Fajną książkę przeczytałem. Już o niej
była mowa, przypomnę „Bóg zagubiony” autorstwa Anselma Grüna
i Tomáša Halika. Obaj to czescy księżą
katoliccy, co ma pewne znaczenie, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Czechy to
jeden z najbardziej zateizowanych krajów w Europie. Sami sobie się dziwią
(autorzy), że się uchowali w wierze. Książka przede wszystkim o wierze, choć z
punktu widzenie polskiego katolicyzmu, może się wydawać kontrowersyjna.
Ta notka też nie
będzie recenzją sensu stricte.
Nadmienię tylko, że dotyczy zarówno wątpliwości samych wierzących, ale również w
jakimś sensie ateistów, agnostyków i zsekularyzowanej części społeczeństwa
wierzących. Ma to uzasadnienie w podtytule: „Wiara w objęciach niewiary”, przy
czym nie jest treścią książki surowy krytycyzm postaw niewiary. Występują za to
często mylące kryteria oceny grup niewierzących. Zaskakujące wydaje się
podkreślanie konieczności podejmowania dialogu z ateistami, bo podobno ten
dialog może wnieść w wiarę wierzącego świeży, krytyczny, ale przez to
wzmacniający wiarę, powiew. Coś mi się wydaje, że w naszym kraju, dialog na takim poziomie jest nie do
pomyślenia. Rzecz w tym, że dla obu autorów, ateizm jest poszukiwaniem Boga,
choć Jego istnienie neguje. Błędem tej oceny jest porównanie współczesnego
ateizmu do ateizmu starożytnych Greków. Otóż starożytni epikurejczycy nie tyle
odrzucali wiarę w swoich bogów, ile traktowali ich jako istoty nie mające
żadnego wpływu na rzeczywistość. Były to byty istniejące niezależnie od ludzi,
choć czasami w życie ludzkie ingerowali. Tyle, że ogólnie, dla tego antycznego
świata, te ateistyczne z pozoru postawy nie miały żadnego znaczenia. Współczesny
ateizm zaś stanowczo odrzuca istnienie nawet takich bytów.
I tu pojawia się
problem, dla autorów książki chyba nie do przeskoczenia. Nie są w stanie
zrozumieć sytuacji, że skoro człowiek odrzuca istnienie niematerialnych bytów,
to tym samym nie może szukać innych. Tomáš Halik stwierdza, że pytanie: „jakiego Boga
odrzucasz?”, powinno uświadomić ateiście, że w gruncie rzeczy poszukuje zastępczych bożków.
Uzasadnia to tak: „Miejsce Boga w życiu
poszczególnych ludzi nie pozostaje puste, często na boskim tronie zasiada ktoś
inny lub coś innego, co zaczyna odgrywać w życiu ateisty rolę Boga. W ten
sposób rozwija się kult bożków, który Biblia uznaje za najcięższe grzechy.
(...) ludzie, którzy przestają wierzyć w Boga, często gotowi są uwierzyć we
wszystko”1. W moim przekonaniu występuje tu swoiste pomylenie pojęć. Dla
człowieka pozbywającego się wiary w Boga lub tkwiący w tej niewierze od zawsze,
zmieniają się tylko parytety ważności. Miejsce Boga zastępuje człowiek, ale nie
w takim sensie, w jakim ujmują to przeciwnicy ateizmu. Taki człowiek, bez jakichkolwiek
atrybutów absolutyzmu nie może być Bogiem w znaczeniu, w jakim proponuje T.
Halika. Mimo to, tenże człowiek jest przed niematerialnym Bogiem absolutu, ponieważ jest
ułomny, daleko niedoskonały, skłonny ulegać iluzjom. Bóg nie umiera, jak chce
Nietzsche i czemu zaprzecza T. Halik, ten Bóg zajmuje właściwe mu miejsce –
w świeci ludzkiej projekcji i iluzji – i takim w umyśle ateisty pozostaje. Czy podmiotowe
traktowanie człowieka stawia go w randze bożków, godnych najcięższego grzechu?
Otóż, choć Biblia i wiara na niej oparta jest skierowana na Boga, jest też, a
może przede wszystkim, skierowana na człowieka. Podobno mówi Ona jak ma żyć
człowiek, aby podobać się Bogu. Jeśli tylko odrzucić to podobanie się Bogu,
mamy ten sam aspekt traktowania człowieka, jaki proponuje ateizm. Człowiek dla
ateisty jest tym samym człowiekiem z Biblii, po odrzuceniu pierwiastka i odniesienia do Boga.
Można oczywiście
przypisać ateiście inne bożki – nauka, dbanie o potrzeby własne, pogoń za
dobrobytem itp., ale trzeba mieć świadomość, że z wierzącymi nie jest inaczej.
Nawet siła pragnienia tych aspektów rzeczy przyziemnych, życia doczesnego – bożków – w
ogólnym rozrachunku nie jest w niczym różna. Powstaje pytanie, gdzie w tych dążeniach
jest grzech ciężki? Gdyby zapytać wierzących, jakich mają idoli muzycznych,
literackich, a nawet moralnych, każdy odpowie, że ma, nawet jeśli tymi idolami
będą święci. Nie bardzo mogę się zgodzić z tezą, że ateista czci tych idoli bardziej,
rzekłbym, że jest wręcz odwrotnie, przynajmniej w stosunku do świętych. Pogoń za pieniędzmi, za dobrobytem niczym nie
odróżnia ateistów od wierzących. Gdzież więc są te bożki? I tu następuje
największy paradoks. Te same potrzeby wierzących i niewierzących, te same
pragnienia, stają się podobno bożkami z chwilą gdy przestaje się wierzyć w
istnienie bytu absolutnego (sic!)
Ba!, miłość do bliźniego w wersji ateistycznej jest podobno próbą wywyższenia
człowieka ponad Boga. A przecież ta gloryfikacja człowieczeństwa jest niczym
innym, jak zrzuceniem kajdan winy za niezrozumiały grzech pierworodny oraz
wyzwoleniem się z poddaństwa wobec bliżej niesprecyzowanego pojęcia Boga. W
żadnym zaś razie nie powoduje usadowienia na tron Boży człowieka.
Gdy Anselm Grün
pisze: „Ludziom, którzy rezygnują z Boga
– widzę to wyraźnie – grozi zajęcie Jego miejsca przez jakiegoś bożka, przez
walkę ze wszystkim, co obce, fascynację przemocą, której nie trzeba już stawiać
żadnych granic”2, to przyznam, że ów kaznodzieja dokładnie
opisuje... gro wierzących w naszym kraju.
Przypisy:
1 – „Bóg zagubiony”, Anselm Grün i Tomáš Halik, wydawnictwo WAM, Kraków 2017, str. 271;
2 - ibidem str. 271
1 – „Bóg zagubiony”, Anselm Grün i Tomáš Halik, wydawnictwo WAM, Kraków 2017, str. 271;
2 - ibidem str. 271