wtorek, 14 marca 2017

Miłość, seks i rock & roll



  Mam świadomość, że jako człowiek już wieku poprodukcyjnym, bliżej mi do zakonnika żyjącego w celibacie niż do kogoś, kto mógłby uchodzić za eksperta w sprawach miłości i seksu, lecz w odróżnieniu od wspomnianego zakonnika  - doświadczenie mam. Bez kozery powiem, nawet bogate.

  Opowiem Wam pewną miłosną historię. Spotkali się na niwie towarzyskiej. On, przystojny trzydziestoośmioletni, wysoki, wysportowany i wykształcony. Ona, zgrabna trzydziestolatka z długimi włosami, z boskimi nogami do samej pupy, również wykształcona. I choć od razu przypadli sobie do gustu trudno mówić o miłości od pierwszego wejrzenia. Osobiście w takie nie wierzę. Nie pamiętam już kto to powiedział, że: należy strzec się pierwszego wrażenia, bywa zawodne. Minęło więc trochę czasu zanim oboje zrozumieli, że czują się w swoim towarzystwie doskonale, że zaczynają tęsknić za swoim widokiem, za niekończącymi się rozmowami o wszystkim, a nawet o niczym. Spotykają się niemal codziennie, ale i tak mija jeszcze sporo tygodni nim ona zaprasza go do siebie, by mógł skosztować wytworów jej umiejętności kulinarnych i ocenić jej gusta. Ta kusząca propozycja zostaje oczywiście przyjęta, a ponieważ kolacja przy świecach jest udana, potrawy smaczne, nastrój romantyczny, finał jest oczywisty – nazajutrz oboje budzą się w jednym łóżku.

  Tu już pokuszę się o bardziej ogólne spojrzenie na to, co ich połączyło. Dla nich było jasne, że urodziła się miłość, uczucie, za którym tęskni niemal każde z nas. No, może poza tymi, co za życiem konsekrowanym, ale oni uciekają się wtedy w miłość do Boga, lub purytanami, dla których seks jest tylko obowiązkiem i tylko w ramach uświęconego sakramentem związku małżeńskiego. To jednak zdecydowana mniejszość. Pozostali będą tęsknić, wzdychać, przeżywać wewnętrzne rozterki, jeśli tylko to uczucie jest im akurat niedostępne.  Miłość zawiera w sobie pierwiastek erotyczny, bo przecież ofiarujemy siebie nie tylko duchowo ale i cieleśnie. Tak stworzyła nas natura, i co ciekawe, dla człowieka seksualność jest elementem niemal nieodłącznym przez cały czas sprawności fizycznej, co wyraźnie odróżnia nas od zwierząt, dla których dostępny jest tylko czas rui. Oczywiście, nie sposób traktować tej seksualności jako elementu, od którego jesteśmy całkowicie zależni. Miłość to nie tylko seks, to również całkowita wspólnota życia osobistego, to radość życia w tej najmniejszej wspólnocie, to dzielenie się również troskami, wspieranie się w sytuacjach trudnych, to wreszcie wzajemny szacunek do siebie, traktowanie partnera/-ki na równi z sobą. Płeć w tym przypadku stanowi podstawowy aspekt osoby ludzkiej: przez nią każdy wyraża i zaświadcza o swojej indywidualności, o związku, jaki tworzy soma (ciało) i psyche (dusza). Bo kiedy cielesność i płeć drugiej osoby nie są w pełni przyjęte, trzeba zastanowić się nad sensem samego związku. Nie ma pełnej miłości do partnera/-ki, jeśli nie obejmuje ona także jego ciała. Tyle o samej miłości.

  Wróćmy na chwilę do tej pary, która obudziła się pewnego ranka w jednym łóżku. Było im ze sobą na tyle dobrze, że i następnego ranka obudzili się w tym samym łóżku. I następnego, i następnego... Oboje na tyle dojrzali, że z czułością wspólny związek starannie pielęgnowali, nawet wtedy, gdy pierwsze zauroczenie minęło. Nie, nie zapomnieli o seksie, ale ten już nie miał tego samego wymiaru, choć wciąż był niemal zawsze udany. Choć już nie każdej nocy i nie o każdej porze dnia, zawsze sprawiał im przyjemność. Zdarzały się wprawdzie problemy w postaci „złych” dni, kiedy to przychodziło się zderzyć z realiami życia doczesnego, ale ponieważ potrafili ze sobą szczerze rozmawiać, nigdy to nie trwało długo  i nigdy nie kończyło się czymś groźnym. Aż stało się coś, co wszystkim poważnie wstrząsnęło. Gdy zapragnęli mieć dziecko po trzech latach związku, okazało się, że jest to niemożliwe, on był bezpłodny. Rozczarowanie, z którym trudno było się pogodzić. Uratowała ich ta miłość, bo choć zawiedzeni, doszli do wniosku, że w takiej sytuacji są już tylko dla siebie. Po kilku latach kolejna „afera”. Postanowili, po dziesięciu latach kupić nowe, już własne mieszkanie. I tu napotkali na przeszkodę wręcz nie do pokonania. W tamtych czasach dostać kredyt bez formalnego aktu małżeńskiego, nie miało szans. Bo zapomniałem dodać na wstępie , że oni nie żyli w żadnym formalnym, ani tym bardziej uświęconym związku małżeńskim. I tu mogę ich historię zakończyć. Pobrali się dla tego kredytu i po półtora roku ich drogi się rozeszły... Swoisty rock & roll, gdyż każdy, nawet najbardziej upojny, najbardziej szalony, kiedyś się kończy.

  Nie chcę sprawy przesądzać, mam jednak wrażenie, że ten epilog wielu zaskoczył, może nie dlatego, że się skończył rozstaniem, ale że ten związek trwał tak długo jako nieformalny. Z chrześcijańskiego punktu widzenia konkubinat jest grzechem, i to właśnie uświęcony związek małżeński powinien ich dodatkowo scalić. Ale mój Czytelniku, przyznaj się, że dopóki nie wiedziałeś o tym konkubinacie, ta historia miłości mogła Ci się wydawać przepiękna. I w tym miejscu przyznam się bez bicia, wszystko, co napisałem o miłości w trzecim akapicie jest niemal żywcem zerżnięte z pewnego artykułu1, umieszczonym na katolickim portalu, który gloryfikuje miłość i... seks , choć celowo i z premedytacją pominąłem wszystkie odniesienia do małżeństwa sakramentalnego, a takie są intencje artykułu. Bo tak między Bogiem a prawdą, co się w tej definicji, w tym opisie miłości mogło zmienić? Ano zmieniło się, tyle że na gorsze, w odniesieniu do małżeństwa, które w końcu zawarli. Ach, co to był za ślub! Tych dwoje nie kochało się już z potrzeby serca, między nimi zaczęło dominować przekonanie, że teraz bycie razem jest już bezpiecznym przymusem. Nie musieli dbać o własne relacje, byli na nie skazani. To oczywiście nie zawsze tak działa, nie będę twierdził, że akt małżeński zabija miłość, śmiem tylko twierdzić, że nie jest gwarantem trwania miłości na wieki. Żadna wiara, żaden Bóg, żaden formalny związek nie zagwarantuje Ci, że miłość w Tobie nie wygaśnie.



niedziela, 12 marca 2017

Biblia dwóch bogów



  Jestem w trakcie lektury książki Michaela Ruse „Ateizm. Co każdy wiedzieć powinien”, absolutna nowość i pewnie wnet pokuszę się o całościową recenzję. Z założenia autor chce odpowiedzieć na proste pytanie: czy ateista, odrzucający ideę Boga, boski autorytet, może być dobrym człowiekiem? Czy mu się udaje odpowiedzieć, jeszcze nie wiem, niemniej dość jednoznacznie deprecjonuje ateizm ze wskazaniem na ten nowy, podobno wojowniczy, uosobiony w takich postaciach jak R. Dawkins, S. Harris, czy C. Hitchens. Jedno jednak muszę przyznać, starając się być bezstronnym (uważa się za agnostyka) nie szczędzi również słów krytyki pod adresem praktycznie każdej religii.

  I chyba najbardziej „oberwało się” Pismu Świętemu z naciskiem na Stary testament. O tyle to dla mnie interesujące, że potwierdza w pełni moje osobiste zdanie na ten temat, czemu niejednokrotnie dawałem wyraz na tym blogu, czy w komentarzach na innych. A, co tym bardziej warte podkreślenia, podpiera się opiniami zarówno filozofów jak i... teologów. Pozwolę sobie na pewne wybrane fragmenty: „(...) Bóg jest Ojcem nie tylko w sensie stwórcy, ale dlatego, że ciągle obdarza nas troską i opieką. Bóg kocha swoje dzieci i chce dla nich to, co jest najlepsze. (...) Z Księgi Przysłów dowiadujemy się: Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go, w porę go karci. Kiedy ludzie grzeszą, należy ich karać. Adam i Ewa zgrzeszyli, więc zostali wygnani z Raju. Bóg zobaczył, że na świecie zapanowała nikczemność, więc utopił wszystkich z wyjątkiem Noego i jego rodziny. Dawid, olśniony pięknością Batszeby, wysłał jej męża na pewną śmierć. Bóg ukarał Dawida zabijając ich pierworodne dziecko [ulubiona kara boga starotestamentowego – dopisek mój].  Bóg ma też swoich faworytów. Takim jest Dawid mimo, że jest mordercą. Ale największym faworytem jest Abraham: Uczyń mnie swoim Bogiem, a obsypię cię błogosławieństwami i staniesz się ojcem narodu”1. A zapewniam, że to nie wszystkie kaprysy moralności Boga, które my ludzie, uznalibyśmy za haniebne. Do tego dodać trzeba dość przewrotną logikę. W Księdze Rodzaju jest napisane, że Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Nie bardzo wiadomo o jakie podobieństwo chodzi. Bóg jest niematerialny i wieczny, człowiek ma cielesność i umiera. Bóg posiada wiedzę, człowiek za próbę jej poznania został po wieki ukarany grzechem pierworodnym. Bóg jest ponadczasowy, człowiek jest uwięziony w czasie. A kim jest Bóg w stosunku do człowieka wyjaśnia Księga Hioba: „Gdzie byłeś, gdy zakładałem ziemię. Powiedz jeśli znasz mądrość” [Hi 38, 4]2. Podobnie u Izajasza: „Bo myśli moje nie są waszymi myślami, a wsze drogi moimi drogami”[Iz 55, 8]. Mojżeszowi obiecuje Bóg krainę mlekiem i miodem płynącą, przy czym każe mordować bez litości wszystkie tubylcze plemiona na tych terenach, osiadłe tam przed Izraelitami. Ich samych też nie oszczędza nasyłając wrogów, których też charakteryzuje zamiłowanie do mordowania wszystkiego, łącznie z bydłem.

  Ten Bóg ma jeszcze jedną dość istotną cechę, którą starannie pomijają kaznodzieje głoszący Słowo boże. Wprawdzie w Księdze Rodzaju jest napisane, że Bóg stworzył ziemię i niebo ale z dalszej części wynika, że nie do końca wiadomo, czy był tylko jedynym. Już w Dekalogu jest zawarte przykazanie, które każe człowiekowi uznawać tylko Jego, o innych, jak sam przyznaje, jest chorobliwie zazdrosny. Przytoczony powyżej fragment o Abrahamie też jest dwuznaczny w swojej wymowie. W końcu Izraelici godzą się na to, że Jahwe jest jedyny i wtedy pojawia się na ziemi prorok, który twierdzi, że jest synem bożym. Chrześcijanie z dumą twierdzą, że to ten sam Bóg, tylko z innym, nowym, na wskroś miłosiernym obliczem. Przestaje obowiązywać zasada oko za oko, na jej miejsce pojawia się doktryna o umiłowaniu bliźniego a nawet wrogów, co nie jest bez znaczenia, bo pozwala nowej religii sięgnąć po dotychczasowych pogan. Ale czy Jezus jest naprawdę inny od Ojca? O ile w Starym Testamencie istnieje szeol gdzie niewiernych czeka nicość w miejscu zwanym gehenna, o tyle Jezus ustanawia piekło z wiecznymi i strasznymi mękami dla tych, którzy w Niego nie uwierzą, bowiem warunkiem ostatecznym dostania się do Nieba, a uniknięciem Piekła, jest wiara w Boga. Bez niej, nawet jeśli będziesz człowiekiem dobrym, czeka Cię owo wieczne piekło z wiecznymi i straszliwymi mękami. Możesz za to być grzesznym całe życie, ważne abyś przed śmiercią wyznał swoje grzechy i poprosił o wybaczenie. I tu rodzi się dylemat, czy gdyby Hitler tak postąpił, też, po latach pobytu w czyśćcu, w końcu nieba by dostąpił? 

  Cała ta wiara każe ci wierzyć, że Adam i Ewa zostali stworzeni jako dorośli, że Noe zamknął w arce wszystkie zwierzęta w takiej ilości, że oprócz tej jednej musiałyby być jeszcze trzy na karmę, że dla Jozuego Bóg wstrzymał Słońce i Księżyc, co w normalnych warunkach musiałoby się skończyć Armagedonem. Musisz uwierzyć, że Jonasza połknął wieloryb, który w Biblii jest rybą a nie ssakiem. I jest jeszcze wiele innych bredni, w które przy okazji musisz uwierzyć, bo te Księgi, które to opisują są uznane za natchnione. Musisz też uwierzyć, że nagle pojawia się trzecia postać Boga – Duch Święty i trzeba kilku stuleci by teologowie potrafili tę trójdzielność jakoś uzasadnić i zrozumieć, ale tylko teologowie, bo do dziś wierni mają z tym problem jak to działa. Każą ci wierzyć, że Maryja jako dziewica powiła Syna i została jako jedyny człowiek z żyjącym ciałem wniebowzięta. Każą ci wierzyć, że Jezus czynił cuda, w tym tak istotne, jak zamiana wody w wino, czy chodzenie po wodzie. Potrafił nakarmić rzesze mu wiernych kilkoma rybami i tylko szkoda, że zabrał tę tajemnicę do nieba, być może dziś miliony dzieci nie umierałyby z głodu. Podobno wskrzeszał umarłych, choć nie wiadomo po co, bo oni i tak musieli umrzeć. Ten nowy Bóg w swoim miłosierdziu pozwalał mieć niewolników i zmuszać ich do niewolniczej pracy. Pozwalał  zabijać niewiernych na wszystkich kontynentach tylko dlatego, że nie chcieli uwierzyć, pozwalał zagazowywać niewinne dzieci w Auschwitz, by udowodnić jak bardzo człowiek potrafi być okrutny, co w końcu nie powinno dziwić, bo został stworzony na wzór i podobieństwo. I zasłania się niby daną nam wolną wolą, która tak naprawdę jest przymusem wyboru. Ten nowy Bóg uruchamia niezliczone zastępy diabłów, by teraz kusiły człowieka do złego i nie ma litości, jeśli im ulegniesz, choć jednocześnie mówi, że Szatana pokonał. Każe Ci traktować cierpienie jak dar boży, który ma cię uduchowić i uczynić wspaniałym. A wszystko to z miłości do człowieka, którą trudno zrozumieć, bo też człowiek nigdy Go nie pojmie.

  Teologowie przez stulecia trudnią się szukaniem dowodów na Jego istnienie, tak jakby Biblia im nie wystarczała, wymyślając dowód ontologiczny, kosmologiczny, z przyczyny, z projektu, z natury i nie mogą dojść do porozumienia, który jest ten właściwy, bo jednocześnie twierdzenia jednych obalają poprzednie. W tym celu tworzą scholastykę, która rozpatruje takie ważne zagadnienie jak: „Utrum chimera bombinans in vacuo possit secundas intentiones formare”, które da się przetłumaczyć: „Czy chimera unosząc się w próżni może tworzyć intencje wtórne”3.  I teraz rodzi się pytanie, czy cały ten opis różnic dwóch bogów jest w stanie obrazić, mój Czytelniku, Twoje uczucia religijne z jednoczesną obrazą przedmiotu kultu, jakim jest Biblia, tym bardziej, że nie ukrywam, iż kryje się w tym tekście zamierzona prowokacja? Doda została ukarana prawomocnym wyrokiem za znaczne bardziej lakoniczną obrazę. Możesz uznać, że jestem chory z nienawiści do religii, co niekoniecznie musi być prawdą, problem w tym, że swój tekst oparłem na wspomnianej we wstępie książce, która ukazała się na rynku wydawniczym i jest rozpowszechniana przez większość księgarń.

Przypisy:
1 – „Ateizm. Co każdy powinien wiedzieć”, Michael Ruse, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2016, str. 103
2 – wszystkie cytaty z Biblii pochodzą z http://biblia.deon.pl/index.php
3 – ironiczna uwaga o scholastyce autorstwa François Rabelais za https://pl.wikipedia.org/wiki/Scholastyka_(filozofia)



czwartek, 9 marca 2017

Ja czy my? - pochwała egoizmu



  Co jest ważniejsze, „ja” czy „my”? Dylemat, do przemyśleń nad którym skłonili mnie blogowi adwersarze, przy okazji polemiki nad nadrzędnymi wartościami, tu: wartościami rodziny i narodu. Dla mnie sprawa od bardzo dawna jest prosta i da się streścić w jednym krótkim zdaniu: bez „ja” nigdy nie będzie „my”, co już na wstępie określa właściwą kolejność. Niemniej od razu uprzedzę, cały esej jest oparty na subiektywnym spojrzeniu na to zagadnienie i nawet nie będę się silił na obiektywizm. Ten subiektywny pogląd tkwi we mnie tak mocno, że inne, być może nawet i bardziej obiektywne spojrzenie na to zagadnienie wydaje mi się być mało przekonywujące.

  Gloryfikacja „ja”, za którą optuję, zazwyczaj kojarzy nam się z egoizmem i będzie w tym stwierdzeniu sporo racji. Swego czasu trafiłem na książkę Richarda Dawkinsa o znamiennym tytule „Samolubny gen”, w której jako biolog (nie ateista) uzasadnia teorię, która mówi, że to przede wszystkim egoizm jednostki pchał człowieka do rozwoju biologicznego i umysłowego, mimo że istnieje w nas silny instynkt stadny, dzięki któremu zdobyliśmy „zaszczytny” tytuł panów i władców ziemi. Ale tu potwierdza się moje przekonanie, że bez jednostki  nie byłoby stada, a to stado jest tylko środkiem do zaspokojenia pragnień własnego "ego". Tylko proszę nie mylić tego np. ze stadem owiec, które jest bezmyślne, co czasami przychodzi mi na myśl, patrząc jak zachowuje się jakaś wyodrębniona grupa społeczna. Do tego jeszcze nawiążę. Z prehistorycznego punktu widzenia, jednostce po prostu „opłacało” się egzystować w grupie. Było bezpieczniej i łatwiej. Ale jakby na te motywy egzystencji nie patrzeć, są to motywy egoistyczne, do których tak trudno nam się dziś przyznać.

  Zanim wrócę do teraźniejszości, trzeba mi poruszyć jeszcze jeden wątek, pewien fenomen stojący w wyraźnej sprzeczności do mojego przekonania o wyższości „ja” nad „my”. To miłość rodziców do swoich dzieci. Tu trzeba się jednak odnieść do pytania o sens życia, z pominięciem pierwiastka metafizycznego, który na dobrą sprawę jest udziałem tylko jednego przedstawiciela życia na ziemi – człowieka. Wszystko inne żyje bardziej lub mniej podobnie do człowieka, bez tej metafizyki, i poza roślinami, w każdym znajdziemy pierwiastek miłości rodzicielskiej. Niczemu miłości rodzicielskiej nie ujmując, bo to piękna miłość, i tę da się egoizmem wytłumaczyć. Życie ma to do siebie, że kończy się śmiercią, a z wyjątkiem pewnych gatunków żółwi, należy uznać, że... szybką śmiercią. Jeśli więc życie w jakieś formie chce przetrwać, musi zaistnieć proces rozmnażania. A to, co się rodzi, jest zazwyczaj bezbronne i bez opieki rodzica, najczęściej matki, nie przetrwa. Można w tym miejscu się ze mną nie zgodzić, ale ta forma matczynego altruizmu, w oparciu o sens przetrwania życia, ma też w sobie, choć głęboko ukrytą, formę egoizmu jednostki. Rodzic zapewnia sobie w ten sposób jakieś zabezpieczenie na starość, choć nie trudno spostrzec, że to nie zawsze działa. Mam jeszcze jedno zastrzeżenie, tu, do tak zwanej tradycji rodzinnej. Mało kto sobie zdaje sprawę, że ta dzisiejsza „tradycja” tak naprawdę ma swoje „korzenie” dopiero w XIX wieku. Od czasów starożytnych, poprzez średniowiecze aż do końca XVIII wieku rodzina miała w społeczeństwie znaczenie drugo, a nawet trzecioplanowe. Skrajnym tego przykładem jest życie arystokracji i bogatego mieszczaństwa, kiedy to dzieci niemal od pierwszych dni oddawano pod opiekę niani, kobiety z ludu, które je karmiły, nawet własną piersią i wychowywały, czasami „okazując” rodzicom. Ta „tradycja” przetrwała nawet do czasów II wojny światowej, w sporadycznych przypadkach do dziś. Wśród biedoty nie było lepiej. Dzieci, już tak od siódmego roku życia musiały pracować, najpierw w domu, a bardziej wprawione poza domem. Jednak najdziwniejsze jest to, że rodzina tworzyła się nie z miłości, a z wyrachowania i interesowności. Instytucja swatów miała się doskonale, nawet na nizinach społecznych. Nie przeczę, „więzy rodzinne” w końcu i w takiej rodzinie zaistniały, ale były czymś wręcz marginalnym. Najczęściej i najsilniej objawiały się przy podziale spadku, co zostało nam w pewnym sensie do dziś.

  Teraz jest już doskonała okazja przyjrzeć się teraźniejszości. Nie wiem jak kto, ale ja w pewnym wieku zauważyłem, że każda indoktrynacja wpaja nam od najmłodszych lat, że to nasze „ja” jest nędzne i mało ważne. Oprę się na własnych doświadczeniach. Za młodu mówiono mi o wspólnocie wierzących, później o dobru społecznym jako wartości nadrzędnej, co miało zabarwienie komunistyczne, przez ostatnie ćwierćwiecze o człowieczeństwie w bardzo ogólnym ujęciu (jedyny okres, gdzie „ja” nabiera sensu, choć nie do końca), a przez ostatni rok już tylko o narodzie i patriotyzmie, jako wartościach nadrzędnych. Wszystkie te idee mają jedno za zadanie – zepchnąć moje „ja” na na samo dno mojej świadomości. Udowadniają mi, że mogę być w pełni szczęśliwy, w większym lub mniejszym stopniu, tylko zapominając o swoim ego. A skutek takiej indoktrynacji jest opłakany, przy czym paradoksalnie służy dalszej marginalizacji „ja”. Pewnie każdy spotkał się z wizją społeczeństwa jako bezdusznej masy wielkich miejskich molochów, spieszącej się nie wiadomo gdzie, nieczułej, niezdolnej do jakiejkolwiek osobowej spontaniczności, o empatii nie wspominając. Nie potrafimy się cieszyć życiem, dajemy sobą sterować, poddajemy się bezmyślnie fałszywym ideom, zatraciwszy kompletnie samodzielne myślenie. Autorytety moralne grzmią o utracie człowieczeństwa i empatii, jednocześnie to samodzielne myślenie... potępiając (sic!) Trzeba nam idoli i charyzmatycznych przywódców, którzy wpajają nam to, co ma być modne lub wskazują nam kierunek dla naszego jestestwa. Zamiast osobowego rozwoju, bo tylko taki gwarantuje postęp, oferuje nam się igrzyska dla mas i różnego rodzaju formy zbiorowego kultu. Stajemy się stadem bezmyślnych owieczek i nie mam tu na myśli li tylko wspólnot religijnych. Ba! tak się porobiło, że nawet miłość dwojga ludzi do siebie, choć stawiana pozornie na piedestale, nie jest tak ważna jak konieczność jakieś wyimaginowanego dobra wspólnego, poprzez propagowanie ściśle określonych, sztywnych i niereformowalnych wzorców tej miłości. Kochaj, ale tą miłością nie epatuj, bo to grzeszne. Piętnuje się na każdym kroku indywidualność, jeżeli tylko nie chce się dostosować do tego wyimaginowanego dobra wspólnego. Odnosisz indywidualny sukces, stajesz się z miejsca podejrzany. Masz odwagę myśleć po swojemu, chyba ci odbiło i czas zamknąć cię u czubków. Chciałbyś krzyknąć, że jesteś szczęśliwy, uznają że jesteś naćpany albo w stanie wskazującym. To wszystko wynika właśnie z indoktrynacji. A przecież człowiek żyje dzięki własnej energii, może się czuć naprawdę szczęśliwy tylko wtedy, gdy spełnia swoje własne pragnienia. Możesz poczuć się sobą, gdy odnajdziesz się we właściwym miejscu i czasie, kiedy stajesz się świadomy własnej inności opartej na odpowiedzialności, za sprawą posiadania własnych poglądów. Jeśli o tym zapominasz, jeśli dasz się zawładnąć „my” stajesz się właśnie nieodwołalnie i nieodwracalnie członkiem stada bezmyślnych owieczek.

  Bycie bezmyślną owieczką jest możliwe tylko wtedy, gdy uznasz, że Twoje „ja” jest zdeterminowane przez „my”. A przecież to „my” może być wszystkim, nawet fałszem, co paradoksalnie każde nowe pokolenie chce udowodnić staremu, i choć zazwyczaj te nowe idee ulegają weryfikacji, wojna pokoleń i wzajemne oskarżenia o fałsz są nieodłączną częścią kształtowania się naszej świadomości. Dobrze, jeśli osobniczej świadomości. „Ja” jest jedno i niepowtarzalne, godne najwspanialszej pieszczoty. Oczywiście (i z tym poglądem się zgadzam), o „my” nie wolno zapomnieć, nie sposób istnieć w pełnym od niego oderwaniu. Życie bez społeczności mogłoby okazać się katorgą nie do zniesienia, ale nie należy zapominać, że nawet najmniejszą grupę społeczną, jaką jest rodzina, tworzą indywidualne i różniące się między sobą jednostki. Każdy przejaw tłumienia tej indywidualności, nie tylko w rodzinie, to już rodzaj okrutnej tyranii.


sobota, 4 marca 2017

Ciekawostka przyrodnicza – Gospa



  Mój sceptycyzm w kwestii cudów został potwierdzony, i to nie przez byle kogo, przez samego biskupa, choć Bośniaka, Radko Peric’a. Chylę mu czoła, autentycznie i bez sarkazmu. Szkoda tylko, że na „ratunek” fanatycznym pielgrzymom wysłano abp. Hosera, który ma dość oryginalne i kontrowersyjne poglądy (będę o nim pisał w innej notce). Chciałoby się rzec, że już tylko chyba sam diabeł wie, co z tego wyniknie.

  Mam na myśli „objawienia” Matki Boskiej w Medjugorie, w lokalnym języku nazywanej pieszczotliwie Gospa, fenomen religijny drugiej połowy XX wieku. Prawdę mówiąc, mnie to nie obchodzi gdzie pielgrzymi chcą się modlić, jak często i za jaką cenę pielgrzymować. Nie mój biznes, dlatego nazywam to zjawisko ciekawostką przyrodniczą. A, że to biznes nie ulega żadnej wątpliwości, wszak w Polsce rozkręcił go nie kto inny jak ojciec dyrektor T. Rydzyk, który do biznesów ma nie lada smykałkę. Nie przeszkadza temu biznesowi wstrzemięźliwe stanowisko Watykanu, ani trzy komisje podważające autentyczność tych objawień1. Ba!, nawet negatywny raport Kongregacja Nauki Wiary z 2014 roku. Wierny lud spragniony jest cudów i gotów uwierzyć w każde plewy, jeśli poparte nawet tylko bardzo wątpliwymi autorytetami. I tego właśnie w żaden sposób już pojąć nie potrafię. Z samego określenia „wiara” wynika, że nie należy się spodziewać żadnego potwierdzenie lub urzeczywistnienia na istnienie podmiotu wiary, bez względu na to kto, lub co nim jest.

  Medjugorie jest o tyle kontrowersyjne, że tam już zahacza się o szamaństwo w połączeniu z kuglarstwem. Trzy osoby „widzą” Gospę z reguły raz dziennie od 1981 roku (sic!), pozostałe trzy, widać mniej godne chwały, tylko raz w roku2. Kuriozum tych objawień polega na tym, że Gospa typuje nawet wyniki meczów piłkarskich, ba! wypowiadała się podobno też w tak ważnej dla nas, Polaków sprawie, jak katastrofa smoleńska, stwierdzając bezapelacyjnie, że to był zamach. Ja z trudem tłumię w sobie właściwy dla oceny tej sytuacji język, jaki ciśnie mi się na usta. Piekielne to męki. A skoro jestem już przy piekle, warto dodać, że Matce Boskiej towarzyszy w tych objawieniach... Szatan (sic!) Raz za razem słychać jego krzyki, oczywiście w języku autochtonów, którzy tych objawień doznają, przy czym, o dziwo! nie trzeba tego języka znać, jest zrozumiały nawet dla mnie, choć diabelskiego nie znam w ogóle. Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że Maryję słyszą tylko cudownie nawiedzani, tego Szatana wszyscy (sic!) Widziałem wideo3, więc można mi (nomen omen) wierzyć, diabeł odzywa się tak w 2:54 minucie. W tym miejscu muszę przeprosić moich Czytelników za niezbyt składny tekst tego akapitu. Ja po prostu, gdy tylko o tym pomyślę, nie mogę przestać ryczeć ze śmiechu, tak ten diabelski pomiot na mnie działa. Podobno największym nieszczęściem ateistów jest to, że sam diabeł przekonał ich o tym, iż nie istnieje. Majstersztyk zdolności manipulatorskich. Nawet Bóg nie jest w stanie ateistę przekonać, że jest, a taki diabeł bez problemu i skutecznie udowodnił, że go nie ma..., nawet jeśli się odzywa.

  Powinienem jednak w tym miejscu coś już zupełnie na poważnie wyjaśnić. Tak naprawdę szanuję wierzących, nigdy nie ośmieliłbym się drwić i szydzić z ich wiary, przynajmniej do momentu, gdy nie stają się sami na własne życzenie groteskowi, wręcz śmieszni. Niestety, Medjugorie kładzie się głębokim cieniem na prawdziwości wiary, ośmiesza wiarę bardziej niż najwięksi szydercy razem wzięci. Przykre, że Watykan nie potrafi jednoznacznie opowiedzieć się w tej sprawie. Wprawdzie nie może zabronić wiernym modlić się i pielgrzymować gdzie chcą, ale jednoznaczna ocena fałszywości tych objawień uczyniłaby zdecydowanie więcej dobrego niż pozorna obojętność i ostrożność.