Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sens życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sens życia. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 maja 2017

Poczucie humoru



  Mój blogowy kolega Radek nie chciał, więc sam się odniosę do tego zagadnienia. Ściślej do dwóch mitów na temat ateizmu – ateizm jest przygnębiający w zawiązku z czym ateiści nie mają poczucia humoru. Sam przyznaję, że to banalne sprawy, choć jednocześnie dość dosadnie określają stosunek części wierzących do ateistów. Ateizm jest zły, niemal z samej nazwy, więc utarło się, że można mu przypisać każdą głupotę!

  Najpierw na poważnie. Wielu religijnych myślicieli nie wyobraża sobie, aby nasza egzystencja miała sens bez odniesienia do nieśmiertelności. Inaczej nasze życie nie różniłoby się od życia zwierząt. I w tym miejscu już mi się chce śmiać, bo skoro zwierzętom nie grozi życie wieczne, hulaj dusza, piekła nie ma. Na szczęście nie ma tak dobrze. Skoro jest Bóg, nie ma zmiłuj się, człowieku jesteś skazany na życie wieczne. Innymi słowy, z powodu istnienie Boga, nieśmiertelność jest warunkiem koniecznym. I w tym miejscu szczęka mi opada. Oglądałem kiedyś film, a może to był serial, pt. „Nieśmiertelny”. Tytułowy bohater wiódł nawet ciekawe życie, bez przerwy z kimś się bił, a kobiety kochały się w nim na zabój. Tylko jemu jakoś nigdy nie było do śmiechu. Też by chciał się zakochać, ale miał świadomość, że obiekt jego uczuć się zestarzeje i... umrze – a on nie. Wiem, wiem, nie o taką nieśmiertelność w religii chodzi. Ale nie mam dobrych wieści. Tej chrześcijańskiej nieśmiertelności będą towarzyszyć wieczne pokłony i hymny pochwalne (tak to wynika z Apokalipsy św. Jana), a w tym raczej też nic do śmiechu nie ma. Tak na marginesie, teraz już wiem dlaczego, gdy szukałem odpowiedzi na pytanie: jak czytać Biblię, odradzono mi lekturę Apokalipsy. Ta Księga jest bardziej przygnębiająca niż cały ateizm zebrany do kupy...

  Ten zarzut o brak sensu życia ateistów można odrzucić prostym stwierdzeniem: „Życie jest tym, co każdy z nas potrafi z niego zrobić. (...) To od nas zależy, jak żyjemy i czy nasze życie ma wartość dla nas samych1.  A tymczasem większość religii monoteistycznych oferuje nam sens życia oparty na wierzeniach ludów sprzed kilku tysięcy lat. O ile w stosunku do nich jest to w jakimś stopniu zrozumiałe, byli bezradni wobec otaczającego ich świata, którego nie rozumieli, o tyle życie współczesnego człowieka nie ogranicza się już tylko do przetrwania z dnia na dzień. Współczesny człowiek nie musi już tylko marzyć o szczęściu w życiu po życiu, gdyż chwile szczęścia są mu dostępne na tym ziemskim padole. Zwykło się mniemać, że Bóg miał nas stworzyć do wiecznego szczęścia na ziemi i w tym celu stworzył Adamowi Raj, miejsce, w którym nic złego nie mogło zagościć. I tu śmiem twierdzić, że coś Mu z tym szczęściem nie wyszło, bo oto spostrzegł, że Adam nie do końca jest szczęśliwy. Niby miał wszystko a jednak czegoś mu brakowało. I w Swej mądrości doszedł do wniosku, że w tym szczęśliwym Raju Adam i tak jest nieszczęśliwy, gdyż jest sam, więc w Swej miłości do człowieka stworzył Adamowi kobietę, Ewę – na jego, Adama..., nieszczęście. I tu rodzą się dwa nierozwiązalne dylematy. Trudno bowiem zrozumieć jaki cel przyświecał Bogu, że stworzył ten świat, a na koniec ludzi. Miało być pięknie, a wyszło jak wyszło – padół zła, wojen, nieszczęścia i cierpienia. Jeszcze trudniej zrozumieć jaki cel miał przyświecać stworzonemu człowiekowi. Miał podobny być tylko szczęśliwy a i tak się wszystko pokiełbasiło. Trzeba było, wg Biblii kilka tysięcy lat, by Bóg doszedł do kolejnego wniosku, że na ziemi ten człowiek szczęścia nie znajdzie, a już na pewno nie w powłoce cielesnej. Zesłał więc na ziemię Syna, który wyznaczył ludziom nowy, konkretny cel. Będziecie nieśmiertelni, zbawieni i wiecznie szczęśliwi po śmierci, choć pod jednym warunkiem, musicie uwierzyć. Nie sprecyzował jednak na czym to szczęcie ma polegać.  A problem w tym, że nawet Bogu z tym szczęściem się jeszcze nigdy nie udało. Ile razy chciał dobrze, zawsze źle się kończyło, podobno z winy człowieka, ale to przecież On go takim stworzył.

  Tu wkracza ateizm, który, w odróżnieniu od Boga, niczego właściwie nie obiecuje, a już tym bardziej wiecznej szczęśliwości. Nie daje nadziei, żadnego fałszywego komfortu, ani na ziemi ani w mitycznym niebie. Siłą rzeczy można by sądzić, że trudniej o bardziej nihilistyczną filozofię, a tym samym ateiści nie mogą mieć w takiej sytuacji poczucie humoru. Niejaki Mike Huckabee publicznie oświadczył, że „skoro wszystkie religie świata mają swoje święta, to ateistom też się należy. Zaproponował dzień pierwszego kwietnia, prima aprilis, w Stanach zwany Fool’s Day – dzień glupców2. Można się zapłakać ze śmiechu. Ciekawe jakby zareagował ów Huckabee, gdyby na ten dzień przenieś Wielkanoc, aby nie trzeba było stale zgadywać kiedy przypadnie w następnym roku? Ja pominę genezę, najbardziej zdumiewający kawał prima aprilis udało się chyba zrobić papieżowi Grzegorzowi XIII, który wprowadził w 1582 nowy kalendarz, przenosząc święto Nowego Roku z 1 kwietnia na 1 stycznia. Strasznie wtedy namieszał.

  Aby zrozumieć jak to jest z tym poczuciem humoru u ateistów, warto się przyjrzeć chrześcijanom. Z założenia religia jest już bardzo poważna i nie ma w niej nic śmiesznego. Ba!, uciechy życia doczesnego w przeważającej większości są uznawane za grzech, a wtedy nie ma zmiłuj się. W dodatku propaguje się różnej maści posty i umartwiania, które mają wierzących przybliżyć do szczęśliwego zbawienia. To mi się kojarzy dość makabrycznie. Torturowana tygodniami przez inkwizytorów niby czarownic pewnie czuła wyraźną ulgę, gdy posyłano ją na stos, bo kończyły się jej straszne tortury. Pewnie niejednego to skojarzenie  oburzy ale usprawiedliwię się wypowiedzią kaznodziei Wendy Kaminera: „(...) ateizm potrzebuje humoru, nawet jeśli to ma być czarny humor3. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie widział poczucia humoru niektórych wierzących. Wystarczy poczytać Frondę. Ileż oni tam mają radochy, gdy uda im się opisać męki piekielne, jakie spotkają niewierzących po śmierci. Mnie tu zastanawia jedno, gdyż dziwnym trafem gro prawdziwych satyryków, humorystów czy stand-uperów to ateiści. Jedni śmieszą bardziej inni mniej ale to właśnie wynika z poczucia humoru zarówno autorów jak i odbiorców Trudno tu bowiem mówić o jakimkolwiek szablonie. Jedno też wydaje się oczywiste, ateiści rzadziej drwią z islamu, niemniej to nie powinno dziwić. Fanatyczni wyznawcy tej religii mają zdecydowanie mniej poczucia humoru niż najbardziej ponurzy ateiści razem wzięci.

  Przydałoby się małe podsumowanie. Jeśli miałbym ocenić, który z poglądów jest bardziej przygnębiający – teizm, czy ateizm – nie mam żadnych wątpliwości. Cel życia jako wieczne zbawienie nie ma w sobie żadnej realnej wartości, jest li tylko domniemaniem, a jednocześnie w niczym nie poprawia komfortu życia w cielesnej powłoce. Nie likwiduje cierpienia i nie przynosi żadnej mu ulgi, jakby chcieli propagatorzy tej tezy. Ba! cierpiący wierzący chętnie korzystają ze zdobyczy nauk medycznych, której to dziedziny nie interesują sprawy życia wiecznego. Ateizm ze swym dążeniem do szukania szczęścia jeszcze na ziemi, zdaje się mieć w tym względzie zdecydowanie większe sukcesy. Natomiast poczucie humoru w tym sporze odgrywa trzeciorzędną rolę, która, co najwyżej może tylko odzwierciedla  samopoczucie jednych i drugich. Niestety tego poczucia humoru nie da się mierzyć żadną miarą.

  Na koniec dwa przykłady poczucia humoru przeznaczone dla wierzących:
1. „Po czym poznać dwie zakochane ośmiornice?
Na spacerze trzymają się za rączki ... i za rączki, i za rączki, i za rączki, i za rączki, i za rączki, i za rączki i jeszcze za rączki
”;
2. „Na ślubie wczoraj byłem.
- No i co, jak było?
- Normalnie. Obrączkę dostałem
4.


Przypisy:
1 – „50 mitów o ateizmie”: R. Blackford, U. Schüklenk, str. 59
2 – ibidem str. 71
3 – ibidem str. 71
4 – za http://www.katolik.pl/humor,891.html

środa, 7 grudnia 2016

Smutne życie ateisty



  Woody Allen stwierdził w wywiadzie dla „Süddeutsche Zeitung”, że „wiedzie smutne życie, bez nadziei, przerażające i ponure, bez celu i żadnego znaczenia”, jednocześnie dodając, że jest „ścisłym ateistą”. Te słowa zostały natychmiast podchwycone przez wszystkich przeciwników ateizmu. Katolickie media ogłosiły tryumf: „Wiara w Boga to jedynie słuszna droga naszego istnienia. Ten ateista odkrył, że życie człowieka ma głęboki sens, a sens ten daje Bóg, który nas stworzył.

  Od razu uprzedzę, nie znam treści całego wywiadu jaki udzielił Woody Allen. Według mnie słowa te są wyrwane z kontekstu, bo w innym fragmencie mówi: Wszystko, co robimy za naszego życia, jest w ostateczności iluzją. Nie będzie już nic z istnienia. Zupełnie nic. Chciałbym się mylić, ale zdrowy rozsądek się temu sprzeciwia. Słońce zgaśnie. Czy nam się to podoba, czy nie.” Rodzi się bowiem pytanie, czy ta wypowiedź ma jakiś związek z gloryfikacją wiary? I drugie, czym jest ów „głęboki sens”? W końcu wiara jest jeszcze większą iluzją. Woody Allen ma prawo do własnej, osobistej oceny swojego życia, ta ocena może być pesymistyczna, nawet jeśli się jest ateistą, ale to nie dowód na to, że wszyscy ateiści muszą podzielać jego zdanie, a szczególnie ów pesymizm. Warto tu przypomnieć, że ten bogaty i sławny człowiek przeżywał w swoim życiu kilka okresów prawdziwej depresji. Jego pesymizm może wynikać z jego osobowości, ale nie przesądzam, nie znam go na tyle. Niestety, choćby nie wiem jak naciągać fakty, wiara też od depresji i zwątpienia nie chroni, rzekłbym jest gorzej, wierzącym grozi również opętanie, a wtedy podobno psychiatra nie wystarcza, trzeba skorzystać z „usług” egzorcysty.

  Jeszcze bardziej zastanawia mnie ów „głęboki sens życia” dostępny tylko wierzącym. Rodzi się we mnie przekorne przekonanie, że ta głębokość jest tak naprawdę tylko głęboko ukryta, tak głęboko, że nikt się jej nie dokopie. Można wierzyć w szczęśliwą wieczność po śmierci, nie zmienia to faktu, że umrzeć trzeba. A ponieważ nie wiemy nic o tym życiu po życiu, trudno się spodziewać, aby zwykłego człowieka to inspirowało. Sam Allen stwierdza dość przewrotnie: „Skoro nie sukces, nie sława, nie pieniądze, to co? Pojawia się pytanie, że być może Bóg, ale ja nie wierzę.” Innymi słowy, jego wątpliwości nie dotyczą problemu wierzyć lub nie wierzyć, bo w Boga, mimo pesymistycznych wniosków, wciąż nie wierzy. Te słowa dotyczą tylko poszukiwania samego sensu. Bo czyż wiara uwalnia nas od chęci posiadania, chęci sławy, chęci sukcesu czy nawet tylko pragnienia chwil szczęścia? Poza kilkoma ascetami w dosłownym tego słowa znaczeniu, ja takich wierzących nie znam, choć oczywiści jest duża rozpiętość tego, co rozumiemy przez sławę, sukces, czy dużą ilość pieniędzy. Nawet stwierdzenie, że chcę osiągnąć tylko tyle by godnie żyć, po pierwsze, wymaga wysiłku, po drugie, jest pragnieniem stricte przyziemnym. Nie ma w tym nic z „głębokiego sensu życia”. Stwierdzenie Woody Allena nie jest więc potwierdzeniem tezy, że sens ludzkiemu życiu może nadać wyłącznie wiara w Boga.

  Woody Allen nawet nie pyta o to, czy Bóg istnieje. Pyta tylko, co ma być naszym sensem istnienia. Niestety, łatwej odpowiedzi nie ma. Cokolwiek osiągniesz, nawet największe zaszczyty, nawet największe bogactwo, zawsze pojawi się pytanie: co dalej? I nie łudź się mój Czytelniku, tam, jeśli to „tam” istnieje, też zadasz sobie kiedyś to pytanie. Nie sposób istnieć cały czas, a już tym bardziej wiecznie, w stanie pełnej ekstazy. Każdy zachwyt ma swój kres, po prostu powszednieje. Każdy zdobyty szczyt generuje chęć zdobycia nowego. Nigdy nie pozbędziemy się końca powstawania nowych pragnień. Czy można zatem mówić, że życie wierzącego jest lepsze od życia ateisty? W pewnym sensie tak, wiara pomaga wielu ludziom żyć i znosić w pokorze przeciwności losu. Coś na wzór Hioba, choć oczywiście w znacznie mniejszej skali. Kiedyś, jeśli nawet nie na tym ziemskim padole, będzie lepiej. Ale odpowiedz Sobie sam, czy ta wiara jest na pewno głęboka i Ty się do zasad danej religii w pełni stosujesz? Jeśli nie, czego ja nie mogę Ci mieć za złe, to znaczy, że Twoja wiara jest powierzchowna, płytka, nieprzemyślana i przypomina samooszukiwanie. Z dwóch postaw wolę szczerego ateistę od powierzchownie wierzącego. Ale z tymi głęboko wierzącymi też nie jest do końca dobrze. Zatraciwszy się w rytuałach, obrzędowości i regułach, które niczemu ziemskiemu życiu nie służą, zapominają o istocie tego życia. Nie jest nią ascetyzm. Przeczytałem, że prawdziwa wiara wymaga wyrzeczenia się wszystkiego, nawet pragnień, łącznie z najbliższymi, gdyż wszystko, co oddala od Boga, powinno się odrzucić. Tym samym „tu i teraz” staje się kompletnie nieistotne, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Czy po to rodzimy się na tym świecie? Życie nie ma być czekaniem na wieczność, życie trzeba przeżywać w pełni świadomym miejsca, czasu i zadań przed nami stojących. Można li tylko domniemywać, że to służy „wyższym” celom.

  Nie jest łatwo uznać, że jesteśmy zarówno zupełni nieistotni dla Wszechświata, jak i dla przemijającego Czasu. Ale to może być jednocześnie motorem napędowym do przeżywania tego życia w pełni świadomie, z próbą osiągnięcia satysfakcji, nawet jeśli tylko krótkotrwałej. Jeśli nie spłodziłeś potomka, nie zbudowałeś domu, nie posadziłeś dębu, coś i tak z Twojego działania ma sens, i dla Ciebie, i dla innych. Trzeba tylko uznać pewne proporcje. Z im większej perspektywy patrzysz na siebie, tym znaczysz coraz mniej. Tylko bardzo nielicznym udaje się przetrwać w pamięci innych dłużej niż dwa, trzy pokolenia. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku nie będę w pełni zadowolony z tego życia, i tak, jako ateista, uważam się za szczęśliwca. Zaistniałem i miałem okazję, na ile to było możliwe, poznać „cudowne” (w cudzysłowie, bo z tą cudownością różnie bywa) miejsce tego zaistnienia.

  Wracając do Woody Allena. Trochę mnie zadziwia. Na jego miejscu, nie znajdując już szczęścia w działaniu na rzecz siebie, mając ku temu takie możliwości jak on, poświęciłbym się uszczęśliwianiu innych, szczególnie tych, których nawet wiara nie chroni przed nędzą i skrajnym ubóstwem.


niedziela, 6 grudnia 2015

Rozczarowanie



  Na portalu katolik.pl przeczytałem wywiad* z psychiatrą, panią Elżbietą Sulik. Rzekłbym, dla mnie „bomba”. Bo psychiatra to w końcu nie byle kto, to człowiek, który zajmuje się zakamarkami naszej duszy, bo w moim odczuciu dusza to nasze własne „ja”.

  Nie będę się uciekał do cytatów, kto chce, niech sam przeczyta. W olbrzymim skrócie; pani B. Sulik mówi, że najważniejszym było dla niej poznanie świata i szukanie jakiegoś „centrum”, którym był początkowo dla niej drugi człowiek. Gdy się nim rozczarowała (?) to poszukiwanie skierowała na Kogoś większego niż człowiek. Aby nie było wątpliwości, to rozczarowanie drugim człowiekiem, nie miało nic wspólnego z wykonywanym zawodem. I przyznam szczerze, że to wyznanie pani E. Sulik mnie zdumiało, może właśnie dlatego, że jest psychiatrą.

  W końcu nie kto inny jak właśnie psychiatra powinien mieć świadomość tego, że to nasze „ja”, czyli ta nasza dusza, ma wiele mrocznych zakamarków. Śmiem twierdzić, że mamy te mroczne zakamarki zapisane w genach, lub jak kto woli, wypijamy je z mlekiem matki. Człowiek nigdy nie był i nigdy nie będzie istotą doskonałą. W tym właśnie jest jego największy urok. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia wśród ludzi idealnych, zupełnie bez skazy, pięknych nie tylko na ciele ale szczególnie na duszy. Nie byłoby do czego dążyć, żadnej motywacji do doskonalenia się, stagnacja, która groziłaby samounicestwieniem. Kształtowanie swojej, już przecież idealnej osobowości, nie miałoby sensu. Nawet dla wierzących w tego Kogoś byłoby to tylko czekanie na przejście w inny wymiar, gdzie przecież nic by się nie zmieniło. Przynajmniej w obszarze własnego „ja”.

  Jeśli coś nas ciągnie do bliskości z innym człowiekiem, to jest tym przede wszystkim tajemnica jego osobowości, próba skonfrontowania własnych zalet i ułomności z zaletami i ułomnościami drugiej istoty i to na każdym poziomie wzajemnych stosunków – rodzina, znajomi, przyjaciele, kochankowie. Próbujemy poznać i zrozumieć, mając świadomość, że tak naprawdę nigdy celu nie osiągniemy. Podziwiamy zalety i usiłujemy zrozumieć, zaakceptować wady. Z różnym skutkiem, ale to jest w tym właśnie najbardziej fascynujące.

  Jak to się ma w stosunku do tego Kogoś? Tego, na Kogo swe zainteresowania skierowała pani E. Sulik? Są tylko dwie możliwości. Pełna akceptacja, bo przecież ten Ktoś ma być absolutnie doskonałym, choć z definicji niemożliwym do poznania. Tym samym wykluczamy a priori jeden z elementów człowieczego działania – prób poznawania i zrozumienia. Nasze poznanie kończy się na tym, co zapisane w świętych księgach, znane nawet tylko wyrywkowo, nauce kilku, kilkunastu modlitw i przestrzeganiu nakazów i zakazów, które nie zawsze musimy rozumieć. Druga możliwość to próba poznania i zrozumienia, która musi się zakończyć klęską. Nie zrozumiemy dlaczego Jego dzieło jest tak dalece niedoskonałe, pełne cierpienia i zła, które wcale nie muszą wynikać z grzechu pierworodnego. Ten świat był niedoskonały, pełny cierpienia i zła na długo zanim na nim pojawił się człowiek. Innymi słowy, można się jeszcze bardziej rozczarować niż postępkami drugiego człowieka, po którym możemy się niedoskonałości spodziewać.

  Pani E. Sulik stwierdza, że człowiek, który próbuje stać się istotą doskonałą, prędzej czy później musi doznać porażki, która prowadzi do nihilizmu. Ja w zasadzie się z tym zgodzę, pod warunkiem, że ktoś nie pojmuje, że doskonałości w wydaniu człowieczym po prostu nie ma. Dążenie do doskonałości nie musi oznaczać, że powinniśmy ją osiągnąć. Nikt nas zresztą do tego nie zmusza. I nie rozumiem, jak psychiatra może uważać, że tę doskonałość trzeba w końcu zdobyć?

  Dość istotnym w kontaktach między ludźmi jest dialog, bez którego nie moglibyśmy mówić o żadnej społeczności. Ba, dialog ma wręcz tę kapitalną zaletę, że pozwala nam się oderwać od własnego „ja” i po części koncentrować się na innej osobie, pozwala odnieść nasze wartości do wartości uznawanych przez innych. Pani E. Sulik też to dostrzega. Tymczasem modlitwa, którą nie sposób nazwać dialogiem, jest wręcz czyś odwrotnym. Zmusza nas na koncentracji na sobie. Ten Ktoś jest w niej właściwie bez znaczenia, nie odpowie nam ani słowem, ani tym bardziej żadnym gestem, który w dialogu też ma swoje znaczenie. Ten Ktoś jest tylko naszą projekcją, odbiciem naszego własnego, wyidealizowanego „ja”, co jeszcze bardziej potęguje kierowanie się na siebie. To w skrajnych wypadkach może, co najwyżej, skutkować mistycyzmem. I tu na myśl przychodzi mi postać Justyny Kowalskiej, która w tym zwróceniu się na siebie osiąga szczyt absurdu, czego dowodem są jej „Dzienniczki”. Moja bohaterka, pani E. Sulik dowodzi, że poprzez modlitwę można stawiać pytania Bogu (tu się zgadzam) i ona wie, że Bóg jej może odpowiedzieć, co dla odmiany wprawia mnie niemal w osłupienie. Czyżby posiadła telepatyczne zdolności, czy też mistycyzm jest również jej udziałem?

  Jeszcze raz podkreślam, jeśli uznajemy, że modlitwa jest rodzajem dialogu, to ten dialog jest projekcją tylko naszych myśli. Jeśli człowiek ma w miarę przyzwoitą wyobraźnię, może rozmawiać z każdym nieobecnym, ba, nawet ze zwierzętami i przedmiotami. O tym psychiatra powinien wiedzieć i wie. W pewnych, skrajnych przypadkach, taki dialog z innymi postaciami, zwierzętami i przedmiotami, jednoznacznie określa się jako jednostkę chorobową...

* - http://www.katolik.pl/o-zyciu-czlowieka-i-psychologii-komunikacji,25233,416,cz.html


niedziela, 2 listopada 2014

Perełki



Ks. prof. Wacław Hryniewicz: „Nie ma grzechów, które nie mogłyby być odpokutowane (...)” Tu mały niuansik - w tekście podkreślono, że ów ksiądz jest kontrowersyjny! Mnie się osobiście taka interpretacja podoba, choć na nią nie liczę. Jestem przecież ateistą. Aby było śmieszniej, ks. prof. odwołuje się do tekstu Bertranda Russella, który w eseju „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem” tak pisze o słowach Jezusa na temat grzechu przeciw Duchowi Świętemu: „ten fragment był źródłem nieprzebranej ilości cierpienia na tym świecie (...) Doprawdy nie sądzę, żeby ktoś, kto rozsiewa w świecie taki strach i przerażenie miał w swojej naturze odpowiednią miarę dobrotliwości.” Ks. prof. stwierdza, że filozof oskarża Jezusa! I chyba ma rację, bo trudno ten fragment odebrać inaczej jak oskarżenie. Tekst wywołał burzę w komentarzach. Praktycznie wszystkie są przeciw, jak przystało na frondowców. Grzesznikom się przecież nie wybacza. Przeżyłem szok, bo z tych komentarzy wynika, że frondowcy popierają Russella, stając jednym szeregiem przeciw ks. prof. Hryniewiczowi!


Jest, a jakże, abp Nycz. Stawia dwa pytania: „Czym jest świętość?” oraz „dlaczego warto i trzeba być świętym?” Na pierwsze nie odpowiada, bo jak długo żyję, jeszcze sensownej odpowiedzi na to pytanie nie słyszałem. Na drugie już owszem: „Odpowiedź o sens i cel życia zawiera się w dwóch słowach[?]: człowiek chce być szczęśliwy i człowiek chce, żeby jego życie było sensowne, komuś służyło. Sensem naszego życia powinno być nieustanne życie dla większej chwały Boga we wszystkim tym, co robimy”. Z pierwszą częścią odpowiedzi całkowicie się zgadzam. O ile pod pojęciem „komuś” rozumiemy siebie lub kochaną inną (bliską nam) osobę. Druga część, jest już wręcz ekwilibrystyką. Każdy ma w sobie jakiś pierwiastek altruizmu. Tylko dlaczego poświęcać go dla jakieś bliżej nieokreślonej i niepojętej Istoty? I w zamian za co? Za cierpienie, którego na tym padole nam nie brakuje? Mało to jest na Ziemi istot realnych, czujących i cierpiących, tak jak my sami, dla których nasze życie staje się sensem? Dopóki nie jesteśmy w stanie określić jednoznacznie, czym jest owa „świętość”, już ja wolę być nawet w jakimś stopniu egoistycznym dupkiem, oczywiście w ograniczonym zakresie. Dopóki religie same między sobą nie ustalą, która z nich jest tą prawdziwą, dopóki któraś z nich nie udowodni swej prawdziwości, a to mi za mojego życia już raczej nie grozi, dopóty dla mnie sensem życie będzie moje pięć minut na tym padole. Bo jeśli pozostanę w czyjeś pamięci po mojej śmierci, to nie będę oceniany za to, w co wierzyłem, ale za to, co zrobiłem - tu na Ziemi.

Źródła: Fronda1; Fronda2;