma ludzi za idiotów i wcale się nie dziwię, że coraz więcej wiernych przestaje słuchać takich nawiedzonych, odsuwając się od zinstytucjonalizowanego Kościoła. Mój ateizm nie ma w tym żadnego udziału. Nawet nie musi mieć... 

PS. cytaty są spisywane, więc mogłem popełnić drobne przeinaczenia, ale tylko drobne, bez znaczenia dla sensu wypowiedzi ks. O Pelanowskiego.