środa, 19 sierpnia 2020

Obsesja niejedno ma imię

  Moja stała Czytelniczka i na dziś dyżurna oponentka (sorry za to określenie, mam nadzieję, że się nie obrazisz), napisała lekko ironicznie: „Zastanawiałam się ostatnio czy nie zacząć ci przytakiwać? Tak masz rację, jedną wielką rację...”. Oczywiście zgaduję, ale przypuszczam, że to dlatego, iż bronię swoich racji niczym Augustyn Kordecki Jasnej Góry podczas szwedzkiego Potopu, z tą różnicą, że na moich blogach krew się nie leje, choć czasami jest ostro. Ostro, jak na noże...

  Zaskoczył mnie ks. Krzysztof Grzywacz swoją definicją fanatyka: „Fanatyk (...) w pierwszej chwili jawi się jako słońce. Jest nieskalany, nie popełnia błędów. Nie mówi: „Nie wiem, nie rozumiem”. Zawsze wie, zawsze wszystko jest dla niego jasne. Podobnie w kwestii swojej moralności jest nieskalany, natomiast gorszy się najmniejszymi błędami u innych osób”1. No przecież to prawie jak o mnie! Na szczęście dodatkowe wyjaśnienia przynoszą mi ulgę. Chodzi mu bowiem o fanatyka religijnego, który panicznie boi się postępu nauki, eksperymentów i poszukiwań nowych doświadczeń. Taki fanatyk zawęża wolność do zasad (dogmatów), bez konieczności zadawania pytań – dlaczego? Jest gorzej, bo on uważa, że to, co kiedyś było dobre pod żadnym pozorem nie należy tego zmieniać. Nasunęła mi się myśl, że przymiotnik „religijny” w odniesieniu do fanatyka można śmiało zastąpić słowem „konserwatywny” – i tak na jedno wychodzi. Wprawdzie ks. Krzysztof opisuje osobowość fanatyka religijnego – polecam, to bardzo ciekawa charakterystyka – ale większość z tych cech można przenieść bez żadnego ryzyka na ludzi skrajności. Na wszelkiej maści radykalizm, lewicowego nie wykluczając. Od razu dodam, gdyby ktoś miał wątpliwości – liberalizm już z samej definicji wyklucza fanatyzm.

  Aby w jakiś sposób nadać notce luzacki styl, kilka osobistych refleksji o pewnym dziwacznym wydarzeniu, opisanym na tym samym portalu, a ów opis ma charakter poważny, wręcz promocyjny. Otóż, niejaki Rijen Valson, indyjski katolik, postawiony w sytuacji kwarantanny z powodu pandemii Covid-19, postanowił zrobić coś pożytecznego i owocnego dla swojej wiary. Ręcznie przepisał całą Biblię zużywając na to 2755 kartek formatu A4 i 32 piór. Jedyne, co według mnie go tłumaczy, to owe 113 dni kwarantanny2. Faktycznie można się zanudzić na śmierć. Aby nie było, że z niego szydzę, przyznam się, że kiedyś dopadł mnie podobny pomysł i to wcale niezwiązany z pandemią. Fascynowało mnie programowanie. Nawet na trzyletnie studium się zapisałem. Ono się przydało, choć już bez związku z samym programowaniem. Mając dyplom prowadziłem profesjonalne kursy obsługi komputerów, a zapotrzebowanie wtedy było ogromne. I kasa była nie do pogardzenia...

  Wróćmy jednak do mojego pomysłu, który dziś bym umieścił w kategoriach obsesyjnej pogoni za czymś doskonałym. Napisałem program komputerowego słownika języka polskiego z możliwością wykorzystania do rozwiązywania krzyżówkowej typu „Jolki”. Działał doskonale (teoretycznie) na platformie Windows 3,11 (kto pamięta?). Pojawił się jednak drobny problem, który wybudził mnie ze „snu o potędze i sławie”. Ten „Wielki Słownik...” (wersja IV tomowa) trzeba było przepisać, i to nie tylko hasła, ale i objaśnienia. Skapitulowałem po tygodniu. Nie było pandemii, żebym nie wiedział, co z sobą zrobić. Mój pomysł jednak miał jakiś sens, czego dowodzi np. informatyczny Słownik Języka Polskiego (to nie moja wersja, choć zasada działania jest podobna). Zastanawiam się w tym miejscu, jaki sens miało ręczne przepisywanie Biblii, skoro za taniochę można Biblię kupić w każdej księgarni, a są przecie wersje netowe? O pożyteczność już w ogóle nie zapytam, skoro czytam: „Ukończył swą pracę tylko dzięki gorącej modlitwie i pełnemu wsparciu ze strony rodziny, przyjaciół i księdza proboszcza. Gruby tom ręcznej Biblii, którą oprawił jego przyjaciel, cieśla Syam Mohan, przedstawiono 28 lipca, gdy Kościół syromalabarski, do którego należy R. Valson, obchodzi wspomnienie św. Alfonsy Muttathupadam od Niepokalanego Poczęcia (1910-46), klaryski, pierwszej Hinduski, kanonizowanej przez Kościół katolicki. Po otrzymaniu błogosławieństwa od miejscowego biskupa Andrewsa Thazhathu dzieło trafiło na stałe do kościoła św. Antoniego w Północnym Karammukku w tymże stanie”3.

  Dzieło? Dalibóg nie wiem, jakiej trzeba wyobraźni, aby ręczną kopię Biblii w dzisiejszych czasach nazwać dziełem. Gdybyż to choć były osobiste refleksje nad tekstem świętej Księgi, ale to tylko kopia współczesnej, drukowanej kopii, gdyż nie przepisywał średniowiecznych manuskryptów. Jak dla mnie to przejaw pewnej obsesji, tu na tle religijnym, daleko różnej od fanatyzmu, który opisuje ks. Grzywocz. Niemniej uczciwie przyznam, że obsesja Rijen Valsona mało, że nie jest groźna, to na swój sposób zabawna. Namawiałby wszystkich sfanatyzowanych ortodoksów, z zacięciem do nawracania świata na siłę, do takich zajęć.
Ku chwale Pana..., i spokoju niewiernych. Kto przepisuje, nie grzeszy.

 

Przypisy:
1 - https://deon.pl/wiara/ks-grzywocz-po-tym-mozna-rozpoznac-fanatyka-religijnego,936031 
2 - https://deon.pl/kosciol/w-czasie-zamkniecia-z-powodu-pandemii-przepisal-recznie-cala-biblie,958384 
3 - ibidem.

 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Dwanaście kroków AA do nikąd

 

  Niemal w każdym klubie AA (i innych, anonimowych) znajdziesz taką lub podobną agitkę: „Oferujemy wspólnotę, w której znajdujemy i dzielimy się uzdrawiającą siłą miłości. Pragniemy zaoferować tutaj rozważania nad tymi krokami, dzieląc się tym, jak według nich postępowaliśmy, aby wyzdrowieć. Nasz sposób życia, oparty na dwunastu krokach i dwunastu tradycjach, przyniósł nam fizyczne, emocjonalne i duchowe uzdrowienie, którego nie wahamy się nazwać cudownym. To, co działa dla nas, zadziała również dla Ciebie”. Prawda, że brzmi zachęcająco, szczególnie w odniesieniu do cudów?

  Wszystkie grupy AA opierają się na dwóch metodach. Pierwsza, metoda dwunastu kroków, druga, dwunastu Tradycji. Obie, i to nie ulega żadnej wątpliwości, opierają się na wierze w cuda. Wymienię kilka, które o tym świadczą:
Metoda 12 kroków:
2 – „
Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek” – już samo to zdanie przeczy zdrowemu rozsądkowi;
3 – „Podjęliśmy decyzję, aby powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, tak jak Go rozumieliśmy” – nawet teologowie nie są w stanie zrozumieć Boga, czy wobec tego trzeba gratulować tego zrozumienie chwilowo wstrzemięźliwym alkoholikom?;
6 – „
Staliśmy się całkowicie gotowi, żeby Bóg usunął wszystkie te wady charakteru”
– czyli oczekujemy na cud;
11 – „
Staraliśmy się przez modlitwę i medytację poprawiać nasz świadomy kontakt z Bogiem, tak jak Go rozumieliśmy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia” – cóż, jeśli kontakt z Bogiem jest świadomy, to ja się nie dziwię, że oni wracają do alkoholizmu.
Metoda 12 Tradycji AA (już bez moich komentarzy):
2 – „
Dla naszego grupowego celu istnieje tylko jedna ostateczna władza – miłujący Bóg, tak jak może On wyrażać Siebie w naszym grupowym sumieniu. Nasi liderzy są tylko zaufanymi sługami; oni nie rządzą”;
8 – „Wspólnota Anonimowych Alkoholików powinna na zawsze pozostać nieprofesjonalna, lecz nasze biura służb mogą zatrudniać niezbędnych pracowników”;
12 – „Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych Tradycji, przypominając nam zawsze, że zasady są ważniejsze od osobowości”.

  Mamy to do czynienia z dwoma dziwacznymi warunkami. Pierwszy, to wiara w Boga chrześcijańskiego, jako warunek konieczny, drugi, anonimowość i nieprofesjonalność. Oba te warunki a priori wykluczają naukowe i medycznie potwierdzone podejście do terapii leczenia z alkoholizmu. I właściwie na tym powinienem zakończyć swoją krytykę tego lecznictwa z pogranicza magii i czarów. Sprawa jest jednak poważna, by nie napisać zastraszająca, gdyż nie tylko terapeuci, ale i część lekarzy, czy psychologów do tych grup kierują rzesze chorych na alkoholizm. Tymczasem spora część z tych profesjonalistów nie ma pojęcia, co w tych grupach AA się dzieje i jakim metodom poddaje się chorych. Dla mnie ewidentne fałszywe podejście do chorych jest uznanie (pkt. 1 z metody 12 kroków): „Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu” (sic!) oraz samoleczenie, to znaczy, alkoholik leczy alkoholika. To dokładnie tak, jakby choremu na raka powiedzieć, że jego choroba jest nieuleczalna, a leczyć go będzie inna osoba chora na tę chorobę. Motywacja jak się patrzy, nic tylko od razu strzelić sobie w łeb. Już słyszę zarzut, że przesadzam, że jednak są tacy, którzy w ten sposób żyją w abstynencji. Zgoda, są tacy, ale jest ich garstka, która de facto znalazła w sobie inną motywację – takie zainteresowania, które odciągają ich od sięgania po alkohol. Innymi słowy, oni byli w stanie wyjść z nałogu bez uczestnictwa w grupie Anonimowych Alkoholików.

  By nie być gołosłownym powołam się na pewne badania. Janusz Lewicki w artykule „Korzenie organizacji AA” wskazuje na rezultaty badawcze obrazujące niewielką, a wręcz balansującą na granicy błędu statystycznego (3 proc. wyleczonych) skuteczność. Wszystkie badania naukowe wykazały, że brak jakiejkolwiek terapii jest bardziej skuteczny niż terapia w grupach AA1(sic!). Z naukowego punktu widzenia, metody walki z uzależnień w grupach Anonimowych, to wręcz szarlatania. O tyle groźna, że zazwyczaj odbiera się członkom grup możliwości skorzystania z innych metod leczniczych, co wypełnia podstawowy warunek funkcjonowania sekty. Bo choć każdy ma prawo wyboru, nie może być tak, że ów wybór z automatu dyskredytuje inne metody. A tak się niestety dzieje. Zjawisko jest o tyle groźne, że tworzy się podobne anonimowe grupy o innym podłożu: hazard, depresja, nikotyna, narkomania, pracoholizm, a nawet takie kuriozum jak długi (anonimowi dłużnicy).

  Normalnie mnie dziwi, jakimi motywami kierują się lekarze, psycholodzy i terapeuci kierując uzależnionych do grup anonimowych. Tymczasem „Naczelna Rada Lekarska ocenia negatywnie zjawisko coraz większej ekspansji nieracjonalnych i niezalecanych metod tzw. medycyny alternatywnej, proponującej niesprawdzone metody diagnozowania oraz leczenie o wątpliwej wartości, które są praktykowane i popularyzowane przez różne podmioty w naszym kraju. W takiej sytuacji dochodzi do nadużycia pojęć –medycyna i leczenie. Metody te wyrządzają pacjentom wymierne, a często nieodwracalne szkody powodując opóźnienie podjęcia właściwego leczniczego postępowania. Szczególnie niepokojące jest, że w dobie komercjalizacji wielu dziedzin życia również część lekarzy ulega pokusie i podejmuje tego typu praktyki lub legitymizuje takie działania innych osób. Naczelna Rada Lekarska zwraca uwagę, że posługiwanie się niesprawdzonymi i niezalecanymi metodami, które są podstawą tzw. medycyny alternatywnej stoi w oczywistej sprzeczności z art. 57 rozdziału IV Kodeksu Etyki Lekarskiej, który mówi: „Lekarz nie może posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe lub bezwartościowe [podkreślenia moje]. Nie może także współdziałać z osobami zajmującymi się leczeniem, a nieposiadającymi do tego uprawnień””2. Tu już naprawdę nie potrzeba mojego komentarza.

 

Przypisy:
1 – za:
https://repozytorium.ukw.edu.pl/bitstream/handle/item/1127/Bartosz%20Mikolajczyk%20Dwanascie%20anonimowych%20krokow%20donikad.pdf?sequence=3&isAllowed=y
2 – ibidem.

sobota, 8 sierpnia 2020

Cierpiętnictwo, czyli jak mnie Boże stworzyłeś, tak mnie masz

  Ta teza jest, a może ma być „usprawiedliwieniem” ciężkiego życia pewnej siostry zakonnej i nie mam zamiaru jej podważać, choć dla mnie, ateisty, wydaje się być oparta na fałszywych przesłankach. Mnie w wywodzie siostry szczególnie zachwyca pewna logika, którą określa te kilka zdań: „Rzecz w tym, że Bóg nie wkracza w nasze życie tylko raz, ani nie zawsze wkracza przez wyzwolenie. Czasem właśnie daje chleb ucisku, wkracza przez prześladowanie i wodę utrapienia: nie dlatego, żeby pragnął czyichś grzechów, ale że chce je wykorzystać dla tym głębszego wejścia w nasze życie”1. Zdumiewające, Bóg zsyła na nas cierpienie, abyśmy poznali Jego istnienie. Inna zakonnica, bł. Maria Bolognesi jest dziś patronką cierpiących, gdyż nawet wtedy, gdy drugi człowiek ją krzywdził, znosiła te upokorzenia z pokorą i w cichości, łączyła ten ból razem z fizycznym, ofiarując wszystko Bogu2.

  Owa logika nie tylko ma tłumaczyć, dlaczego świat jest zły, ona również usprawiedliwia Boga za zło na tym świecie oraz dowodzi źródła i celu tego zła. Powiem szczerze, gdybym wciąż jeszcze był wierzący, po lekturze trzech artykułów, stanowiących podstawy tej notki, natychmiast wyparłbym się takiego Boga, co jeszcze nie jest tożsame z ateizmem. Ale zostawmy dylematy siostry Małgorzaty Borkowskiej OSB w spokoju. Wybrała taki, cierpiętniczy styl życia, jej sprawa. Gorzej, gdy podobny styl wybiera osoba świecka, choć wierząca, z wyższym wykształceniem, czyli mająca zadatki na logiczne myślenie. I znów zastrzeżenie. Nic mi do tego czy wierzy, czy nie – zdumiewa mnie (nie mylić z oburzeniem) jej postawa. Pisze już we wstępie: „Uzależnienie mojego męża rozwijało się przez lata, ja jednak jakoś tego nie zauważałam. Żyłam z nim, wspólnie wychowaliśmy trójkę dzieci, lecz ciągle obecny przy tym, wciąż tuż obok, był mój wróg numer jeden - wódka. Z biegiem lat było coraz to gorzej: mąż zrezygnował z jednej pracy, potem z kolejnej. W końcu uznał, że mając prawo do wcześniejszej emerytury, nic już nie musi robić”3. Dodaje również: „Bardzo chciałam mu pomóc. Dziś jednak już wiem, że wszystkie moje działania zamiast pomagać - szkodziły. Robienie mu awantur, gdy się spóźniał i wracał pijany, przeszukiwanie jego kieszeni, szafek, garażu i wylewanie znalezionego tam alkoholu, ukrywanie przed otoczeniem skutków jego picia, naprawa rozbitego po pijanemu samochodu… Dwukrotnie był na terapii w ośrodku zamkniętym, jednak pomoc, którą tam uzyskiwał, porzucał po dwóch - trzech miesiącach”4. Innymi słowy: żono, jeśli twój mąż pije, nie należy temu się przeciwstawiać, gdyż to i tak niczego nie zmieni.

  Brak mi słów, ale to moje widzenie problemu. Cierpiętnictwo podniesione do entej potęgi, choć to jeszcze nie koniec. Za słownikiem języka polskiego PWN. Cierpiętnik to osoba biernie poddająca się cierpieniom albo lubująca się w ich przeżywaniu. Jak dla mnie – uzależnienie podobne do alkoholizmu, w dodatku niosące te same skutki. Bo też moja bohaterka, zamiast kopnąć męża w tyłek, ukojenia szuka w grupie podobnych jej cierpiętniczek zrzeszonych w klubach Al-Anon. W takim klubie nie szuka się sposobów wyjścia z patowej sytuacji, tam każda z klubowiczek może się użalać nad swoim losem żony alkoholika. Ile tylko dusza zapragnie, a nawet więcej. Tu znów muszę się uciec do zacytowania jej słów, aby nie wypaczyć ich sensu: „Dowiedziałam się od nich, że alkoholizm jest chorobą nieuleczalną i śmiertelną. Że nie znajdę recepty na to, by zmienić swojego męża. Że mogę - i muszę - zmieniać tylko siebie, a zmieniając siebie - wpływać na swoje otoczenie, w tym na pijącego męża i na poranione dzieci. Wciąż na nowo się otwieram na modlitwę o pogodę ducha: Boże, daj mi pogodę ducha, abym zgadzała się z tym, czego nie mogę zmienić (...) Boże, uchroń mnie od niepotrzebnego wikłania się w sprawy, na które nie mam wpływu”5 (sic!)

  Właściwie powinienem ten artykuł pozostawić bez komentarza. Ale nie potrafię się powstrzymać od stwierdzenia, że nie jest mi tej kobiety w ogóle żal. Ba, jestem w stanie stwierdzić, że ona bez tego cierpiętnictwa byłaby równie nieszczęśliwa jak z nim, a może nawet bardziej. Czytam w Wikipedii, że kluby Al-Anon nie są żadną sektą, choć opierają się na tak zwanej metodzie dwunastu kroków. Na jednej ze stron klubu czytam: „Wiele osób przychodzi na pierwszy mityng Al-Anon w poszukiwaniu pomocy dla alkoholika. Zrozpaczeni, nie zdają sobie sprawy, że sami potrzebują pomocy. W Al-Anon można uzyskać podstawową wiedzę o chorobie alkoholowej, potrzebną po to, by traktować chorego z szacunkiem”6 (sic!) Rzekłbym: klub masochistek, które mają się uczyć szacunku do swoich oprawców. Nie wierzę Wikipedii, ani tym bardziej zapewnieniom samych cierpiętniczek – Al-Anon to jest sekta i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Współczesna wersja średniowiecznych biczowników.

 

 

Przypisy:
1 - https://deon.pl/wiara/na-bol-na-radosc-na-cierpienie-to-jedno-slowo,914410
2 - za: https://www.katolik.pl/cala-dla-innych,34277,416,cz.html
3 - https://deon.pl/wiara/swiadectwa/od-ponad-30-lat-jestem-zona-alkoholika,139185
4 - ibidem
5 - ibidem
6 - https://al-anon.org.pl/krotko-o-al-anon/

wtorek, 4 sierpnia 2020

Samotność upadłego anioła

  Amerykańscy uczeni odkryli, że człowiek na łożu śmierci, nawet jeśli nieprzytomny, co ustawia go w sytuacji najbardziej samotnego jak można to sobie wyobrazić – jednak słyszy (sic!) „W ostatnich godzinach przed spodziewaną naturalną śmiercią wiele osób wchodzi w okres braku reakcji. Nasze dane pokazują, że umierający mózg może reagować na dźwięk nawet w stanie nieświadomości, do ostatnich godzin życia”1 – mówi niejaka Elizabeth Blundon. Te badania są podobno niezwykle ważne nie tyle dla umierających w samotności (umierasz zawsze sam), ile dla rodzin umierających. Dzięki odkryciu mogą mieć pewność, że najbliżsi słyszą ich tuż przed śmiercią.

  I w tym miejscu przypomniał mi się pewien dowcip, pozornie luźno związany z tematem:
„Na łożu śmierci ocknął się facet, taki, co to już ma godziny policzone, i zauważył prze łóżku swoją żonę odmawiającą różaniec. Prawie szeptem mówi do niej:
- Gdy złamałem rękę byłaś przy mnie i mnie karmiłaś. Gdy złamałem nogę byłaś przy mnie i woziłaś mnie na wózku. Gdy straciłem pracę, byłaś przy mnie i zmuszałaś mnie do szukania nowej pracy. Gdy moja firma zbankrutowała, byłaś przy mnie, i znalazłaś mi nowy biznes. Gdy ciężko zachorowałem, też jesteś przy mnie i się za mnie modlisz...
- Bo cię kocham mój mężu - Odparła ze łzami w oczach żona.
- A ja myślę, że po prostu przynosisz mi pecha...
”
Jeszcze bardziej zabawna w tym odkryciu amerykańskich uczonych jest ostatnia konkluzja: „Nie wiadomo, czy ludzie są świadomi tego, co słyszą. Ich mózgi zareagowały na bodźce słuchowe, ale nie wiemy, czy pamiętają, identyfikują głosy lub rozumieją język”2.  

  Inni amerykańscy uczeni, a raczej badacze przewidują, że za kolejne dziesięć lat grozi nam katastrofa, którą można nazwać epidemią samotności. „Kult narcyzmu”, jak określa się trend do bycia singlem, będzie skutkować upadkiem wartości rodzinnych i tradycyjnych wartości społecznych. Wszystkiemu winien jest indywidualizm i konsumpcjonizm, dwie największe plagi współczesności. Jan Paweł II nazwał to „kulturą śmierci”. To zrozumiałe, bo choć on sam był człowiekiem w jakimś stopniu samotnym (bez rodziny), nie mógł tego ścierpieć u innych. Owieczki powinny się żenić, powinny płodzić dzieci, i zapomnieć o swoich ambitnych pragnieniach lepszego życia, gdyż cierpienie przybliża nas do Boga. Inne postawy temu Bogu się po prostu nie podobają. Czytam: „Możemy się zastanawiać, w jakim stopniu do samotności w obecnych czasach przyczyniła się nasza współczesna kultura konsumpcjonizmu, narcyzmu, wydajności technologicznej i – co najsmutniejsze – śmierci. W świetle ogromnej ilości danych naukowych, trudno zaprzeczyć faktowi, iż żyjemy za­nurzeni w „kulturze samotności””2. Człowiek staje się samotnym, upadłem aniołem.

  Zastanawia mnie w tym wszystkim ów tak silnie przez katolicki konserwatyzm deprecjonowany konsumpcjonizm i kult narcyzmu. De facto sam jestem dziś takim upadłym, samotnym aniołem, nie tylko ze względu na nick. Szczęśliwym trafem od dziesięciu lat nie ma przy mnie stale gderającej żony, córkę mam jedną, singielkę, więc i wnukami mnie nie obarcza, a i sobą się nadmiernie nie narzuca. I jakby na to nie patrzeć – nigdy w życiu szczęśliwszy nie byłem, choć gnębią mnie już choroby. A ten mój konsumpcjonizm? Czasami pozwalam sobie na książkę, czasami chodziłem do opery, czasami spotykam się z przyjaciółmi lub znajomymi. Z luksusów kupiłem sobie w tym roku nowy smartfon, a w kończącym się już sezonie, co drugi dzień kupuję kilogram czereśni. Jedyne, co mi się marzy, a czego nikt mi w stu procentach nie zapewni, to tak sobie pożyć jeszcze minimum półtora dekady, innymi słowy – żadna tam kultura śmierci – wręcz przeciwnie, jestem za życiem. Za swoim życiem, a innym nie zamierzam go odbierać. Jak to w ogóle można nazwać kulturą śmierci, zaiste nie pojmuję.

  Tymczasem moje poczucie indywidualizmu, jako upadłego i samotnego anioła jest mocno krytykowane przez środowiska religijne. Od niejakiej dr Kingi Wenklar, publicystki katolickiej, dowiedziałem się, że jedyny racjonalny indywidualizm, to ten, który „w imię uznanej odpowiedzialności przed Bogiem potrafi sprawować władzę nad samym sobą, kto umie kontrolować własne pragnienie wolności według przyjętych przez siebie [? – znak zapytania mój] zasad. To dlatego oparta na indywidualizmie bez Boga kultura Zachodu nie umie ukształtować przyszłych ojców i matek, opiekuńczych córek i synów, a w konsekwencji również szczęśliwych starców i dzieci. Najlepszym środowiskiem zdolnym ukształtować człowieka do autonomii, czyli indywidualizmu opartego na silnie zakorzenionym w sumieniu prawie, jest rodzina”4. Cóż, pani dr Kinga widać nie dopuszcza do siebie możliwości istnienia rodzin już nie tyle patologicznych, ale nawet tych, którym się najzwyczajniej nie udało. A przypomnę, kiedyś rodzina była tak powszechnym zjawiskiem, że pojęcia stary kawaler, czy stara panna były wręcz obelgą. Co się więc takiego strasznego stało, skoro w Polsce dziewięćdziesiąt procent ludzi bezwzględnie uznawało odpowiedzialność przed Bogiem?  

 

 

Przypisy:
1 - https://deon.pl/inteligentne-zycie/zdrowie/naukowcy-udowodnili-ze-umierajacy-slysza-do-ostatnich-chwil-swojego-zycia,949609
2 - ibidem
3 - https://deon.pl/wiara/wiara-i-spoleczenstwo/czy-stworzylismy-kulture-samotnosci,858830
4 - https://www.pch24.pl/rodzina-albo-odpowiedzialnosc--samotnosc-albo-niewola,77403,pch.html