piątek, 14 kwietnia 2017

Miłujcie się!



  Czy może być większa hipokryzja niż wypowiadanie słów z tytułu „Miłujcie się!” i jednocześnie wylewanie morza pomyj na kogoś, kto nie podziela poglądów wypowiadającego te słowa?  Ja raczej nie potrafię sobie niczego większego wyobrazić, szczególnie z ust księdza.  A dla niego ateizm jest wynikiem barku wiedzy, łamania norm moralnych i pychy, a wszystko to za sprawą poddania się woli Szatana (sic!) W tym miejscu chciałbym zapytać ks. Mieczysława Piotrowicza czy wierzy w Zeusa? Pewnie nie, tak samo... jak ateista. Ten drugi na tej samej zasadzie nie wierzy również w Boga i innych bogów. Ot, cała różnica.

  O tym, że ateista ma się mylić, przynajmniej w kwestii tego jedynego Boga ma służyć dowód ze złożoności. Ks. Piotrowicz stwierdza: „Darwiniści wierzą, że dzięki mechanizmowi doboru naturalnego i szeregu losowych mutacji powstawały tak skomplikowane organy jak mózg, oczy, skrzydła itd., że wszystkim kierują ślepe siły natury. Tymczasem badania naukowe stwierdzają, że struktura molekularnej maszynerii życia jest nieskończenie bardziej  skomplikowana od systemów, które zostały zaprojektowane i zbudowane przez człowieka”. Primo, trzeba być dyletantem aby porównywać blisko cztery miliardy lat ewolucji do zdolności twórczych człowieka. Secundo, te skomplikowane twory (mózg, oko) są daleko niedoskonałe jak na możliwości, w końcu doskonałego Stwórcy. Ten dowód równie dobrze może służyć tezie, że Boga na pewno nie ma, gdyż to właśnie hipoteza Boga próbuje „wyciągnąć coś z kapelusza”, w którym nic nie ma. Odwołując się do Projektanta, którego nikt nie zaprojektował, tworzymy przysłowiowe perpetuum mobile. Błąd tego „dowodu” tkwi w drobnym szczególe. Traktujemy przypadek tylko jako alternatywę projektu. A trzecie, najbardziej logiczne wytłumaczenie brzmi: stopniowa i powolnie narastająca złożoność.

  Dla ks. Piotrowicza jest to tak niepojęte, że... podpiera się kolejnym dowodem. A może sam w pierwszy dowód nie za bardzo wierzy, skoro ucieka się do innego? Ten drugi dowód to tzw. dowód z piękna. Piotrowicz cytuje Biblię: „Głupi [już] z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła, nie poznali Twórcy” [Mdr 13, 1], i przywołuje nam postać prof. A. Flew, duchowego przywódcy światowego ateizmu, który w 2004 roku miał wyznać wiarę w Boga. To jest pewnego rodzaju kłamstwo, bo prof. Flew wyznał coś w rodzaju deizmu – racjonalnego uzasadnienia istnienia Boga bezosobowego, który z Bogiem chrześcijańskim nie ma nic wspólnego. Wątpię czy dziś prof. Flew godziłby się na takie wykorzystanie jego postaci przez teistów, ale i tak w mojej opinii ów profesor zasługuje najwyżej na Nagrodę Templetona2. Ks. Piotrowicz zadaje retoryczne pytanie czy można pogodzić teorię ewolucji z wiarą w Boga, skoro ta jest bezcelowym procesem? Otóż z tej retoryki wynika, że nie sposób, tym samym wszystkie potwierdzone tezy tej teorii możemy śmiało wyrzucić na śmietnik. Powinniśmy wrócić do czasów wczesnego średniowiecza.

  Wnioski jakie wyciąga ks. Piotrowicz są wręcz kuriozalne: „Wiara ateistów w to, że nie ma Boga, często opiera się na metafizycznym twierdzeniu darwinizmu, według którego życie powstało w sposób przypadkowy, rozwija się na drodze ślepej ewolucji, natomiast świadomość człowieka jest wytworem mózgu, który przestaje istnieć w chwili śmierci. Dlatego za pełnoprawnych ludzi uznaje się tylko tych, którzy mają na odpowiednim poziomie ukształtowaną świadomość i psychikę. Nie są więc nimi dzieci nienarodzone, noworodki, ludzie ze starczą demencją lub w stanie śpiączki. Nie ma także obiektywnie istniejącej moralności. Takie są ideologiczne podstawy ustaw zezwalających na aborcję, eutanazję, zapłodnienia in vitro, eugenikę i genetyczne manipulacje. Trzeba pamiętać, że darwinizm stał się ważną częścią zbrodniczych ideologii komunizmu i narodowego socjalizmu. Wyznawali go nie tylko ateiści spod znaku sierpa i młota, ale także narodowi socjaliści z Hitlerem na czele”. Ten wywód dobitnie świadczy o tym, jak bardzo Autor tych słów nie wie czym jest ateizm i jak bardzo pragnie go obarczyć za wszystkie winy tego świata. Mnie się narzuca tylko jedna odpowiedź – wiara w Boga w niczym nie była i nie jest lepsza. I przypomnę, narodowy socjalizm Hitlera nie wynikał z ateizmu, a bardziej z wiary (nienawiść do Żydów i propagowanie czystości rasy panów), z kolei Lenin i Stalin wykorzystali i wypaczyli ateizm dla swoich celów tworząc nową religię, opartą na tych samych zasadach, co wiara wielkich religii. I bądźmy szczerzy, w wielu przypadkach humanitaryzm ateistów zdaje się być bardziej ludzki niż „miłość bliźniego swego” teistów.

  I już na koniec dywagacji ks. Piotrowicza. Ten stwierdza: „Materialiści znaleźli się w ślepym zaułku, gdyż nie mają żadnej wiarygodnej hipotezy, która by tłumaczyła duchowe przeżycia człowieka i funkcjonowanie jego umysłu”. Czy na pewno w ślepym? Raczej jest odwrotnie, bo twórcy powyższej tezy pomyliły się pojęcia religijności z duchowością. Otóż za naszą duchowość bezsprzecznie odpowiada nasz, i tylko nasz mózg. Spróbuj wytłumaczyć upośledzonemu umysłowo czym jest transcendencja.  Jest gorzej, naukowcy znaleźli w ludzkim mózgu obszary odpowiedzialne za nasze nastroje i skłonności, i już w tym momencie łamie się cała konstrukcja nadnaturalnej duchowości opartej na religijnej tezie eschatologii, życia po życiu. Umiera mózg – umiera duchowość, choć nie to naukowcy chcieli udowodnić.

  Ja rozumiem, dla wielu takie ateistyczne podejście do życia jest po pierwsze niezrozumiałe, bo pozornie pozbawione celu, po drugie okrutne, bo odbiera nam nadzieję na wieczność, wreszcie po trzecie, stoi w sprzeczności do wpajanej nam religijności. Rzecz w tym, że ateizm nikogo nie zmusza do przyjęcia takiego stosunku do rzeczywistości. Chcesz wierzyć, że jest inaczej, wierz, ale pozostaw podobny wybór innym, nie próbuj oczerniać bezpodstawnie, tylko dlatego, że się z ateizmem nie zgadzasz (najczęściej nie mając pojęcia czym jest ateizm). A swoją drogą, rodzi się pytanie, co jest lepsze? Pogodzenie się z rzeczywistością, bez względu na to, jaka jest, czy karmienie się mrzonkami opartymi na rzekomo Świętych Księgach?

Przypisy:
1 - http://www.fronda.pl/a/trzeba-miec-silna-wiare-aby-byc-ateista,91028.html
2 - Nagroda Templetona – za R. Dawkinsem: „Jest to znaczna suma pieniędzy, którą Fundacja Templetona co roku przyznaje tym naukowcom, którzy gotowi są powiedzieć coś dobrego o religii”.


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Grzeszny akt apostazji



  Był czas, że mnie ten akt interesował, w znaczeniu dokonania. Skoro świadomie wybrałem ateizm, powinienem to potwierdzić oficjalnym aktem apostazji. Gdy jednak taki pomysł zaświtał mi w głowie, procedury były bardziej straszne niż sam akt. Akt chrztu, zaświadczenie rodziców, dwóch świadków, CV i uzasadnienie, a do tego kilka rozmów z proboszczem. Ok, przesadziłem – CV nie było potrzebne. Teraz mi to totalnie powiewa, choć procedury się uprościły. Nie trzeba dwóch świadków i zaświadczenia rodziców.

  Odpuściłem, bo i tak pójdę do piekła, tak przynajmniej twierdzi niejaki ksiądz Grzegorz Śniadoch w obszernym wywiadzie1, po tym jak ciężki grzech popełniam. Wszak kiedyś akt apostazji był traktowany na równi z morderstwem i cudzołóstwem. Czym ten zbrodnie groziły, nie muszę tłumaczyć. Na szczęście dla mnie, dziś już odstąpiono od tak surowych kar za życia wobec apostazji i cudzołóstwa, i chwała Kościołowi za taką wielkoduszność. Jednak najbardziej zdumiało mnie wyjaśnienie. Pozwolę sobie na cytat, bo pewnie nie wszyscy skorzystają z odnośnika: „(w czasie) Chrztu Świętego kapłan zadaje dwa pytania. Pierwsze dotyczy wybranego imienia osoby chrzczonej, drugie zaś brzmi: Czego żądasz od Kościoła Bożego? Odpowiedź brzmi: Wiary. Tej wiary, którą otrzymaliśmy od Boga za pośrednictwem Kościoła i do wyznawania której jesteśmy zobowiązani [podkreślenie moje]2. I tu mam problem. Mało, że tego chrztu nie pamiętam, co mogę zwalić na moja krótką pamięć, to na dodatek nie wyobrażam sobie aby kilkutygodniowy brzdąc, po pierwsze, rozumiał sens tego pytanie, po drugie, by mógł cokolwiek odpowiedzieć, chyba że wrzask niemowlęcia można traktować w kategoriach już zrozumiałego  – wiiiaaarrry!!! Dobrze, wolne żarty, za mnie tak powiedzieli chrzestni, choć też nie pamiętam czy prosili mnie o zgodę. Dlatego mam dziś pytanie, o jakie zobowiązanie chodzi, skoro ma wynikać z niego przymus wiary do śmierci?

  Według doktryny katolickiej, chrzest jest aktem, którego nie da się wymazać z historii życia człowieka i to zdanie jest prawdziwe, tak jak nie da się wymazać każdego innego życiowego wydarzenia. Problem w tym, że według tej samej doktryny ten akt: „będzie nas oskarżać na Sądzie Bożym. Osoby ochrzczone będą cierpieć w piekle lub w czyśćcu znacznie bardziej, a spośród nich najwięcej katolicy, bo należeli do jedynego prawdziwego Kościoła3, a to jest już ohydna groźba, nawet jeśli się w ten Sąd Ostateczny nie wierzy. Ciekawe czy mógłbym skorzystać z dobrodziej ustawy o ochronie uczuć (nie)religijnych? Gdyby jednak nawet groźbę uznać za realną, to czy za ten grzech odejścia od wiary nie powinni odpowiadać moi rodzice i chrzestni? Po pierwsze, za to, że wydali mnie na pastwę tego sakramentu bez pytania, po drugie nie dopilnowali, abym się bał odejść od jedynie prawdziwej wiary. W dodatku ta groźba jest wypowiadana przez miłosiernego kaznodzieję, który podobno ma w sobie Ducha Świętego, ale który... nie ma zielonego pojęcia jak to będzie po śmierci (sic!), bo to jest tylko jego domniemanie. Ściślej, groźba wróżbity, a wróżbiarstwo jest przez Kościół potępiane. Ileż jest w nim zarozumiałości, arogancji i pychy, skoro pisze: „Celowo mówię tu o „katolickiej” [wierze – dopisek mój], a nie chrześcijańskiej, bo nasza moralność i etyka jest naprawdę wyjątkowa4. Taaak, więcej w niej „bata i kija” niż Bożego Miłosierdzia.

  Jednym z powodów odejścia od wiary była właśnie niemożliwość rozeznania, czy owo życie wieczne jest zachętą czy może bardziej groźbą? Im więcej czytałem mistycznych i wizjonerskich opisów piekła i tortur piekielnych, również tortur czyśćcowych, tym bardziej skłaniałem się ku drugiemu. Bo ta wyjątkowość moralności katolickiej polega na lubowaniu się w opisach kar za grzechy i mnożeniu tychże grzechów, za które przyjdzie cierpieć ludzkiej duszy. Nie łudź się wierzący katoliku, ciebie też to czeka, bo podobno jeszcze się taki nie narodził, kto za życia ziemskiego by nie grzeszył. Za swoją wiarę i tak będziesz cierpiał męki i nie wiem czy pocieszającym jest fakt, że się kiedyś skończą. Tysiącletni pobyt (a może wielokrotność tych tysiącleci) w czyśćcu, to też niemały szmat czasu. Twoje dzieci, twoim wnukowie będą się za ciebie modlić, ale to tylko dwa pokolenia, o ile będą się modlić w ogóle w tej intencji. Innymi słowy, ksiądz Grzegorz Śniadoch proponuję nam moralność opartą na strachu i groźbach. Opiera swoje groźby na Ewangeliach, gdzie nie ma słowa o czyśćcu.

  Jako puentę mam też przestrogę dla innowierców i tych, którzy oderwali się od jedynie moralnego Kościoła, lub traktują Go lekko: „Katolicy mają jedną powinność, jeśli chodzi o świętą Matkę Kościół: kochać Kościół każdą cząsteczką swojej istoty - miłością, która dostrzega jego czystość i pragnie, aby każdy inny ujrzał, że jedynie  Kościół jest źródłem zbawienia. Dlaczego? Ponieważ tego chce Wszechmogący Bóg5 (sic!) Dodam od siebie – Bóg, którego planów (wg. tejże religii) wobec ludzi nigdy nie poznamy ani nie zrozumiemy. 





piątek, 7 kwietnia 2017

Jak cztać Biblię?



  Poszło o interpretację pewnych fragmentów Biblii, ale wydaje mi się, że sprawa ma daleko większy kontekst. Ja już pisałem kiedyś, przeczytałem ją w całości dwa razy. Raz pobieżnie, choć od deski do deski, ściślej, bez żadnej analizy. Kto próbował, pewnie wie jak ciężkie to zadanie. Archaiczny teks jest trudny w odbiorze i przez to czasami wręcz niezrozumiały. Tę pobieżność mi jednak wypomniano, więc wróciłem do lektury po raz wtóry. Tym razem z objaśnieniami, a w wątpliwych przypadkach nawet do egzegezy.

  Konia z rzędem temu, jeśli jest zwykłym śmiertelnikiem, kto zna prawidłowy i realny sposób analizy tych tekstów. Najczęściej słyszę, że musi temu towarzyszyć modlitwa i... Duch Święty, co mnie z miejsca dyskwalifikuje, bo ani nie korzystam z dobrodziejstw modlitwy, ani nie potrafię uwierzyć w tego Ducha. W takim razie nie powinienem czytać?! Ale to rzucenie ręcznikiem na ring nim się na niego wejdzie. Wierzący z miejsca czyni mnie przegranym, a mój ateizm jest głupi i niedorzeczny. Choć narzuca mi się jednocześnie pytanie, czy wszyscy wierzący Biblię całą przeczytali i ją zrozumieli? Próbowałem więc znaleźć jakiś poradnik, mający mi pomóc zrozumieć tekst Biblii bez uciekania się do modlitwy i Ducha Świętego. Spróbujcie w necie, taniej i bezpieczniej, bo nie trzeba na te poradniki wydawać kasy i kupować kota w worku. I ja właśnie ten esej poświęcam tym poradnikom i ich poradom.

  W całej zalewie tych poradników (tak, zalewie, bo podpowiedzi idą w tysiące) od razu dowiaduję się, że sprawa ani nie jest prosta, ani jednoznaczna. Gorzej, bo autorami tych podręczników są zazwyczaj księża, których trudno uznać za obiektywnych. I to mnie właściwie nie dziwi, lektura Biblii bez zrozumiałego i właściwego przewodnika może przynieść odwrotny skutek do zamierzonego. Albo czytający popadnie w nadmierną egzaltację, albo Bóg może się okazać mściwy okrutnikiem, zazdrośnikiem, Bogiem zadufanym w sobie i przepełnionym pychą. Wróćmy jednak do samych metod. Pominę takie propozycje jak: słuchanie, uczenie się na pamięć czy przepisywanie. Jest taka metoda, która nazywa się Lectio divina, składająca się z kilku etapów. Pierwszy zaczyna się tym nieszczęsnym „oczekiwaniem na Ducha Świętego1 (i to pominę, bo bym nie doczekał). Drugi to lectioczytanie i analiza fragmentu Pisma Świętego – najlepiej kilka razy i na głos, można podkreślić ważniejsze słowa, wypisać wydarzenia czy bohaterów2. Trzeci, meditatio – „szukanie głębszego sensu czytanych słów, „przeżuwanie” tekstu. By się dowiedzieć: jakie jest przesłanie tego fragmentu dla Wspólnoty Kościoła i każdego człowieka3 Czwarty, contemplatio – „zaangażowanie całego siebie w treść i przesłanie Orędzia, zasłuchanie się w Słowo Boże, wejście ze wszystkim co się ma w strumień Bożej myśli, aby pozwolić Bogu by przelał i zanurzył nas w oceanie swojego wewnętrznego Życia i Miłości4 (ciekawe jak to można odnieść do ateisty? Przecież to praktycznie to samo, co oczekiwanie na Ducha Świętego). Wreszcie oratio – „kontemplacja jest doświadczeniem, które naturalnie ląduje w modlitwie słowami, najczęściej uwielbieniem, dziękczynieniem, a w końcu prośbą o pomoc w podjęciu konkretnych działań w swoim życiu zaraz po zakończeniu lectio divina5. To się da ująć tylko jednym zdaniem. Jeśli nie wierzysz w Boga, daruj sobie lekturę Biblii. 

  Zabawna jest metoda Lecatio Continua – czyli przeczytanie Pisma Świętego od deski do deski. Można czytać Święte Księgi w różnej kolejności. Choć to podstęp, gdyż w tym sposobie na chybił trafił podobno tkwi niebezpieczeństwo manipulowania Słowem Bożym, zwłaszcza jeśli szuka się konkretnych odpowiedzi losując fragmenty Pisma Świętego. Inny sposób to czytanie tematyczne. Jeśli chcemy wiedzieć, co Bóg myśli o cierpieniu, przebaczaniu czy miłości wystarczy wybrać tylko te fragmenty, które o tym piszą. Marny Twój los, studencie Biblii, bo jak znajdziesz te fragmenty nie mając spisu treści ani nie znając całości?

  Dość ciekawa jest propozycja6 czytania Biblii w innej kolejności niż została napisana, co mnie wręcz zdumiewa. Ale niech tak będzie, może coś to zmieni w odbiorze. Kolejność jest taka: historia Kościoła czyli Dzieje Apostolskie; List św. Jana; cztery Ewangelie; Listy św. Pawła; Listy Apostolskie. Tu konsternacja, nie należy na tym etapie czytać Apokalipsy! Chyba wiem z jakich powodów. Stary Testament też należy studiować w odpowiedniej kolejności: Księga Mądrości; Syracha; Ksiągi Machabejskie; Przysłów; Hioba i Psalmów.  A gdzie Księga Rodzaju, Księga Wyjścia, Księga Kapłańska, Księga Jozuego, Księga Powtórzonego Prawa? Otóż te Księgi lepiej pominąć, aby nie burzyć sobie obrazu Boga (sic!), bo one są podobno bardzo trudne w odbiorze. Pozwolę sobie na fragment: „Trzymaj się prostej linii prawdy. Unikaj światowej gadaniny, albowiem uprawiający ją coraz bardziej będą się zbliżać do bezbożności, a ich nauka jak gangrena będzie się szerzyć wokoło. [2 Tm 2,15]7. I wszystko jasne.

  I tak jest z każdą chrześcijańską metodą czytania Biblii. Dodam tylko, że nie powinniśmy uciekać się do tłumaczenia znaczeń oryginalnych, hebrajskich tekstów. Znów cytat: „Jeden z kolegów powiedział, iż nie wyobraża sobie wykładania Starego Testamentu klerykom nieznającym języka hebrajskiego, w którym te teksty zostały napisane. Ktoś z nas przytomnie zauważył, iż takie stawianie sprawy jest niewłaściwe. Bo wystarczy popatrzeć na Ewangelię. Oto za Jezusem idą tłumy ludzi. Słuchają Jego słów i rozumieją je, mimo że nie mieli za sobą żadnych studiów językowych8. Potwierdza się spostrzeżenie, że zwykły śmiertelnik nie powinien Pisma Świętego czytać, najlepiej słuchać tylko wybrane przez katechetę fragmenty. W tym kontekście zrozumiałym się staje, dlaczego do czasu wynalezienia druku, dla pospólstwa Biblia była Księgą zakazaną.

  Co więc z tym fantem zrobić? Wyjaśnienie i sposób w jaki powinno się studiować Biblię znalazłem na... Forum Żydów Polskich. Jest tam recenzja9 książki „Czy Torę można czytać po polsku?” Wywiad z rabinem Sachą Pecaricem. Czytam: „Mosze (Mojżesz) nie otrzymał od Boga na Synaju jedynie Tory Pisanej, ale także Torę Ustną, czyli wszystkie wyjaśnienia i doprecyzowania, bez których tekst Tory (czyli Pięcioksięgu) stałby się dawno niezrozumiały, skamieniały, martwy. Tora Pisana (Tora Szebichtaw) i Tora Ustna (Tora Szebealpe) stanowią jedność. Są one jak dwie strony jednej monety: awers i rewers. (...) religijne prawo żydowskie wymaga nie tylko czytania Tory, ale także rozumienia Tory. Prawo to brzmisznajim mikra weechad targum” - dwa razy Tora i raz wytłumaczenie [podkreślenie moje]. Tak właśnie religijny Żyd musi czytać Torę. I aby Torę mógł zrozumieć, potrzebny jest mu targum (tłumaczenie przekazu ustnego)”. Chciałbym znaleźć takie tłumaczenie całej Biblii w wersji chrześcijańskiej, nawet jeśli skażone religią, tak jak może być skażone religią judaistyczne tłumaczenie Pięcioksięgu. Póki co, jestem na straconej pozycji, przynajmniej w oczach wiernych, nawet tych, którzy Biblię znają tylko z kazań.



2 - ibidem
3 - ibidem
4 - ibidem


środa, 5 kwietnia 2017

Mrozaki



  Niezorientowanym od razu wyjaśnię, co ten nowotwór słowny znaczy (zbieżność z nowotworem nieprzypadkowa), a które obficie tworzy inteligencja żoliboraska. Mrozaki – to dzieci poczęte na zimnym szkle, ściślej dzieci poczęte metodą in vitro. Ale tak ma Kościół rydzykowy, bo choć sam krzyczy, że jest stygmatyzowany, przed stygmatyzowaniem innych nie stroni. Szczególnie tych, którzy sami przed tym obronić się nie potrafią, czyli noworodków.

  Ja już pominę radosne objawienia ministra Gowina, który słyszał krzyk zamrożonych zarodków, że im zimno, bo o to jest nowa „gwiazda” przeciwników tej metody leczenia niepłodności. Tu jestem realistą. Metoda in vitro jest skuteczna gdzieś tak w trzydziestu procentach, czyli mało, ale to i tak daleko więcej niż propagowana przez ośrodki katolickie metoda naprotechnologii. Mało tego. Wszystkie „elementy”, na których opiera się ta druga metoda, są sprawdzane w pierwszej, w czasie zdecydowanie krótszym, za pomocą specjalistycznych badań. Ta nowa „gwiazda” przeciwników metody in vitro jest kobietą i nazywa się Urszula Dudziak, nie mylić z wokalistką jazzową. To ona jest autorką tego nowotworu słownego. Przypomnę, to ekspertka MEN do spraw nauczania „wychowania w rodzinie”. Tu nie mogę się oprzeć, aby nie przedstawić jej kilka rewelacyjnych i „rewolucyjnych” tez:
Cel antykoncepcji jest niegodziwy. Chce uszkodzić coś, co jest zdrowe”;
Wyborowi antykoncepcji sprzyja hedonizm, brak kierowania popędem seksualnym”;
Doustne środki antykoncepcyjne są główną przyczyną śmiertelności”, i już nie mogę uciec od złośliwej ironii. Pani profesor,  gdyby pani nie wiedziała – główną przyczyną śmiertelności jest życie. Kto się urodzi ten umiera!

  Według prawd tej pani, dzieci z in vitro nabierają syndromu „zespołu ocaleńca” – jednego ocalonego z kilku zarodków, których reszta jest zamrożona. In vitro skutkuje też chęcią uprawiania przez dzieci poczęte tą metodą sportów ekstremalnych (sic!). Posłużę się fragmentem z YouTube: „Dziecko się dowiaduje, że jego rodzice zabili jego siostrę czy brata. I wtedy pojawia się pytanie: dlaczego ja żyję? I ten człowiek próbuje udowodnić, że zasługuje na życie, a czasami balansuje na granicy życia i śmierci np. wybiera ekstremalne sporty1. Najbardziej jednak zdumiewa mnie inne stwierdzenie: „Seks służy głównie prokreacji, jest przecież jedną z fundamentalnych tez Kościoła, usprawiedliwiającą zakaz antykoncepcji i obowiązek czystości do ślubu”. Trochę w tym hipokryzji, skoro Kościół propaguje kalendarzyk małżeński. W myśl tej dewizy tylko małżonkom wolno uprawiać seks, i co jeszcze bardziej zabawne, w tym akcie seksualnym bierze udział Bóg (sic!) Zero intymności, nie pomoże zgaszenie świateł, przykrycie się kołdrą i tak mamy „trzeciego do figlarnych uciech”. Tu mi się przypominają dwie nieprzyzwoite parafrazy pewnej modlitwy:
Aniele boży, Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój. Lecz gdy anioł spojrzał na Jadzię, zamiast stanąć się kładzie”, lub jeszcze jedna: „Aniele Boży, stróżu mój...,
Gorzej gdy to anielski cieć, który nie tylko strzeże ode złego, ile nie puszcza do przyjemnego” (to chyba Sztaudyngera).

  Ale wróćmy do sedna. Pani prof. Dudziak ubolewa, że procedury in vitro są uciążliwe i wymagają częstych wizyt u lekarza, ba!, trzeba współżyć „na żądanie” (sic!) Tak jakby naprotechnologia robiła cokolwiek innego.  Argumenty innych nawiedzonych, z ramienia jedynie słusznej partii, są jeszcze bardziej kuriozalne. Radny z Krakowa stwierdził, że Metody pozaustrojowe są głęboko nieetyczne, szczególnie nieetyczne były w 2005 roku, kiedy to cały naród opłakiwał śmierć papieża Polaka, Jana Pawła II (sic!) Radny z Gdańska próbował to przebić: „Czy te pary, które są poddawane zabiegowi in vitro są poddawane badaniom psychiatrycznym? A jeżeli ktoś się na to [metodę in vitro – dopisek mój] decyduje, a jest psychopatą?” Czy wiesz pan, panie Radny, ilu psychopatów ma dzieci bez metody in vitro?!

  Ja rozumiem, z katolickiego punktu widzenia metoda in vitro jest niemoralna. Tylko kto zmusza, szczególnie tych głęboko wierzących, do jej stosowania? Narzuca się jednak pytanie: skoro nie ma przymusu, dlaczego tej metody pod przymusem, poprzez brak dotacji, zabraniać innym, którzy z takim katolickim podejściem nie muszą się zgadzać? Czy tu przypadkiem nie chodzi o to, aby niewierzący, lub wierzący na letnio, nie wchodzili w kompetencje Boga, i znów gorzej!, aby nie stali Mu się równi?



sobota, 1 kwietnia 2017

Bóg cię kocha (zawsze)



  Czasami nawet mnie przeraża mój sceptycyzm. Nawet nie wiem skąd się wziął, bo ani nie wypiłem go z mlekiem matki, ani ojciec nie przekazał mi go w genach – oboje byli wierzącymi. Mogłem przez pewien czas zwalać winę na indoktrynację komunizmu, ideologię ze wszech miar materialistyczną, problem w tym, że wtedy byłem wierzącym i długo jeszcze po czasach edukacji. Dziś tylko mogę przypuszczać, że to za sprawą opisów cudów, którymi karmiono mnie obficie. I jak to z takim karmieniem bywa, po prostu dostałem niestrawności.

  Jest gorzej, bo wciąż próbuje się mnie nimi karmić, już nawet pod przymusem, jak to ma miejsce z objawieniami fatimskimi, którymi musiał się zająć nasz parlament. Ale ja nie o tym cudzie, choć będzie miał związek. Ostatnio natrafiłem na opis kolejnego cudu, choć ten ma już siedemdziesiąt dwa lata, ale z tymi cudami jest jak z winem, im starsze tym lepsze. Opisuje go na portalu Fronda.pl1 niejaki Adam Górski, jako cudowne ocalenie księży po wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. Podobno znaleźli się ledwie kilometr od epicentrum wybuchu i według wszelkich znaków na niebie i ziemi – powinni wyparować. Mało, że nie wyparowali to jeszcze nie doznali żadnych, podkreślam, żadnych obrażeń, o chorobie popromiennej nie wspominając. Miało to potwierdzać ponad dwieście badań lekarskich (sic!), jakimi byli poddawani przez trzydzieści lat! Sceptyków i tak nie brakowało, ale autor ma na to wyjaśnienie – dla Boga wszystko jest możliwe.

  A. Górski próbuje nam wyjaśnić przyczyny tego cudu. Otóż, tych ośmiu księży było ściśle związanych ze wspólnotą, która była szczególnie oddana Matce Boskiej Fatimskiej. I wszystko jasne! Ten cud w Hiroszimie jest konsekwencją innego, cudu w Fatimie. Tylko mnie jakoś dziwnie się zrobiło, bo mniej więcej w tym samym czasie czytam o tragedii matki, która rodziła w świebodzińskim szpitalu przez czternaście godzin dziecko, które natychmiast zmarło. Bóg uratował ośmiu księży jezuitów, pozwalając umrzeć kilkudziesięciu tysiącom mieszkańców Hiroszimy, a nawet jednemu, jeszcze niczemu niewinnemu dziecku2. W tym miejscu przypomina mi się często powtarzana fraza z lekcji religii: „niezbadane są wyroki boskie”, lub inne: „wiara czyni cuda”. W kontekście pierwszego stwierdzenia, wszystko okazuje się możliwe. W kontekście drugiego, jasna jest śmierć niemowlaka. On jeszcze nie wierzył.
Przypomniała mi się wypowiedź Karla Poppera3, który wysunął tezę, że: „(...) demokracja miedzy nauką a nienauką polega na tym, że jedynie ta pierwsza jest autentycznie falsyfikowalna3. Weźmy dla przykładu: taki naukowiec zajmujący się medycyną przewiduje, że konkretny objaw choroby przynosi odpowiedni skutek. Jeśli nie przyniesie, znaczy, że się pomylił. Tymczasem mądry kaznodzieja, szczególnie ten, który głosi cuda, w ogóle w takie dywagacje nie wchodzi. Jeśli masz raka i wyzdrowiejesz to znaczy, ze Bóg cię kocha i cię oszczędził. Nic to, że rękoma lekarzy i za ich sprawą. Jeśli jednak mając tego samego raka nie wyzdrowiejesz i umrzesz – okazuje się, że Bóg cię kocha i..., wezwał cię do Siebie. W obu przypadkach Bóg wygrywa (sic!)

  Próbowałem sobie wyjaśnić jakoś ten cud z Hiroszimy. Znalazłem kilka opisów tego wydarzenia, na zupełnie innych portalach, najczęściej na blogach, które opisują tę historię jata w jotę, i co warto zauważyć, są to portale i blogi tylko katolickie. Już sam ten fakt powinien wzbudzić ostrożność, tym bardziej, że różnią się one... ilością ocalałych zakonników. Okazuje się, że ten ich kościół wcale nie ustrzegł się zniszczeń, a owi zakonnicy zostali przysypani gruzem, który ochronił ich przed promieniowaniem i efektem cieplnym wybuchu. I nie prawdą jest, że nic im się nie stało, wszyscy byli ranni (od walących się murów) a dwóch z nich jednak zapadło na chorobę popromienną. Nie byli też jedynymi ocalałymi, bo na terenie bliżej epicentrum przeżyło około czterystu pięćdziesięciu Japończyków. Pozwolę sobie zacytować jeden komentarz: „Właśnie jestem w Hiroszimie. Historia opisana na tej stronie to bajka. Zapraszam do muzeum bomby atomowej, kustosz wystawy a także osoby które przeżyły, byłyby zdziwione, gdyby usłyszały jakie bzdury są wypisywane [o tym cudzie – dopisek mój]4.

  Cóż, stać mnie tylko na jedną puentę – Bóg cię kocha, szczególnie wtedy, gdy uwierzysz w cuda, nawet jeśli mocno naciągane.