wtorek, 10 marca 2020

Paranoiczne urojenie liberałów


  Było o feminizmie, więc niejako z rozpędu będzie o patriarchacie. Komuś obiecałem. Mój dyżurny blogowy oponent, Radek, stwierdził autorytatywnie: „Zestaw nazwany rodziną w konfiguracji mężczyzna i kobieta rodząca dziecko jest po prostu naturalnym i oczywistym rodzajem więzi społecznej, nie związanym z żadnym patriarchatem już od dobrych paru lat. Nie przeczę, że są takie rodziny oparte na nadrzędnej roli mężczyzny, ale twierdzenie że dąży do tego współczesny konserwatyzm to paranoiczne urojenie liberałów”1.

  Pominę Kościół, dla którego żona choć nie jest dodatkiem do męża, to jednak jej podstawową rolą w małżeństwie jest służebność wobec męża i dzieci. Inna sprawa, że taki status żony jest również kreowany przez środowiska konserwatywne, i tu nie ma się czemu dziwić. W tym miejscu przypomnę słowa, deklarację Jarosława Kaczyńskiego, który sam nie ma rodziny: „Trwały związek między kobietą a mężczyzną i dziećmi, które przychodzą na świat, jest czymś niezwykle cennym w wymiarze naszej cywilizacji chrześcijańskiej, która niewątpliwie w dziejach świata jest najbardziej życzliwa człowiekowi”. Cóż, sam z tej życzliwości nie skorzystał, ale przecież nie o to chodzi. Niemniej to przykład czystej, konserwatywnej hipokryzji.W notce mało miejsca, ale w komentarzach chętnie wyjaśnię tę kwestię.

  Oto znalazłem tekst autorstwa Kamila Kisiela, konserwatysty pełną gębą, redaktora „Myśli Konserwatywnej” z hasłem „Tradycja ma przyszłość”, i Józefa Jabłońskiego, którego bliżej nie znam, ale skoro się pod tekstem podpisał...  Zacytuję wybrane fragmenty, które mogą podnieść kobietom niebezpiecznie ciśnienie, ale zaryzykuję: „Mężczyzna ma przewodzić rodzinie. Mężczyzna powinien kontrolować domowy budżet. Większość kobiet jest, i to niestety nie jest stereotypem, rozrzutna i mocniej ulega pokusom współczesnej reklamie i technikom marketingowym. Mężczyzna powinien rozsądzać spory między dziećmi. Większość kobiet ma tendencję do prawienia długich kazań i szantaży emocjonalnych. Mąż, wedle oczywiście ekonomicznych możliwości, powinien odciągać kobietę od pracy zarobkowej. Bo czyż nie pracą na cały etat jest trójka dzieci przy jednoczesnej trosce o dom, własną urodę i męża? Posłuszeństwo żony wobec męża nie ma nic wspólnego z równością wobec prawa stanowionego. Podkreślamy: najpierw Bóg, potem najpierw maż, potem dzieci, potem dom i dopiero na piątym miejscu praca (ja bym powiedział, na szóstym, bo wcześniej powinno być dbanie o urodę)”2. Dodam, że tekst pochodzi z 2017 roku, czyli nie z czasów prehistorycznych, a stricte współczesnych. Czyż to nie jest ewidentnie chęć przywrócenia patriarchatu?


  Mnie najbardziej zdumiewa określenie „tradycyjna rodzina”. Ten kto wymyślił tę frazeologiczną zbitkę słowną, ale i ci, którzy jej dziś używają, pewnie nie mają pojęcia o czym mówią. Bo ja zapytam: do jakiej tradycji ta rodzina się ma odnosić? Tu polecam, szczególnie miłośnikom książki tytuły: „Historia żony” Marilyn Yalom:


oraz „Historia rodziny” Jean-Luisa Flandrina:


  Po takiej lekturze bez wątpienia czytelnik może dostać wstrętu do tradycji, albo jeśli ma usposobienie sadysty, potraktuje ją jako nieodzowny podręcznik. Wracając do sedna, oczywiście, można owe określenie spłycić tylko do modelu liczbowego rodziny: mąż, żona i dzieci, ale to nie wyjaśnia, kim ma być mąż, kim żona, a już najbardziej niejasna jest ilość tych dzieci w rodzinie. Co się takiego porobiło, że to pojęcie „tradycyjnej rodziny” w jakimś sensie się zdewaluowało? Właściwie nic specjalnego. Od zarania dziejów ludzkości, towarzyszy nam ewolucja na dwóch płaszczyznach: zmieniające się warunki bytowe i społeczne. Tego nie zatrzyma nawet największa tęsknota za wczorajszą tradycją. Westchnienie „drzewiej to było dopiero fajnie” jest tak samo irracjonalne, jak jakakolwiek próba narzucenia ludziom (nawet przez prawo stanowione) iluzji powrotu do tradycyjnej rodziny. Tu trzeba jednak równocześnie dodać – nic nie dzieje się na siłę. Nikt, a już tym bardziej liberalizm czy feminizm, nikomu nie zabrania tworzyć modelu rodziny jaki mu się zamarzy. Choć we współczesnej Europie jest jeden model zabroniony – bigamia3 (też wynikająca z tradycji, choć nie europejskiej).

  Właściwie powinienem się odnieść do argumentów Kościoła na rzecz „tradycyjnej rodziny”, gdyż konserwatyzm opiera się przede wszystkim na wartościach chrześcijańskich. Miałbym zdecydowanie więcej przykładów prób przywrócenia patriarchatu, aby podważyć, z kapelusza wyjętą tezę o paranoicznych urojeniach liberałów. Tylko po co, skoro nasi konserwatywni przywódcy już się zbłaźnili ideą przywrócenia chrześcijańskich korzeni w zlaicyzowanej Europie. Podobną błazenadą jest twierdzenie, że są jakieś zewnętrzne i wewnętrzne zagrożenia dla rodziny. Rodzinie nic nie zagraża, ona ulega przemianom związanym z rozwojem cywilizacji. Aby tym przemianom zapobiec, trzeba by zrezygnować z jej dobrodziejstw. A tego konserwatyści nie zaproponują. Za dużo sami mają do stracenia. Materialnie.




Przypisy:
3 - gwoli ścisłości. De facto bigamia jest możliwa, jeśli związek nie jest zalegalizowany.


niedziela, 8 marca 2020

III wojna światowa – na dzień kobiet


  Blogowa znajoma stwierdziła kategorycznie: „Ja się będę upierać, że wojnę światową to my mamy non-stop, i te wojny lokalne tyczą się nie tylko ludzi danego terenu, na którym rzecz się dzieje, ale nas wszystkich”1. Stanowczo zaprzeczyłem i..., i dziś zmieniam zdanie by udowodnić, że nie jestem upartym osłem, odpornym na każdą argumentację oponentów. Tak, III wojna światowa trwa i to ponad pół wieku, choć ma zupełnie inny charakter, niż mojej oponentce się wydaje.

  Osiedle mieszkaniowe w jakimś większym mieście polowy lat sześćdziesiątych. Mąż wraca zmęczony z pracy, idzie umyć ręce i twarz, i już odświeżony przechodzi do jadalni, gdzie czeka na niego zadbana żona, uśmiechnięte dzieci nastolatki, oraz skromny, ale pachnący obiad. Żona napełniając talerz męża, pełna troski pyta o to, jak minął mu dzień, dzieci zaś opowiadają jak im minął dzień w szkole. Po obiedzie on siada w wygodnym fotelu, żona podaje mu filiżankę z kawą i dzisiejszą prasę, a dzieci idą odrabiać lekcje. Ona jeszcze tylko musi pozmywać naczynia, by w końcu usiąść obok męża z ręcznymi robótkami. Wreszcie mogą włączyć telewizor, czarno-biały, bo właśnie rozpoczyna się emisja programów telewizyjnych. Wieczorem, gdy dzieci już poszły spać, przygotowuje w sypialni łóżko, gotowa w każdej chwili ubrać seksowną bieliznę, jeśli tylko mąż wyrazi w delikatny sposób chęć na spełnienie małżeńskiego obowiązku. I tak dzień w dzień, z przerwą na niedzielę, gdzie dodatkowa atrakcją jest wspólne wyjście do kościoła, a obiad jest bardziej uroczysty... Idylla?

  Dorastające dzieci zaczynają dostrzegać, że coś tu nie gra. Ojciec jest jakoś dziwnie wyobcowany. Owszem słucha, ale nigdy sam o nic nie pyta. Owszem, dba aby wszystkim żyło się w miarę dobrze, ale jest przy tym wręcz despotycznie przywiązany do rytuału wypracowanego przez kilkanaście lat. Nie ma mowy o jakimś szaleństwie. Matka zaś właściwie nigdy się nie śmieje, tak spontanicznie, jak z głupiego żartu, choć na jej twarzy uśmiech trwa. Jak przyklejony. Stara się o to, aby w domu był porządek, posiłki na czas, i żeby nikomu nie zabrakło czystej odzieży. Tyle, że w tym nie ma żadnej ambicji. Jest tylko obowiązek. Życie de facto jest takie, jakie musi być i młodym zaczyna być w tym świecie duszno.

  Pod koniec lat sześćdziesiątych wybucha rewolucja, przez jednych nazwana kulturową, przez innych seksualną, i to jest początek III wojny światowej, która trwa do dziś. Młodzi malują szarość życia pastelowymi kolorami, a dla większych doznań sięgają po narkotyki. Purytański świat bożego ładu, niezniszczalnych reguł i norm moralnych okraszonych hipokryzją, wali się niczym domek z kart po ciężkim bombardowaniu. Już nigdy nic nie będzie takie samo. Jednak myliby się ktoś, kto by sądził, że liberalizm, feminizm czy tolerancja odniosły zwycięstwo. Po trzydziestu latach pewnych, ale drobnych sukcesów nowych idei, konserwatyzm przeszedł do kontrnatarcia i nic nie jest rozstrzygnięte. Od końca lat dziewięćdziesiątych wojna się nasila. Powstaje ruch anti-choice, rzekomo oddolny, de facto sponsorowany przez lobby konserwatywne (w Polsce to Kościół, Ordo Iuris oraz PiS). I nie chodzi w tym tylko o sprzeciw wobec aborcji, gender, LGBT, ale także o walkę z antykoncepcją i, co jest przerażające, z ustawodawstwem antyprzemocowym.

  Ta wojna dziś po stronie konserwatystów sięgnęła szczytu absurdu szczególnie na poziomie feminizmu. Poczucie wolności, możliwości decydowania o sobie oraz godność kobiety, stały się dla tych kręgów grzechem. Ta rzekomo oddolna inicjatywa proponuje z okazji święta kobiet litanię za ofiary feminizmu (sic!), którą pozwolę sobie przytoczyć we fragmentach i w formie puenty:

  Módlmy się za:

- kobiety, którym wdrukowano brak zaufania do mężczyzn;
- kobiety, które chciałyby żyć zgodnie ze swoim powołaniem do małżeństwa i macierzyństwa;
- kobiety deprecjonowane i wytykane palcem jako kury domowe;
- kobiety, którym wpojono ideał realizacji siebie zamiast obdarowywania sobą mężczyzn;
- kobiety faszerowane antykoncepcją w ramach przejmowania kontroli nad własnym życiem;
- kobiety uwikłane w imię błędnie pojmowanej wolności w związki pozamałżeńskie, romanse, konkubinaty ;
- kobiety, którym wmówiono atrakcyjność bycia singlem;
- mężczyzn, którym odebrano męskość;
- mężczyzn, którym nie dano być głowami rodzin;
- mężczyzn, z którymi żony konkurują zamiast wspierać;
- porzucone dzieci, które były dla matek mniej ważne od kariery;
- dzieci, którym ze względu na prawo kobiety do wyboru nie dano się narodzić;
- kobiety, którym wmówiono, że ich macica, ich sprawa;
- homoseksualistów, którym matki nie potrafiły zaprezentować pozytywnego obrazu kobiecości2.






wtorek, 3 marca 2020

Megalomania dla odważnych


  Rozglądając się po różnych blogach, widzę sporą grupę blogowych przyjaciół uwielbiających horrory. Idąc im naprzeciw, pozwolę sobie na fragmenty jednego z nich, który znalazłem na..., na razie to nieistotne. Liczy się suspens i groza, opis i happy end, czyli to, co czytelnik lubi najbardziej. Miłej lektury, tym bardziej, że nie będzie zbyt długa:

  „Dla świata będzie zaskoczeniem i szokiem błyskawicz­ne natarcie Chin na Rosję. Natężenie walk i okrucieństwa będą straszliwe. Chińczycy będą naśladować postępowanie Japończyków podczas drugiej wojny światowej: zaskoczenie, szybkość i terror. Zwycięstwa Chin przerażą Stany Zjednoczone. Chiny rzu­cą bomby jądrowe na zakłady zbrojeniowe i ośrodki doświad­czalne broni atomowej w Rosji. Niemcy wciągną USA do wojny jako sojusznika atlanty­ckiego. To, co zrobią Niemcy, będzie krokiem samobójczym. Będą liczyć na zajęcie Polski. W swej nienawiści nie zorientują się, że sympa­tia Zachodu i reszty świata będzie po stronie Rosji. Rosja runie na Europę. Polska, Czechy i Słowacja, wiedząc, że w razie zwycięstwa Niemiec czeka je zagłada, stworzą wspólną obro­nę przeciwko Niemcom. Zaznają też klęski Ukraina i Litwa, a w mniejszym stop­niu Łotwa i Estonia.

  Zjawiska atmosferyczne, które ukażą się na niebie już na początku wojny, będą ostatecznym ostrzeżeniem zapo­wiedzianym przez Maryję, Królową Świata, w wielu obja­wieniach. Będą potwierdzeniem, że nadchodzi zapowiedziany okres wojen i kataklizmów w przyrodzie. Będą też znakiem, że nie udało się pobudzić w ludziach żalu za grzechy i skruchy oraz chęci poprawy życia, aby móc powstrzymać zło wiszące nad światem, które dotąd trzymała Ręka Pana. Sprawiedli­wość Boża nie może dłużej znosić tryumfowania nikczemności i pogardy Jego świętych praw. Najbardziej zniszczone będą Niemcy, ponieważ trudno jest ocalić jednostki, kiedy giną miliony. Ostrzega się wszyst­kich Polaków będących na ziemiach niemieckich – jeżeli ocaleją z wojny, zginą w falach morza, które zaleją prawie cały kraj. Jedynym narodem, który wyjdzie z tej katastrofy cało, ponieważ będzie chroniony przez Miło­sierdzie Boże, pozostanie Polska.

  W Polsce częściowemu zniszczeniu ulegną miasta przy­brzeżne, ale żadne polskie miasto nie zostanie zniszczone przez broń jądrową. Będą natomiast zagrożone bombardowaniem, podobnie jak całe niemal Zagłębie. Ludność stamtąd będzie ewakuowana. Nie powinna wracać aż po kataklizmie. Poznań nie będzie zniszczony. W czasie wojny bomby i pociski za­grożą Szczecinowi, portom i Śląskowi. Miast na Ziemiach Zachodnich Niemcy nie będą niszczyć, licząc na ich zagarnię­cie. Atakowane będą tylko porty, obiekty strategiczne i prze­mysłowe. Dużych zniszczeń nie będzie, bo polska obrona do tego nie dopuści

  Polska tym razem zostanie oszczędzona i będzie jedynym państwem, które ze światowego kataklizmu wyjdzie jako państwo potężniejsze, silniejsze i wspanialsze. Od niej zależeć będzie przyszłość Europy. W niej rozpocznie się odrodzenie świata przez ustrój, który stworzy, przez nowe prawa, zgodne z prawem Bożym. Polska w swoich granicach będzie realizo­wać prawo Boże, gdyż dość zaznała krzywd, niesprawiedli­wości, zbrodni i bezprawia. Zbuduje nowy dom braterstwa wszystkich narodów świata, a dla swoich dzieci będzie matką. Nikogo nie odrzuci, nie potępi, lecz przygarnie. Będzie jed­ną Ojczyzną dla wszystkich tych, którzy ją kochają, znają jej tradycję, historię i kulturę. Jako prawdziwa matka zwracam się do wszystkich Polaków, aby ich ostrzec i przygotować na nadchodzące wypadki. Kraj Królowej Polski ma być czysty. Kto wróci natychmiast, kiedy bramy Polski otwo­rzą się, uzyska pełne prawa i weźmie udział w budowaniu najpiękniejszego ustroju ludzkiego pod berłem Bożym”.

  Brednie nad bredniami połączone z megalomanią, ale niektórzy takie lubią (nie będę wskazywał palcem, bo to poważna Instytucja), i traktują je niemal jak Księgi natchnione, w tym i prorocze. Nie sposób ukryć, że to efekt biedy intelektualnej oraz teologicznej ignorancji. Teoretycznie Kościół daje pełne prawo do nieuznawania wizji, szczególnie tych prywatnych. I dobrze. W tym przypadku jest jednak poważny problem autoryzacji. Tenże Kościół uznał objawienia fatimskie za pewnik, choć jednocześnie za cud, w którym autorka tej wizji, św. Łucja, jest postacią pierwszoplanową (z ludzi). Nie może więc uznać, że w swej ostatniej wizji ta wizjonerka bredzi, bo to podważyłoby objawienia fatimskie. Gorzej, i św. Faustynę Kowalską trzeba by uznać za lekko pomyloną, bo i ona podobnych bredni miała wizję. A na niej się nie kończy, lista religijnych wizjonerów III wojny światowej jest długa.

  Jak to zwykle w życiu bywa, coś w tych wizjach jest na rzeczy. Wybuch III wojny światowej jest realnie możliwy. Ale jak kiedyś stwierdził Dwight D. Eisenhower: „Jedynym sposobem na uwiarygodnienie i wygranie III wojny światowej jest dopuszczenie do jej wybuchu”. Ponieważ ta wojna ma się rozpocząć w Chinach, potrzebne są dwa czynniki: przyczyna i propagator. Przyczyna już jest – koronawirus. Propagator też. W Polsce. To twórca Radia Maryja – Rydzyk. Wystarczy tylko znaleźć sposób, aby go wysłać do Chin...







niedziela, 1 marca 2020

Słodki smak Wielkiego Postu.


  Trzeba sobie od razu na wstępie wyjaśnić, że ten gloryfikowany Wielki Post ma charakter stricte religijny i mnie dziś nic do niego. Wierni wymyślili sobie kolejny rytuał i mają do tego pełne prawo. Tak jak każdy ma prawo być wegetarianinem, a nawet weganinem. To też forma postu na bazie ograniczeń kulinarnych, powiedziałbym, że nawet bardziej, bo nie tylko na okres przedświąteczny. Inną formą wyrzeczeń w czasie Postu jest unikanie zabaw i wszelkiego rodzaju rozrywek, choć tu granica jest bardzo płynna, bliżej niesprecyzowana. Nakazowo obowiązują trzy zasady: post kulinarny, jałmużna i modlitwa, a cechą dodatkową jest tak zwane nawracanie się i pokuta.

  Z tego wszystkiego najbardziej dla mnie niezrozumiałe jest pojęcie nawracania się wiernych z powrotem na właściwą wiarę(?). Oficjalnie ten termin znaczy tyle, że trzeba dokonać przemiany duchowej, tu: na odwróceniu się od grzechu, przyjęcie za podstawę akt wiary i skruchy, oraz jako stopień najwyższy, upodobnienie się do Jezusa, czyli gotowość poświęcenia życia dla wiary(?). I tak rok w rok na okrętkę, lekko ironicznie, bo prawdziwej wiary w wiernych nie ma(?) Pytajniki są w nawiasach, aby zaznaczyć te elementy, które są dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nie przypominam sobie, by Jezus nakazywał oddawać życie za wiarę, choć mówił, że niejednych to czeka. Nie rozumiem też, jak można tracić wiarę, skoro obowiązkiem wiernego jest stałe jej umacnianie. Można dojść do dziwnego wniosku, że przedświąteczny ascetyzm to może nie jedyna droga do zbawienia, ale bezwzględnie konieczna. Dlaczego tylko w dniach postu – oto wielka tajemnica wiary. Tyle teoria.

  Czy człowieka niewierzącego stać na jakąś formę ascetyzmu? Stwierdzę z pełnym przekonaniem, że nie tylko stać, ale czasami jest do niej przymuszony. Na przykład: przy wielu chorobach wskazana jest ścisła dieta. Raz w życiu przeżyłem taki półroczny okres i uchowaj Panie więcej. Z innej beczki: pracowałem na dole w kopalni, a ponieważ byłem nałogowym palaczem, czas tej pracy był wyjątkowym przykładem ascezy ze względu na kategoryczny zakaz palenia. Może dlatego dziś nie mam problemów z dłuższym przebywaniem w miejscach, gdzie nie wolno palić. Jeszcze jeden przykład ascezy: w zasadzie lubię alkohol, a jednak za sprawą „duchowej” potrzeby unikam opilstwa jak ognia, nie tylko w sierpniu, katolickim miesiącu trzeźwości. Nie będę przynudzał innymi przykładami, rzecz w tym, że nie traktuję tego jako drogi do zbawienia. I tu zaczynają się schody...

  Jeden z nawiedzonych po prostu mnie załamał. Czytam: „(...) choć chrześcijaństwo wiąże się z koniecznością wyrzeczeń, to podejmujący je człowiek może liczyć na nagrodę – i to niebagatelną, bo szczęście wieczne”. Cóż, moje liczne wyrzeczenia też skutkują nagrodą. Tu i teraz odcinam kupony. Z ekonomicznego punktu widzenia mogę spokojnie patrzeć w najbliższą przyszłość, co wydaje nie tylko konieczne, ale wręcz nadrzędne. Niestety, kolejny argument jest już nie do odparcia: „Różnica między chrześcijaninem a niewierzącym [w oryginale jest mowa o lewicowcu, a przecież nie każdy niewierzący jest lewakiem – dopisek mój] nie polega na tym, że ten drugi nie podejmuje wyrzeczeń, lecz na tym, że jego wyrzeczenia są bezcelowe” (sic!) Wynika z tego, że moja dieta lecznicza, czy abstynencja alkoholowa są bezcelowe bo..., bo nie poświeciłem ich Bogu. Brawo, większej głupoty w życiu nie czytałem, choć czasami trafiam na idiotyczne teksty Marcina Wolskiego. Aby było śmieszniej, autor tej bzdury przytacza kolejną: „(...) w stołówce pracowniczej czy szkolnej podają tylko mięso i nie ma wyboru? Katolik, także ortodoksyjny, w piątek może wówczas mięso „wsunąć” [podkreślenie moje] i odprawić pokutę w innej formie”. Z pełną ironią, ba!, sarkazmem: to taka ortodoksyjna odmiana powiedzenia: prawo jest po to, aby je łamać. Drobna pokuta, pięć minut na klęczkach podczas modlitwy, i już po bólu. Taki wegetarianin czy weganin, w takiej sytuacji po prostu nie tknie mięsa, a mimo to jest gorszy od chrześcijanina (wegetarianie i weganie są dziś w Kościele na cenzurowanym, innymi słowy, są traktowani jak heretycy). Bo oni rezygnują z posiłków mięsnych i głodują dla diabelskiej idei. Gdyby to samo robili w imię chwały Bożej, byłoby już ok.

  Marcin Jendrzejczak, bo o nim mowa, jeden z najbardziej ortodoksyjnych ortodoksów katolickich, ma dla niewierzących lewicowców [żeby trzymać się jego słownictwa] jedną, wręcz rewelacyjną dobrą radę: „Po cóż się katować, gdy wysiłek jest wielki, a korzyści żadne. Nie bójcie się, drodzy lewacy! Nie wyniszczajcie się na darmo! Cieszcie się życiem! Minus jest tylko taki, że musicie przestać być lewakami. Ale tego akurat wyrzeczenia nie pożałujecie”. Ja bym z tej dobrej rady wnet skorzystał, gdybym kiedyś nie był wierzącym, a dziś wierzących nie obserwował. Otóż śmiem twierdzić, że nie ma gorszego katowania siebie, niż wypełnianie wszystkich nakazanych rytuałów religijnych (które niczemu nie służą), niż stosowanie się do wszystkich zakazów wynikających z religii (a katolicy nagminnie się nie stosują), i wreszcie – niż katowanie logiki normalnie myślącego człowieka. A najgorsze w tym to, że chcą narzucić to katowanie innym. Dodam w pełni ironicznym przekąsem: przecież tak naprawdę wierzącym ortodoksom nie chodzi o radość z życia doczesnego. Będą się radować dopiero w godzinie śmierci. Trochę jakby krótko...