niedziela, 14 maja 2017

Aktorstwo



  Czasami zadaję sobie pytanie: kim jestem? Z formalnego punktu widzenia sprawa jest banalnie prosta. Wiem o sobie właściwie wszystko, na pewno zdecydowanie więcej niż ktokolwiek inny, tym bardziej, że choć mam już luki w pamięci, trudno to nawet nazwać początkiem choroby Alzheimera. Czasami jednak dopada mnie zdumienie, jak wiele rzeczy się we mnie zmieniło, pomijając starzejące się ciało. I wtedy już odpowiedź na to z pozoru proste pytanie wcale nie jest taka prosta.
 
  Na pewno nie jestem już dzieckiem, dla którego świat był jedną wielką tajemnicą, odkrywaną każdego dnia. Na pewno nie jestem już romantycznym młodzieńcem, dla którego świat w znacznym stopniu ograniczały mini spódniczki. Nie jestem już tym prawie dojrzałym facetem, przed którym otwierały się wrota zawodowej kariery, i który był gotów brać na swoje barki coraz więcej trudnych zadań, również tych, wynikających z założenia rodziny. Na pewno nie jestem też tym dojrzałym gościem, który musiał się godzić się z wieloma niepowodzeniami, a życie odzierało go coraz bardziej z marzeń o bliżej niesprecyzowanym szczęściu. Nawet dziś trudno określić kim jestem, gdy nie mam już zbyt wielu obowiązków, a czas przeszły ewidentnie zweryfikował wszystko do czego podświadomie dążyłem. Ale uspokoję, nie tylko siebie, uważam, że wszystko jest w należytym porządeczku. To, co jeszcze nie tak dawno wydawało mi się rozczarowaniem z powodu niespełnionych ambicji, dziś jest tylko wspomnieniem, które przywołuję li tylko z lekko sentymentalnym uśmieszkiem, podobnie jak w stosunku do wspomnień związanych z osobistymi sukcesami, których w końcu też nie brakowało.

  Jest jednak kilka elementów, które łączą te wszystkie okresy. Do nich należą chęć poznawania i doznawania. Pierwszy ma ścisły związek z filozoficznym „być”, drugi, z takim samym „mieć”. Oba te elementy muszą być starannie wyważone i dopasowane do naszych możliwości, inaczej łatwo zatracić ten najważniejszy sens – sens życia. I choć to wydać się może bez związku, w tym miejscu pojawia się wątek tytułowego aktorstwa. Przyznaję ze skruchą, że przez znaczną część mojego życia, aktorstwo było jego nieodłączną częścią i nie usprawiedliwia mnie fakt, że tkwiło to we mnie niejako podświadomie. Pragnienie bycia  i posiadania było większe niż możliwości, w efekcie najczęściej to życie przypominało gonienie króliczka.  A przecież siebie nie przeskoczysz, chyba że na arenie sportowej. I oto kiedyś, trafił się Ktoś, kto, pewnie nawet niechcący, uświadomił mi, że nie powinienem dać sobie wmówić iż trzeba żyć tak jak większość. Dążenia większości nie musi być moim dążeniem, przekonania większości nie muszą być moimi przekonaniami. Abym poczuł się spełniony, trzeba zrzucić maskę nie tyle aktora, co statysty na scenie, ba! trzeba w ogóle zejść ze sceny, z widoku publiczności, która może nagrodzić oklaskami albo wygwizdać, aczkolwiek i tu trzeba się wyzbyć złudzeń. Te oklaski i gwizdy odnoszą się tylko do głównych aktorów, statyści i tak stanowią tylko tło. A jeśli nie jesteś wybitnie uzdolniony, ponad statystę się nie wybijesz. Tak ma zdecydowana większość.

  Pozornie to zejście ze sceny może się kojarzyć z nihilizmem. To nieprawda. Nihilizmem jest chęć bycia statystą i grać życie tak jak chce reżyser, przy czym jest dwóch, ewidentnie wybijających się na czoło. Pierwszym, choć nie w sensie wybitności, jest ideolog, którego nazwałbym Narodem, koniecznie przez duże „N”, drugim Religia, przez duże „R”. Obaj wmawiają mi jak mam żyć i jaki jest cel mojego życia. Obaj wciskają mi kit, że ja tego chcę i tylko o tym nie wiem, że tylko tak mogę być szczęśliwy, bo tylko oni mają receptę na to szczęście. Obaj twierdzą, że chcą rozwijać moją osobowość, jednocześnie tę osobowość tłamsząc na wszelkie możliwe sposoby, wciskając ją w jedynie poprawne formy. Pod pozorem iluzorycznej, bo na wskroś ideowej wolności, deprecjonują tę moją własną wolność i tak już ograniczoną poczuciem moralności. Każą mi się realizować według z góry ustalonych wzorców i wmawiają mi, że tylko tak jest dobrze. Indywidualność? Ależ tak, byle tylko w dopuszczalnych granicach przez nich, ideowych reżyserów określonych.

  Jeśli dziś czegokolwiek żałuję, na szczęście jest tego niewiele, to tylko tej podświadomej chęci grania w zespole aktorów, których gra była starannie reżyserowana przez ideologie i środowisko społeczne. Ja już dziś wiem, że nigdy nie był ze mnie dobry, ani nawet, nomen omen „przyzwoity” aktor. Pewnie ta upragniona indywidualność też by mi przyniosła jakieś rozczarowania, ale wtedy nie miałbym do siebie pretensji o to, że grałem tak jak mi reżyser każe. Dziś, idąc śladem pewnego linku na zaprzyjaźnionym blogu, natrafiłem na coś takiego: „Zdrowy egoizm, a co to takiego? Każdy o nim słyszał, ktoś podobno widział go kiedyś, ale czy istnieje naprawdę? Ano istnieje i nie ma nic wspólnego z obojętnością. Bo zdrowy egoizm, to nic innego, jak bycie dla siebie dobrym”. I ja się pod tym podpisuję jak pod cyrografem.



środa, 10 maja 2017

Seks niekoniecznie w wielkim mieście



  W ostatnie niedzielne popołudnie niespodziewanie rozstąpiły się chmury i wyjrzało słońce. Rzekłbym ewenement tej wiosny. Ludzie wioski masowo wyruszyli na spacery, a tak się składa, że najbardziej atrakcyjna trasa wiedzie wzdłuż mojego płotu, oddzielającego mnie od szosy. Akurat piłem popołudniową kawę racząc się również ciastem biszkoptowym własnej roboty i spojrzałem przez okno. I co ja widzę? Dwie miejscowe wdowy zbierają kamyki z pobocza i ciskają je na moje podwórko! Przyczyna była prozaiczna. Pewnie również rozochocone promieniami słońca, na moim podwórku para kotów oddawała się miłosnym igraszkom, co nie dziwi, bo im spacery nie dziwne, a seks mają ograniczony sporadycznymi okresami rui.

                              fot. znalezione w google

  Powiem szczerze, złość na te wdowy mieszała się we mnie z niepohamowanym i szyderczym śmiechem. Bo czyż można sobie wyobrazić bardziej irracjonalne, wręcz idiotyczne zachowanie? Nawet gdyby któraś miała na tyle celne oko by trafić w te koty, one natychmiast poszukają sobie inne, bardziej oddalone miejsce, takie poza zasięgiem rażenia. Kompletnie też nie rozumiem motywacji wdów. Czyżby w swej cnotliwej pobożności (to dwie aktywistki tutejszego koła różańcowego) poczuły się tym widokiem zgorszone i chciały w ten sposób nauczyć koty katolickiej moralności? To nawet jest prawdopodobne, bo chyba w 2014 roku jakaś świętobliwa radna była oburzona seksem osłów w poznańskim zoo.

  Ja rozumiem, ludzie mają różne postrzeganie na takie widoki. Jednych to zachwyca, drugich bawi, trzecim jest to obojętne, czwartych niewypowiedzianie oburza. Najbardziej nie rozumiem tych ostatnich, szczególnie głęboko wierzących. Jeśli bowiem wierzą, że to Bóg jest stwórcą wszystkiego, szczególnie tego, co dobre, to trzeba mieć świadomość, że ten akt prokreacji, skądinąd całkiem miłych zwierzaków, też jest Jego dziełem. W pewnym okresie chrześcijaństwa seks był traktowany jako zło konieczne, plugastwo, ale nawet dziś księżą i nawet Święte Oficjum już od takich herezji odeszło. Choć nie do końca. Nagość i sam akt seksualny jest obostrzony wieloma nakazami i zakazami. Przez fanatyków religijnych nagość, nawet jeśli tylko częściowa, jest widziana w kategoriach grzechu. Coś, co cieszy oko i czyni życie radośniejszym, jest dla nich godne tylko potępienia do tego stopnia, że nawet plaża staje się siedliskiem grzechu i nieprawości. Do tego ten nieszczęsny zakaz uprawiania seksu przez pary nie związane świętym sakramentem ślubu. A wszystko to w imię cnotliwej i uświęconej wstrzemięźliwości. Hipokryzja takiego podejścia do sprawy polega na tym, że jeśli wierzy się w Boga, powinno się uznać, że seksualność jest nam dana od Niego. Seksualność znacznie bardziej silna niż u innych żywych stworzeń. 

  Jeśli kogoś gorszy nawet nie całkowita golizna, po prostu wystarczy nie patrzeć, a w końcu nie jest to żaden zalew, jak mówią co niektórzy, zawsze jest wokół tyle innych widoków, kanałów w telewizji, stron internetowych bez seksu czy prasy bez porno, że ja tu nie widzę żadnego problemu. Ba! wyczytałem niedawno na uświęconym portalu, że po to jest pożądliwość (również dotyczy obżarstwa), by w ten sposób ćwiczyć swój chart ducha. I aby było śmieszniej, tych samych świętoszków nie gorszą już w żadnej mierze ociekające krwią sceny zbrodni czy jatki, gorzej, pewnej Męce oddają pełną uwielbienia cześć i chwałę. To, że człowiek, jako istota rozumna, nie afiszuje się swoją seksualnością ma swoje przyczyny kulturowe i religijne, choć to czasami przybiera karykaturalną formę. Nie, nie optuję za tym, by nagle emanować golizną, czy nadać sprawom seksu charakteru kultu, ale nie skłaniajmy się w drugą skrajność, popadając w nadmierny dewotyzm.

  Mam wrażenie, że osoby religijne, nad wyraz pobożne, dają sobie prawo wyłączności do osądu. I choć często odwołują się do prawa naturalnego, dziwną manipulacją tę naturę potępiają. Faktem jest, że zdarzają się wynaturzenia, szczególnie wśród ludzi, ale bez obaw, te wynaturzenia nigdy nie przekroczą progu marginesu, który de facto istniał od zawsze. Co więc w tym złego, że para kotów, nieświadomych ludzkiej, czasami fałszywie pojmowanej moralności, ulega odwiecznym prawom natury?


sobota, 6 maja 2017

Kilka powodów na próbę



  Gdy tylko poruszam tematykę problemów małżeńskich, niemal zawsze w polemikach pojawia się dyżurne stwierdzenie: narzeczeni powinni się dobrze poznać zanim zdecydują się powiedzieć sakramentalne „tak”. Trudno z tym argumentem się nie zgodzić, jednak nieporównywalnie trudniej jest go zrealizować. Zazwyczaj młodzi są sobą tak zauroczeni, że nawet widoczne wady partnera lub partnerki są bagatelizowane. Czują się tak mocni, że bezgranicznie wierzą w moc swego uroku i daru przekonywania. Również w zdolności swojej tolerancji na wady partnera/-ki.

  Rzeczywistość jest brutalna. Ani on, ani ona nie zawsze są wrażliwi na perswazję, ani ich tolerancja też nie jest z gumy. Zresztą, nawet guma ma granice rozciągliwości. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że nawet jeśli ich rodzice są bardziej trzeźwi w ocenie i dostrzegają realne zagrożenia, młodzi, niedoszli małżonkowie widzą w tej realności niechęć do wybranki lub wybrańca oraz chęć ograniczenia woli latorośli. Mnie takie postawy nie dziwią, sam przez nie przechodziłem. I oto, niejako z powodu rozluźnienia obyczajów, zaczyna panować moda na mieszkanie razem na próbę, przed ślubem. Logicznie patrząc na te modę, wydaje się ona w pełni racjonalna. Pomieszkają razem, zetkną się z prawdziwymi problemami, a maskowanie swoich przywar przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, jest wręcz niewykonalne. Wtedy się przekonają, czy stać ich na prawdziwe, usankcjonowane małżeństwo. Jest jednak spora ilość argumentów, które zwykło się poprzedzać spójnikiem „ale”.

  Od niepamiętnych czasów natrafiłem na dość sensowny artykuł na portalu Fronda.pl. Już sam tytuł „Pięć powodów aby nie mieszkać razem przed ślubem”1 od razu budzi moje zastrzeżenia, ale nie jestem z tych, którzy nie są gotowi do zmierzenia się z argumentami ideologicznych przeciwników, choć nie o ideologię tu chodzi. Na pierwszy ogień sprawa współżycia. Ja się z hipotetycznymi autorami, Kasią i Tomkiem zgodzę. Też nie bardzo chce mi się wierzyć, że oni nie będą ze sobą współżyć, a przypomnę, to jest wymóg tak zwanej czystości przedmałżeńskiej. Niemniej tak samo nie wierzę, że narzeczeni przed ślubem, nie mieszkający wcześniej razem, tej czystości dochowali. W mojej ocenie, to się ma jak 1:10, a to jest na pewno wariant bardzo optymistyczny. Nie da się bowiem ukryć, że jeśli mieszkający razem na próbę narzeczeni nie będą dążyć do seksu, to należy to uznać za objaw niepokojący. Któreś z nich ma pewnie jakieś problemy na tym tle. Tu wyłania się drugi aspekt, już natury, powiedzmy, fizjologicznej. Bo czyż, nawet nie mieszkając razem, zdrowo jest wstrzymywać podniecenie, którego, bądźmy szczerzy, nie da się uniknąć? Ba! to jest jeden z ważniejszych elementów, który skłania młodych „ku sobie”. Niestety, stanowisko Kościoła w tej materii jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Coś, co ma spajać w przyszłym, wspólnym już życiu, ma być dla potencjalnych małżonków przysłowiowym „kotem w worku”. Nie przekonuje mnie twierdzenie, że owo odkrywanie naszych ciał jest dopiero wtedy wspaniałe, gdy małżonkowie założą sobie na palce obrączki ślubne. A co, jeśli owo odkrywanie skończy się totalna klapą, i nie mam tu na myśli niemocy seksualnej, która może spowodować unieważnienie ślubu. Po ślubie może się okazać, że młodzi w temacie seksu nie pasują do siebie, nie spełniają swoich oczekiwań ale odwrotu już nie ma, bo sakrament małżeński jest nierozerwalny!

  Kompletnym nieporozumieniem jest teza, że mieszkanie razem przed ślubem może skutkować posądzeniem o konkubinat (przez sąsiadów i krewnych), co ma być deprymujące i obrażające. Po pierwsze to nic innego jak „strachy na Lachy”, po drugie, nie bierze się ślubu dla kogoś, a tylko dla siebie, po trzecie, sprawa jest dziś mocno przesadzona. Żaden sąsiad nie zażąda okazania aktu ślubu od nowo wprowadzającej się do mieszkania pary, ba! raczej nie zapyta czy są po sakramentalnym ślubie. Nawet gdyby takie pytanie padło, uznałbym je za wysoce niestosowne, za wścibianie nos w nie swoje sprawy. Czwarty zarzut wręcz powala. Przez życie na próbę tracimy podobno okazję do jakieś bliżej niesprecyzowanej „pierwszości”. Aż mnie korci pytanie, jaka jest różnica między pierwszością przed lub po ślubie? Jaka w tym radość, że ona pozna możliwości partnera w chrapaniu, rzucaniu śmierdzących skarpetek gdzie popadnie, wybuchu agresji na przesoloną zupę dopiero po ślubie, gdy nie ma już możliwości odwrotu? Jaka jest radość w odkrywaniu po ślubie tego, że ona często zupę przesala, że często pierdzi, albo akurat boli ją głowa, gdy on ma ochotę na seks?

  Prawdą jest, że wspólne życie pod jednym dachem w końcu skutkuje rolami przeznaczonymi dla „starego małżeństwa”. Rzadziej chodzimy do kina, teatru, kawiarni, nawet na długie spacery czy towarzyskie imprezy. Jakby na to nie patrzeć te rozrywki powoli tracą na znaczeniu. I tu jest przysłowiowy pies pogrzebany. Wiele się wtedy zmienia w naszym zachowaniu, ale czy nie lepiej te zmiany poznać przed ślubem? Może dla trwałości małżeństwa byłoby lepiej poznać, czym skutkuje dylemat oglądania meczu piłkarskiego czy jakiegoś romansidła w telewizyjnym serialu bez końca, niczego fanom seriali nie ujmując.

  Ogólnie rzecz ujmując, nie potrafię się jednoznacznie opowiedzieć za lub przeciw. Staram się zrozumieć tych, dla których pewne tradycyjne wartości są ważniejsze niż praktyczne podejście do tematu. I choć najmniej ważnym wydaje mi się opinia innych, nie sposób zaprzeczyć, że ma ona, dla co niektórych, istotne znaczenie. Niemniej tak samo staram się zrozumieć tych, którzy decydują się na życie „na próbę”, aby zapobiec rozczarowaniom na przyszłość. Widzę w tym odpowiedzialne podejście do przyszłego związku małżeńskiego, nawet niekoniecznie w aspekcie jego nierozerwalności. Wszystkich przeszkód na jakie napotkamy w przyszłości nie da się przewidzieć, choć niektóre da się w ten sposób wyeliminować.



wtorek, 2 maja 2017

Na kocią łapę





  Ledwie napisałem felieton przeciw potępianiu rozwodów, niemal jak na zawołanie pojawia się temat ściśle z nim związany. Jest nim potępienie par żyjących na tak zwaną „kocią łapę”, konkretnie bez sakramentalnego związku małżeńskiego, gdyż w myśl nauk katechizmu, nawet małżeństwo zawarte tylko w Urzędzie Stanu Cywilnego, jest związkiem grzesznym, ściślej – cudzołóstwem. Tu od razu wyjaśnię. Nie mnie decydować o tym, jaka jest opinia Kościoła na temat wszystkich niesakramentalnych związków partnerskich (mam na myśli związki heteroseksualne). Jeśli już, mam pretensje o nasilanie ostracyzmu wobec takich związków.

  Z własnego doświadczenia wiem jak komunizm optował tylko za ślubami cywilnymi. To przybrało wręcz karykaturalne formy propagandy, kiedy to w zastępstwie uroczystej, kościelnej oprawy, proponowano młodym, za przykładem Związku Radzieckiego, po ceremonii ślubnej przejazd pod pomnik Lenina, gdzie pani młoda składała swoją ślubną wiązankę kwiatów. Naród polski był jednak zawsze przekorny, poza nieliczną grupą dygnitarzy i komunistycznych ideologów, wszyscy i tak brali śluby kościelne. Czy to na pewno było z przekory? Mam wątpliwości, ale fakt pozostaje faktem. Niemniej od jakiegoś czasu, ściślej od czasów upadku komunizmu, mimo braku nacisków, młodzi coraz częściej rezygnują z sakramentalnego związku. I tu wysunę śmiałą tezę – winnym tego stanu rzeczy wydaje się być sam Kościół, choć nie sposób pominąć wpływu idei sekularyzacji (nie mylić z liberalizmem, bo prawdziwemu liberalizmowi nic do tego, kto w jaki sposób chce żyć w parach).

  Za inspirację do tej notki posłużył mi artykuł na portalu pch24.pl, zatytułowany „Związek na kocią łapę? Nigdy!1. Bogobojna babcia, podczas kolędy wyznaje księdzu: „A cóż w tym złego, skoro dziś tak wszyscy robią”. Argumentacja babci jest ze wszech miar naiwną, i nie bójmy się słów – głupią – ale jej można to wybaczyć. Niemniej daje księdzu oręż, z którego chętnie korzysta. Też naiwnie. Od niego można wymagać już zdecydowanie bardziej szczegółowego rozeznania problemu. Takie związki to nie jest „moda”, to prozaiczna praktyczność. Tymczasem ksiądz, Adam Martyna, wytacza ciężkie działa już nie tylko wobec tych, którzy żyją w niesakramentalnym związku, ale przede wszystkim wobec tych, którzy takie związki tolerują (sic!): „Otóż, Kościół uczy, że nie wystarczy tylko siebie pilnować, o sobie myśleć, tylko swoje zbawienie mieć na względzie. Dlatego każdy, kto m.in. doradza popełnienie grzechu, nakazuje go popełnić, milczy [podkreślenia moje], gdy ktoś bliski popełnia grzech, nie chce ukarać grzechu, kiedy może i powinien to zrobić, a nawet chwali grzech bliźniego, dopuszcza się współudziału w grzechu innych, tym samym popełnia grzech”. Tę tezę opiera na katechetycznych dziewięciu grzechach cudzych2. Ja nie zamierzam negować tych grzechów, choć w moim mniemaniu pozwalają na szereg manipulacji, mnie taka argumentacja po prostu nie przekonuje. To prosta droga do krucjat i wspomnianego we wstępie ostracyzmu. Zapytam z przekorą, co komu do tego jak ktoś żyje, jeśli nie popełnia zbrodni?

  Wspomniałem wyżej, że za taki stan rzeczy odpowiedzialny jest również (a może przede wszystkim) sam Kościół. Niejednokrotnie podkreślałem w swoich notkach, że moralność ewoluuje. Jedną z form owej ewolucji jest stosunek do związków sakramentalnych. Nastały takie czasy, że owe związki nie zawsze zdają egzamin. Nie dają też żadnej gwarancji, że związek będzie przez cały czas swojego istnienia szczęśliwym, a jednocześnie strasznie komplikuje sytuację, gdy ten się rozpada. Czy więc może dziwić, że pary (młode i stare) uciekają od takiej formy związku? Szczególnie dlatego, że Kościół na nic innego nie pozwala. Jest po prostu niepraktyczny, pachnie czasami dulszczyzną – dbaniem wyłącznie o pozory. A że tak właśnie się dzieje, świadczy o tym skala rozwodów, w Polsce na dziś przekraczająca czterdzieści procent zawieranych małżeństw. To faktycznie niezbyt chlubny wskaźnik, niemniej mówi on o tym, że małżeństwo, już nie tylko sakramentalne, ale jako związek formalny, staje się przeżytkiem. Nie, nie wieszczę upadku małżeństwa, ani tym bardziej sakramentalnego, choć śmiem twierdzić, że samo małżeństwo, jako formalność, traci na znaczeniu. I nie pomoże tu straszenie wiecznym potępieniem w piekle, czy mękami w czyśćcu nawet rodziców, krewnych i przyjaciół tych, co żyją na kocią łapę, ba! paradoksalnie poszerza to grupę tak zwanych letnich katolików, nieutożsamiających się z oficjalnym Kościołem. Nie widać sposobu na to, by owe czterdzieści procent rozwodników miało rychło się zmniejszyć. Zamiast straszyć, lepiej byłoby wykazywać plusy życia w związkach sakramentalnych, choć tych plusów jakby coraz mniej. Niestety, Kościół na własne życzenie, nie ma innej alternatywy.

  Może zamiast potępiać życie na kocią łapę, potęgować ostracyzm, po prostu uznać je za istniejące, nadać im jakieś luźne formy prawne, bo przecież de facto chodzi w tym wszystkim o wspieranie się w życiu i o posiadanie potomstwa kolejny problem, już nie tylko z punktu widzenia chrześcijaństwa. Ale ten wymagałby innego, jeszcze szerszego omówienia.