wtorek, 13 lutego 2018

Czas na szubienicę



  Jeśli rządzi Wami ktoś inny niż Bóg, to jest to forma ucisku. Należy usunąć wszystkie opresyjne, niekatolickie reżymy, w tym również w Polsce. Jeśli się je usunie, ludzie będą naprawdę szczęśliwi. Mamy dziś dwie sprzeczne ze sobą cywilizacje. Jedną z nich jest laicyzm, opierający się paradoksalnie na biblijnej zasadzie „co cesarskie cesarzowi, co boskie Bogu”, a wystarczy przyjąć że Bóg jest naszym Panem (i cesarzem, bo królem to jakby za mało), a wszystko stanie się... boskie. Jezus mówił coś o nadstawianiu drugiego policzka, ale powiedział też: „jeżeli nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach swoich" [J 8, 24]. Wynika z tego, że za obrazę uczuć religijnych i odstępstwa od wiary, należy się najsurowsza kara. Świętym obowiązkiem wiernych jest nawracać i jak wykazała historia i tradycja – wszystkie metody powinny być dozwolone.

  Ten wstęp to parafraza... religii islamskiego dżihadu, ale założę się, że bez tej informacji większość moich Czytelników przyjęłaby ją jako oczywistość. No, może zbyt przesadzoną, o co łatwo mnie, ateistę posądzić. Gdyby się tak jednak zastanowić, okazałoby się, że podstawy teoretyczne chrześcijańskiego dżihadu niczym specjalnie nie różnią się od islamskiego. Przynajmniej na naszym rodzimym podwórku. Może jeszcze nie jest tak impulsywny i drastyczny, może jeszcze ja mogę sobie spokojnie być tym ateistą i nikt mi za to głowy nie zetnie, ale trzeba przyznać, że robi się „ciekawie”. Mamy już od ośmiu lat dziesiętnicę smoleńską, teraz nastał czas nowej, którą opisuje Greta na swoim blogu, grozi nam całkowity zakaz aborcji, klauzula sumienia w aptekach, tak jakby ta u lekarzy nie wystarczała, rośnie potrzeba wprowadzania kolejnych świąt katolicko-państwowych, księża obejmują funkcje świeckie, przedszkola przechodzą na własność zakonów, w szkołach wymagają paciorka przed jedzeniem, rośnie imperium Rydzyka, każda uroczystość państwowa wymaga obecności arcybiskupów i biskupów, wprowadza się już cenzurę treści kulturalnych i historycznych, mnożą się publiczne różańce itd., itp. Ostatnio wyczytałem jako promocję (reklamę) pewnego wydarzenia, jeszcze na szczęście nie u nas, ale z podtekstem, że i u nas by się przydało. Wszystkim parlamentarzystom powinna grozić ekskomunika za głosowanie w sprzeczności do nauk Jezusa.

  Jestem przekonany, że w pewnych aspektach naszego życia, taki katolicki dżihad byłby wręcz wskazany. Jezus mówił: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne...”, co sugeruje, że lepiej być biednym niż bogatym. Mędrcy też nie mają w Ewangelii dobrej prasy, a o nasze zdrowie zdecydowanie bardziej skutecznie zabiegać poprzez modlitwę. Ileż to oszczędności dla kasy państwowej i pewniejsza droga do stania się katolickim mocarstwem na arenie międzynarodowej. W wymiarze osobistym – prosta droga do Zbawienia. Ostatnio jest też głośny lament z powodu rosnącej liczby rozwodów i malejącej dzietności. Może warto wprowadzić całkowity zakaz tych rozwodów i konieczność posiadania minimum trójki potomstwa? Jest jeszcze sprawa przywrócenia kary śmierci, za którą optuje większość wierzących w tym kraju.  W tym układzie wydaje się ze wszech miar koniecznością. Może jeszcze nie kamieniowanie, bo to źle się kojarzy, ale szubienica jak najbardziej. W majestacie boskiego prawa naturalnego powiesi się niewiernych, ze mną włącznie. Nawet nie będę miał pretensji, swoje już przeżyłem i użyłem. Gorące uczucie z młodą kochanką mi już raczej nie grozi. Religijni teolodzy zapewniają nas na każdym kroku, że prawdziwa wolność jest w wierze, i choć mam się za zwolennika wolności, nijak nie mogę pogodzić jej z tą wiarą. Chyba czas na mnie...

  Mam świadomość, że ten felieton jest mocno przerysowany, choć wystarczy trochę więcej niż pobieżnie przejrzeć katolickie portale. Niech mnie jednak ktoś przekona, że my dziś powolutku, tak krok po kroku, nie idziemy w stronę chrześcijańskiego dżihadu. Może będę spał spokojnie, bez sennych koszmarów.



wtorek, 6 lutego 2018

Amerykańscy uczeni



  Nie da się zaprzeczyć, że amerykańscy uczeni mają najwyższe IQ w świecie. Oni to podobno naukowo udowodnili. Mnie się jednak wydaje, że jest pewna grupa na tym ziemskim padole, która swoim IQ przebija te amerykańskie. I nie zgadniecie jaka i gdzie! Sorry, nie doceniam IQ moich Czytelników, moi Czytelnicy na pewno się domyślają, że chodzi o autorów Frondy.pl i tych, którzy to czytają. Mogę się pochwalić, ja do czytelników tego portalu należę...

  Wczoraj, dzięki temu IQ, Fronda odkryła pewne ważne badania amerykańskich uczonych i nie omieszkała się tym pochwalić, również przedmiotem tych badań i rewelacyjnymi wnioskami. Amerykanie bowiem odkryli, że komórki abortowanych dzieci mogą nadal żyć w ciele kobiety, one potrafią migrować po poszczególnych organach, by w konsekwencji umiejscowić się w mózgu kobiety, która poddała się aborcji (sic!). W pierwszej chwili pomyślałem o jakimś syndromie poaborcyjnym, ale ja nie jestem amerykańskim uczonym. Oni stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że działania tych komórek mogą mieć pozytywny jak i negatywny skutek (sic!) Do pozytywnych należy polepszenie odporności np... przed zachorowalnością na raka. To chyba koresponduje z wieściami o chińskich naukowcach, którzy podobno z ciał nienarodzonych produkują suplementy diety. O tym też czytałem na Frondzie.

  Niestety, te wędrujące do mózgu kobiety komórki abortowanych mogą też wywoływać szkodliwe skutki. Do nich zalicza się problemy immunologiczne i łatwość zachorowania na Alzheimera. Szczególnie ta druga ewentualność to szczególnie rewolucyjne odkrycie. Im więcej aborcji, tym więcej komórek nienarodzonych w mózgu matki. Proste jak amen w pacierzu. No nie do końca. Gdzieś czytałem, że na tę chorobę zapada więcej mężczyzn niż kobiet, mogę się mylić, może to jest pół na pół, ale jak tych facetów powiązać z aborcją? Tu już włączam swoje IQ. Może być tak, że już w pierwszym stosunku płciowym po aborcji, te komórki przeskakują na faceta i wędrują po jego organach. Jak już dotrą do mózgu, to nie ma się co dziwić, że taki jeden z drugim idzie na K2 w najgorszych z możliwych warunkach.

  Nie mogę się oprzeć, by coś w końcu zacytować: „To niesamowite, jak komórki z oddzielnego organizmu mogą zintegrować się z obcymi tkankami należącymi do innej osoby. To zupełnie zmienia spojrzenie na człowieka. Do tej pory wydawało się oczywistym, że każdy z nas jest zupełnie oddzielną jednostką. Teraz nie jest to już takie oczywiste" - komentują autorzy badań. Zacytowałem tę wypowiedź, bo więcej właściwie nie ma, ale ten cytat ma też pewną zakamuflowaną informację, tylko dla tych z wysokim IQ. Wszyscy, a szczególnie lekarze i psycholodzy nas przekonują, że dzieci, szczególnie zaś te jeszcze w łonie matki, to cząstka nas samych. Tzw. „więzy krwi” w końcu nie wzięły się z niczego, a w tym cytacie dowiadujemy się, że płód to „obce” tkanki. Pozornie nas uspakajają , stwierdzając, że to nie jest takie oczywiste, tylko jak to rozumieć w odniesieniu do Alzheimera? Bo ten Alzheimer ma związek z obecnością w mózgu obcych komórek abortowanego nienarodzonego.

  Oczywistym przekazem tego artykuliku, dla tych z najwyższym IQ, jest propaganda ruchów przeciwaborcyjnych, mająca ich uzbroić w kolejny, potwierdzony przez amerykańskich naukowców argument. Nic więc dziwnego, że opublikowany jest na poświęconym, katolickim portalu. Potwierdza się moje najgorsze podejrzenie, że jedni katolicy, innych katolików traktują jako tych, z najniższym z możliwych IQ. Teraz tylko czekam, aż ci amerykańscy naukowcy udowodnią, że aby przenieś się w przyszłość – wystarczy tylko trochę poczekać, najlepiej nie ryzykując macierzyństwem.





czwartek, 1 lutego 2018

Od pasa w dół



  Nie wiem jak komu, ale mnie się wydaje, że ostatnimi laty moralność chrześcijańska mocno się ogniskuje. Nie miałbym nic przeciw, gdyby chodziło o takie centrum jak etyka każdego z nas, ta w głowie, tu mamy jednak do czynienia z koncentrowaniem się na częściach ciała... od pasa w dół. Tak jakoś dziwnie, ale raczej nie słyszę i nie czytam w homiliach nic o takich przywarach jak kradzieże, pobicia, oszustwa, braku szacunku do najbliższych, pijaństwo itp. Natomiast nader często o zgniliźnie moralnej i cudzołożeniu. Tak jakby z Dekalogu pozostały już tylko dwa przykazania – szóste i dziewiąte.

  Nie chcę być gołosłowny, więc jak zwykle cytat: „Zbyt długo Kościół zajmował się nie etyką, lecz moralnością, która zbyt często odnosiła się do określonych części ciała, tych od pasa w dół, by postawić kropkę nad i” – to słowa arcybiskupa Belonii Matteo Zuppo, które, tu uwaga, znalazłem po wystukaniu w google hasła „od pasa w dół”, przyznam szczerze, wcale nie po to, aby trafić na treści z religią związane. Chodziło mi o części garderoby na te obszary ludzkiego ciała. Jakby na zamówienie, znajduję na pewnym portalu pierwszy artykuł1 w tym roku dotyczący... walentynek. I co czytam? Było do przewidzenia, że to krytyka: „Zbliżają się walentynki. „Święto” zakochanych to czas, gdy ręce zacierają nie tylko sklepikarze. Dodatkową okazję do działania mają także zawodowi gorszyciele. W tym roku swoją aktywność rewolucja seksualna przejawi w kinach za sprawą kolejnej odsłony lubieżnych „50 twarzy Greya””.  W zasadzie nie dziwi, gdyż autor uważa, że ten film, ze stricte pornograficznymi i plugawymi scenami, powinien trafić do rynsztoku. Trudno mi ocenić trafność tego spostrzeżenia, ja jako ateista, pornograficznych filmów nie oglądam i takich książek nie czytam. Czasami żałuję, ale jeszcze bardziej żałowałbym straconego czasu. Na szczęście dla mnie istnieją religijni cenzorzy, którzy za mnie sprawdzą, co zacz i mnie w porę uświadomią.

  Całego artykułu nie czytałem, bo wydawało mi się, że bez czytania i tak wiem o czym, ale zatrzymałem wzrok na akapicie zaczynającym się od słów: „Tak więc zagrożone zgorszeniem, a nawet trwałym spaczeniem postrzegania ludzkiej cielesności, jest niewinne dziecko, które niczego nieświadome zmierza do szkoły!”. I wiecie co mi przyszło w pierwszej chwili na myśl?  Pomyślałem, że autor ma na uwadze plakaty tych zrzeszeń pro life, które pokazują rozerwane strzępki nienarodzonych. O naiwności! Chodzi rzeczywiście o plakaty, ale te propagujące ów gorszący film, na których to plakatach przecież zero golizny. Zastanawiam się czy takie „naiwne dziecko” zostałoby na tę projekcję wpuszczone, ale kto ich tam wie, może w towarzystwie bogobojnych rodziców bileterka uda, że nie widzi? Za to końcowa uwaga recenzenta wydaje mi się prawie słuszna: „Mówiąc „tak” plugawym produkcjom, mówią również „tak” rozkładowi rodzin, rozpadowi małżeństw, cierpieniu dzieci, a także (w dalszej konsekwencji seksualizacji społeczeństwa) przedmiotowemu traktowaniu kobiet, a w konsekwencji również gwałtom i pedofili”. W kontekście pedofilii wynika, że i księża (choć pewnie nie wszyscy) też takie filmy oglądają. Naprawdę podziwiam tych recenzentów, bo faktycznie na straszne rzeczy się narażają. Ileż to trzeba samozaparcia, aby w takich razach nie poddać się strasznej i grzesznej seksualizacji.

  Zamiast szybko opuścić ten portal, jakiś diabeł, w którego nie wierzę, podkusił mnie zajrzeć do jeszcze jednego artykułu. Tytuł był intrygujący i jakby w temacie: „Korzenie buntu. Historia walki z katolicką etyką seksualności”2 (sic!). Dziś mam wątpliwości, czy istnieje jakakolwiek inna etyka katolicka niż seksualna, gdyż nawet aborcję da się z nią powiązać, ale w szczegóły nie wnikam. Czego ja się dowiaduję? Ano tego, że za dzisiejsze rozpasanie seksualne odpowiedzialna jest reformacja i rewolucja francuska. Wnet bym się z tym zgodził, tylko tak jakoś przychodzi mi na myśl, że od czasów św. Pawła, poprzez następców Tronu piotrowego, cały ten czas Kościół walczył z seksualnością, nawet wtedy, gdy rządził właściwie całą Europą. Taki Giovvanii Boccaccio pisał sprośne historyjki nim w ogóle ktoś pomyślał o Reformacji. Doszło do takiego nasilenia tej katolickiej etyki seksualnej, że dziś nawet radni PO wespół z PiS mówią „nie” edukacji seksualnej w Słupsku. I za co ja mam „kochać” PO w te walentynki?

  Na zakończenie proponuję żarcik w tym temacie.
Jeszcze w czasach wiadomych, kiedy istniała żelazna kurtyna, kobieta prosi księdza o przeszmuglowanie przez granicę damskiej maszynki do depilacji i ten życzliwie ją chowa do kieszeni spodni.
Podczas kontroli spytano księdza, czy ma przy sobie coś zabronionego. Po chwili zastanowienia ksiądz odpowiada spokojnie:
- Od głowy do pasa nie mam przy sobie nic niebezpiecznego.
- A od pasa w dół? - spytał zdziwiony urzędnik celny.
- A tam, mam faktycznie coś specjalnego. Ale tylko dla pań. Przyznam się panu, że urządzenie jeszcze nieużywane...





niedziela, 28 stycznia 2018

Negocjonaliści



  W polemice pod jedną z notek, moja Czytelniczka – Ania, podrzuciła mi link do pewnego wideoklipu1 na YouTube. W roli głównej George Coyne SJ, amerykański ksiądz katolicki i Richard Dawkins, którego w zasadzie nie trzeba przedstawiać. Jeśli ktoś myśli, że tam jest ostry spór ideologiczny, może się grubo pomylić. Obaj panowie rozmawiają w rzeczowy sposób o ewolucji, już nie jako teorii, ale o potwierdzonymi przez naukę faktach, przy czym obaj... wyrażają ten sam pogląd. Z dzisiejszego punktu widzenia ewolucji nie sposób podważyć.

  Aby było ciekawie przytoczę słowa G. Coyna SJ: „Najlepszym naukowym wyjaśnieniem jakie mamy na temat pochodzenia wszechświata i wszystkiego we wszechświecie, włączając w to wszystkie żywe systemy i nas samych jest, jak to nazywamy, neo-darwinistyczny ewolucjonizm. (...) Unikam słowa teoria, gdyż kojarzy się z wyobrażeniem, że to tylko teoria [podkreślenie moje]”. Tu dodam, aby nie było wątpliwości, ks. G. Coyno mówi jasno, że ta opinia nie jest oficjalnym stanowiskiem Kościoła, choć jest przez wielu oficjeli i teologów podzielana. I tu mam zastrzeżenie. Istnienie takiej grupy jeszcze trudno uznać za sukces. Na użytek tej notki posługuję się słowem negocjonaliści (nie ja go wymyśliłem), co nie ma żadnego związku z negocjowaniem, za to wiele z negowaniem. Negowaniem osiągnięć badań nad ewolucją. Negocjonaliści stanowią wciąż olbrzymią grupę, która nie jest w stanie przyjąć do świadomości, że człowiek wyewoluował z innych gatunków zwierząt. Owo pochodzenie od małpy jest oczywiście błędne, ale stanowi jeden z najważniejszych argumentów przeciw ewolucji i ich zwolennikom. Problem w tym, że nie ma żadnych dowodów na to, że człowiek powstał jako gatunek niezależnie od innych gatunków, za to jest sporo, zarówno w wykopaliskach jak i badaniach DNA, na pokrewieństwo człowieka ze światem zwierząt i nawet roślin.

  Antynaukowe nonsensy o nadzwyczajności rodzaju ludzkiego wynikają przede wszystkim z faktu, że ewolucjonizm wyklucza istnienie pierwszych prarodziców – Adama i Ewy – tym samym chwieją się podstawy zarówno „grzechu pierworodnego” jaki i wszystkich doktryn Kościoła, opartych na tym grzechu, że wspomną tylko o akcie chrztu, jako uwolnienie od niego. Tymczasem wciąż mamy do czynienia z faktami, kiedy to księża na ambonie, do tego grzechu się odwołują, szczególnie w kontekście moralnym. Sami wiedząc, że Księga Rodzaju jest alegorią i tylko alegorią, każą „owieczkom” wierzyć, że to słowa Prawdy, koniecznie przez duże „P”. Czy można mieć pretensje do zasiadających w lawach kościelnych za ich sprzeciw wobec ewolucji? Oczywiście, że nie, niestety to wina tych, którzy z pełną świadomością kłamią, wiedząc dziś, że to tylko bajki o stworzeniu, że to tylko wyobrażenie starożytnych, którzy nigdy nie zetknęli się z tematyką ewolucji. Ci wierni, nie mając świadomości tego, co w Biblii może być prawdziwe, a co jest tylko wymysłem autorów, wszystko będą brali za Prawdę.

  Ewolucja jest faktem nie tylko fragmentarycznym, jeśli jest potwierdzona w kilkudziesięciu aspektach, działa we wszystkich, choć nie wszystkie są naukowo udowodnione. Nie ma żadnych sensownych powodów jej negować. Trzeba być świadomy, że to, co kiedyś było tylko hipotezą dziś jest niezaprzeczalnym faktem. Negocjonalizm tu już nic nie pomoże, co najwyżej, jest ignoranctwem, a przez to powodem do śmieszności. Słowo „teoria” do pewnego czasu było pewnym kompromisem, dziś już nie ma najmniejszego sensu. Tu posłużę się słownikowym znaczeniem. „1 – całościowa koncepcja zwierająca opis i objaśnienia określonych zjawisk i zagadnień; 2 – teza jeszcze nieudowodniona lub nieznajdująca potwierdzenia w praktyce”. Negocjonaliści w stosunku do ewolucji będą się upierać przy drugim znaczeniu, choć jej zdecydowanie bliżej do pierwszego, też (ze względu na dowody) nie do końca trafnego.

  Już na koniec dwie kwestie. W wideoklipie jest mowa o nadprzyrodzoności, rozumianej jako element, którego ewolucja nie wyjaśnia. W mojej opinii nie musi, bo to są sprawy wykraczające poza zakres jej kompetencji. Nie znaczy to jednak, że owa nadprzyrodzoność (zmysłowość, intelekt, uczucia, myślenie) bierze się znikąd i ma być dowodem na istnienie niematerialnego a sprawczego. Druga rzecz dotyczy początku życia, lub nawet jeśli ktoś woli, początku wszystkiego. To, że ewolucjonizm nie ma dowodów na początek życia nie jest z automatu dowodem na to, że ten początek musiał dać Stwórca. Ale nawet jeśli przyjąć teoretycznie, że był jakiś stwórca, wszystko wskazuje na to, że nigdy więcej swoim „dziełem” już się nie interesował. A tego negocjonaliści już w żadnym wypadku ewolucji wybaczyć nie mogą.




wtorek, 23 stycznia 2018

Pustka



  Znalazłem w necie sarkastyczne zdanie (aforyzm?) „Kto odrzuca wiarę Kościoła Katolickiego,  ten musi wypełnić czymś pustkę”. Wręcz zdębiałem, zastanawiając się czy to groźba, czy bardziej pseudofilozoficzna myśl o życiu. Jak mało kto, mam za sobą dwa doświadczenia: wiary i niewiary, przy czym oba okresy bardzo długie i porównywalne w czasie. Na bazie tych doświadczeń śmiem twierdzić, że to bardziej groźba, choć i w pytaniu o życie też nic pozytywnego nie widzę.

  Na blogu Radomensella1 mój oponent, Gwidoneusz, stwierdził, że prawdziwą wolność da się rozpatrywać tylko w zbitce słownej „wolność do”, w domyśle, w dążeniu do prawdziwej wiary. W drugą stronę, „wolność od”, to już nie działa, bo przeczy nie tyle wolności, ile wywołuję pustkę i chaos. Jak swego czasu pisał kard. J. Ratzinger „Wiara zawsze zawiera coś z wielkiej przygody, zrywu i skoku [podkreślenia moje], bo zawsze jest ryzykiem, że się przyjmie jako rzeczywiste i podstawowe to, czego bezpośrednio nie widać”2, co stoi w niejakiej sprzeczności zarówno do groźby pustki czy „wolności do”. Bo czymże jest owo ryzyko w dążeniu do czegoś czego nie widać, że użyję metafory, jeśli nie skokiem w przepaść, i to niekoniecznie porównywalnym z bungee, kiedy jest się przypiętym do rozciągającej się liny? W bungee wierzymy, że lina zabezpieczy nas przed fatalnymi skutkami zderzenia z ziemią, ortodoksyjna wiara w moc Boga zdaje się sugerować, że możemy się bez tej liny obejść.

  Czym jest w takim razie rzekomy brak pustki tych, którzy nie odrzucili wiary Kościoła katolickiego? Jak pisze Dariusz Piórkowski SJ „Osłuchanie z teologicznym słownictwem czasem wpycha wierzącego w koleiny religijnej oczywistości. Wówczas znaczenia pobożnych słów zdają się być powszechnie czytelne i, konsekwentnie "bezdźwięczne". Nie wywołują już żadnego twórczego rezonansu w duszy, co najwyżej głuchy pogłos”3. Niczego nie sugeruję, ale mnie się „głuchy pogłos” kojarzy tylko z pustką. Ok, może to nie jest tak do końca pustka w dosłownym tego słowa znaczeniu, według mnie, bardziej przypomina złożenie klapek na oczy, by podążać w jednym kierunku, na inne pod żadnym pozorem się nie oglądając. Już nie tylko strach przed bożym gniewem, przed wiecznym potępieniem, ale również strach przed rzekomą pustką. I co najbardziej ciekawe, a wręcz paradoksalne, ową pustkę, która podobno dopada odrzucających wiarę, opisują tylko ci, którzy nigdy nawet nie próbowali się z niewiarą zmierzyć, ani jej zakosztować.

  Ja bym się nawet nie czepiał, gdyby w ordynarny sposób nie zakłamywano niewiary i to przez ludzi, którzy podobno tkwią w Prawdzie wolności. Niejaki Ks. Mieczysław Piotrowski TChr pisze: „(...) ateizm nie rodzi się na poziomie intelektualnym, ale na poziomie woli i serca człowieka. To przez nieprawość ludzie nakładają prawdzie pęta. Jeśli ktoś ma upodobanie w grzechach, tkwi w nich i nie chce się z ich niewoli wyzwolić, to wtedy lekceważy Boże przykazania, odrzuca je, a w końcu zaprzecza nawet istnieniu Boga”4. Prościej, aby poczuć pustkę niewiary trzeba koniecznie grzeszyć. Dogłębnie zdumiony, aż się zapytam, skąd te kolejki do konfesjonałów i czy na pewno w nich stoją ateiści? Takie prawdy jak ta ks. Piotrowskiego przypominają odgłos tam-tamów w afrykańskim buszu. Przypomnę tam-tamy jak wszystkie bębny, też są w środku puste. Mają głosić wolność, wiarę i miłość, ale zwiastują tylko nienawiść opartą na pustych frazesach o wyższości religijnych, sfanatyzowanych pseudointelektualistów, którym w swej pysze wydaje się, że są posiadaczami najprawdziwszej prawdy. Prawdy, która podobno przynależy tylko ich Bogu, a której nie mają szans zgłębić. 

  Rodzi się pytanie o ową pustkę. Cóż, tym razem będzie sarkastycznie i nie dlatego, że tak naprawdę myślę, ale ze względu na sarkazm zawarty w cytacie pierwszego zdania tej notki. Fakt, gdy się porzuca wiarę katolicką, trzeba czymś pustkę wypełnić, ale to świadczy bardziej o tym, że ta pustka bezrefleksyjnie wierzącym nie przeszkadza.