czwartek, 15 czerwca 2017

Czyńcie sobie ziemię poddaną



  Zaczęło się od protestu ekologów w Puszczy Białowieskiej, a może wcześniej, gdy minister Szyszko zdecydował się na wycinkę drzew. Nie za bardzo chcę wnikać w to, kto tu ma rację, choć muszę przyznać, że jestem po stronie ekologów. Mieszkam na skraju czegoś, co oficjalnie nazywa się „Puszczą Notecką”, a de facto powinno się nazywać plantacją sosny. Byłbym skłamał, gdybym twierdził, że ta plantacja mi się nie podoba, niemniej uważam, że określenie „Puszcza” jest tu ewidentnie nadużyciem. Wszędzie widać działania ludzkiej ręki, nawet ambony są ludzkim tworem...

  Drzewa w idealnych szeregach na połaciach rozdzielonych siatką idealnie prostych ścieżek i wizurek przecinających się pod kątem prostym, przywodzą na myśl plantacje winorośli czy sadów owocowych. Do tego raz za razem słychać odgłos pił mechanicznych. Nic dziwnego, skoro drewno wciąż jest materiałem pilnie poszukiwanym. Na szczęście gołe zręby są po okresie roku, najdalej dwóch, obsadzane młodymi, staranie wyselekcjonowanymi sadzonkami (sam przez kilka lat sadziłem). W tej „Puszczy” nie ma przypadkowości ani prawdziwej naturalności, nie tylko wśród drzewostanu ale i dzikiej zwierzyny. Tej drugiej musi być tyle, aby myśliwi mieli czasami okazję spełnić swoje strzeleckie (by nie napisać zabójcze) zachcianki, podobno po to, by nie czyniła szkód na polach okolicznych rolników. To się dumnie nazywa „regulacją” pogłowia. W efekcie tej regulacji oraz nadmiernego, niekontrolowanego wzrostu myśliwych (a tu selekcja „pogłowia” byłoby wskazana bardziej), dziś zobaczyć dzika czy sarnę graniczy z cudem. Na szczęście wciąż mamy w tym kraju jedną puszczę, która na to miano w pełni zasługuje, choć po decyzjach ministra Szyszki może się okazać, że owo „mamy” będzie zastąpione słowem „mieliśmy”.

  Zupełnie niespodziewanie spór o Puszczę Białowieską przybrał charakter sporu ideologicznego. Argumentem ekologów jest postępująca degradacja naszego środowiska, zaś leśników z klanu Szyszki obawa przed kornikiem. W spór włączyły się również środowiska katolickie ze swym biblijnym przesłaniem: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Mnie to nie dziwi, bo ów klan leśników Szyszki jest ściśle związany ze środowiskiem o. Rydzyka, a wszem i wobec wiadomo, że ten ostatni ma dziś decydujący głos w tym kraju już nie tylko w sprawach wiary, ale również w sprawach politycznych i gospodarczych. Do tego momentu jeszcze nie ma niezdrowej sensacji.

  Ta wybucha dopiero w momencie gdy głos w sprawie zabrał ks. prof. dr hab. Tadeusz Guz na konferencji naukowej „Jeszcze Polska nie zginęła – wieś”1. Ja nie polecam oglądania relacji wideo, gdzie przez dwie pierwsze minuty trzeba słuchać przesłodzonych słów powitania wszystkich gości, tak przesłodzonych, że chce się wymiotować, choć później jest ciekawie, tak ciekawie, że nóż w kieszeni się otwiera. Choć, co niektórzy słuchacze tego wykładu zasnęli, ja to wszystko wytrzymałem, bo ja jestem niesłychanie spokojny i cierpliwy człowiek. W najbardziej z możliwych skrótów:
- ekologowie to diabeł wcielony, który deformuje umysły i charaktery ludzi;
- ekologizm to zielony, ateistyczny, nihilistyczny (?), materialistyczny neokomunizm (sic!), negujący Boga, i tu uwaga: Boga stworzyciela Polaków i Polski (ciekawe kto stworzył niePolaków i niePolskę?);
-
Neomarksistowski (czytaj: ekologiczny) nurt myślenia przechodzi dalej od totalnej opozycji względem Boga Objawionego do przejściowej animalizacji człowieka, aby go jednak ostatecznie doprowadzić do całkowitej zagłady (sic!).
- prawdziwą troskę o naszą ziemię przejawiają myśliwi wyrażającą się w kultywowaniu tradycyjnych obrzędów (sic!)

  Ale jest jeszcze ciekawiej. Oto dziś czytam, na tym samym portalu, na którym udostępniono powyższy wykład, artykuł2 ks. Artura Stopki (już nie prof. dr hab.), w którym są cytowane słowa papieża Franciszka: „Zachęcam wszystkich chrześcijan, aby ukazali jasno ten wymiar swojego nawrócenia, pozwalając, by moc i światło otrzymanej łaski obejmowały także relacje z innymi istotami i otaczającym światem, budząc owo cudowne braterstwo z całym stworzeniem, którym tak wspaniale żył święty Franciszek z Asyżu”. I masz babo placek, bo skąd wiedzieć, który z tych kaznodziei ma rację, skoro obaj z tego samego Kościoła?
Warto tutaj wspomnieć o przytoczonej w artykule historii z 1935 roku, zwanej „Czarną Niedzielą”, kiedy to doszło do niespotykanej burzy pyłowej, która pozbawiła miliony rolników domów oraz uprawnej ziemi. A wszystko za sprawą nadmiernej eksploatacji amerykańskich Wielkich Równin. Pewnie dziś minister Szyszko wytłumaczyłby to, sorry, uzasadnił, efektem koniecznych korytarzy przewietrzania, jakie chce utworzyć nie tylko w Puszczy Białowieskiej, ale nawet w miejskich parkach.




poniedziałek, 12 czerwca 2017

Piekielnie tanie smsy



  Ja już naprawdę nie wiem. Przy porannej kawie, oddając się bez reszty penetrowaniu netu, dowiedziałem się, że na pewno opętał mnie diabeł. On tak właśnie działa, że blokuje w nas wiarę w jego istnienie. To może być coś na rzeczy, bo ja ostatnio pisałem o pustym piekle z pozycji człowieka, który w diabła nie wierzy. Jeszcze wprawdzie nie mówię obcymi językami, jeszcze mnie nie dopadają drgawki i konwulsje, i wciąż nie potrafię zmieniać głosu, ale kto go tam wie, może się we mnie usadowił na dobre?

  Tak przynajmniej zapewniają mnie egzorcyści, profesjonalni wyganiacze diabłów z ludzkich ciał. W Polsce jest ich stanowczo za mało, bo tylko niespełna setka, więc gdybym tak zechciał się zapisać na ich świadczenia, kto wie na kiedy wyznaczyliby mi termin. Tym samym muszę żywić tego pasożyta, choć on podobno duch (zły) i właściwie żreć nie musi. Jemu wystarczy satysfakcja z tego, że w niego nie wierzę. O tym pisze do mnie jeden z tych egzorcystów, ks. Marian Rajchel1, który autorytatywnie stwierdza, że dostał smsy od diabła, więc trudno mu nie wierzyć. On je zapisał w pamięci swojej osobistej komórki, tym samym ma niepodważalny dowód. I powiem szczerze, nomen omen jak na spowiedzi, że chciałbym wiedzieć z jakiej sieci komórkowej korzysta ten szatan? Musi być doskonała, o pełnym zasięgu nawet na niematerialne istoty. Chętnie skorzystałbym z tej sieci i darmowych telefonów, reagujących na głos, z translatorem na wszystkie możliwe języki i od razu ze spisem wszystkich egzorcystów. Do tego prawdziwa okazja: 666 darmowych minut do wszystkich parafii w Polsce i całej Europie (bez roamingu)! Niemal jak owo tytułowe reklamowe hasło: piekielnie tanie smsy...

  Świat idzie do przodu, a ten postęp technologiczny, jak amen w pacierzu, jest na rękę wszystkim diabłom. Mogą teraz bez przeszkód rozpowszechniać bluźniercze treści, porno nie wyłączając. Dziś to się nawet dziwię, jak taki diabeł sobie radził w średniowieczu? Pamiętam sztukę teatralną „Zapomniany diabeł” w rewelacyjnej obsadzie (Anna Seniuk, Janusz Gajos, Jan Peszek i inni), zrealizowaną w Teatrze Telewizji w 1985 roku. Aż łezka w oku się kręci, na wspomnienie tych czasów, gdy telewizja publiczna (też reżimowa, choć inaczej) nadawała cykl wspaniałych sztuk teatralnych. W tym przedstawieniu zapomniany przez Piekło diabeł Maciej, był nawet sympatyczny, choć bardzo prymitywny. A może właśnie dlatego sympatyczny, że prymitywny? W każdym razie na niego wystarczyło kropidło zwykłego proboszcza. Dziś z diabłem mają problem nawet najzdolniejsi egzorcyści. Jak już nie potrafią sobie z nim poradzić, odsyłają opętanego do psychiatry..., a może na odwrót, co jest tu najmniej ważne. Ks. Marian opisuje, że nawet dziewczyny licealistki potrafiły rozpoznać, że jakiś chłopak jest opętany, a nie chory psychicznie: „bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał wszystkie nas pozabijać”. I tu mam problem, bo ja, jako opętany, bardziej bym patrzył na te dziewczyny pożądliwym wzrokiem. Widać ten mój osobisty diabeł to raczej taki zbereźnik niż zabójca.

  Ja ironizuję ale jest gorzej, zdecydowanie gorzej. Jak stwierdza inny egzorcysta, ks. Maciej (nie mylić z telewizyjnym wróżbitą) Gutmajer2, diabeł nie boi się kościoła, ma nawet sposób na przyjmujących komunię świętą. Pewna dziewczyna chciała przystąpić, ale diabeł straszliwie zawył... i rzucił nią o ziemię. Na dodatek, gdy w końcu udało się ją umieścić w podziemnej kaplicy, trzeba było zużyć kilka ręczników (nie wiadomo czy kąpielowych?), tak intensywnie pluła w twarz egzorcysty. A teraz najzabawniejsze. Egzorcystę uratował kawałek skarpetki (sic!)  Gdy włożył go pod głowę opętanej, diabeł znów zawył: „(...) weź tego Janka, weź to białe, zabierz to, bo śmierdzi!”. Cóż, skarpetka, nawet jeśli w kawałku, ma prawo śmierdzieć, szczególnie gdy używana, nawet jeśli nosił ją sam JP II, a relikwii, jak powszechnie wiadomo, prać nie wolno. Trochę to dziwne, że ten diabeł po imieniu z papieżem, ale cóż ja mogę na ten temat wiedzieć? Natomiast biedna ta dziewczyna. Diabeł chwili nie wytrzymał, a ona jeszcze półtora roku musiała profilaktycznie wąchać ten kawałek skarpetki...



sobota, 3 czerwca 2017

Słowo na niedzielę - Apokatastaza



  Ostatnio pisałem o idei wiecznego zbawienia, bardziej o wiecznej szczęśliwości, której nie sposób sobie wyobrazić, czyli o Niebie. W moim, osobistym odczuciu to Niebo niewiele różni się od piekła, przede wszystkim właśnie dlatego, że jest niespójne. Z tym porównaniem do piekła jednak się myliłem, choć nie zmieniam zdania, co do istoty Nieba. Piekło jest zdecydowanie inne, choć też wieczne.

   Niejaki Orygenes, już w trzecim wieku naszej ery doszedł do wniosku, że jeśli piekło istnieje, należy mieć nadzieję, że jest puste. Ta idea odżyła w XX wieku i ochrzczono ją mianem Apokatastazy. Bo skoro Bóg jest niewypowiedzianie miłosierny, nie może być jednocześnie tak okrutny, by skazać ludzi na wieczne potępienie. Według tej tezy, w ujęciu lekko sarkastycznym, część teologów jest przekonana, że już On tam coś wymyśli, aby piekło było jednak puste. Coś w tym jest na rzeczy, bo jest obszerna lista świętych, którzy na pewno znaleźli się w Niebie, nikt jednak nie chce stworzyć listy ludzi, którzy na pewno w piekle się znajdują. Nawet z takimi zbrodniarzami jak Hitler czy Stalin. Sprawa jest na tyle ciekawa, gdyż większość teologów optuje za tym, iż jeśli nawet największy grzesznik pojedna się z Bogiem tuż przed śmiercią, po okresie kwarantanny (czytaj: pobycie w czyśćcu) szanse na zabawienie ma. A jeśli się nie pojedna?

  Gdzieś wyczytałem o pewnym paradoksie. W Niebie powinniśmy być bezgranicznie szczęśliwi. Czy jednak ta bezgraniczność jest możliwa, jeśli ktoś nam bardzo bliski (mąż, żona, dziecko, rodzic, a najprędzej kochanek lub kochanka) znajdzie się w piekle, albo nawet na kilkaset lat w czyśćcu? Większość z nas cierpi, gdy taką bliską osobę spotka już na ziemi jakieś nieszczęście. Jak być szczęśliwym przez wieczność, wiedząc, że ktoś taki cierpi równie wieczne męki? To jest możliwe, jeśli przestaniemy kochać, jeśli sprawimy, że nasze serce zmieni się w nieczuły kamień w krainie... podobno wypełnionej miłością. Tylko jak sobie wyobrazić Niebo pełne prawdziwych, bezkompromisowych egoistów, zatwardziałych serc, nieczułych na żadne cierpienie? Innymi słowy, idea Nowej Ziemi bez cierpienia i zła, w kontekście istnienia zapełnionego piekła wydaje się niemożliwa do zrealizowania.

  Chrześcijaństwo próbuje jakoś sobie poradzić z tym pustym piekłem, bo idei piekła nie jest w stanie się pozbyć. Religie nie bardzo ufają wiernym. Im jest potrzebny straszak w obawie przed postawą: hulaj dusza, piekła nie ma. Obawa mocno na wyrost, gdyż w religiach nie wywodzących się od Starego Testamentu, gdzie idei piekła nie ma, jakoś nie wszyscy hulają, a religie z piekłem, nie są wolne od hulaków. Tłumaczy się więc ten aspekt możliwością posiadania nadziei, nadziei na zbawienie wszystkich, a w dodatku katolik nie ma obowiązku wierzyć, że w piekle znajdzie się choć jedna osoba (stąd brak owej listy obecności). Problem bowiem w tym, że takie automatyczne i przymusowe zbawienie jest sprzeczne z przekazem Ewangelii. Ładnie to ujął Jan Paweł II: „Potępienie wieczne jest z pewnością zapowiedziane w Ewangelii. O ile jest ono jednak realizowane w życiu pozagrobowym? To ostatecznie wielka tajemnica. Nie da się jednak zapomnieć, że Bóg pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy [1Tym 2:4]” Tyle, że problem zapełnionego piekła i konsekwencji jakie z tego wynikają nie znika. Ten sam Kościół, którego reprezentantem jest Jan Paweł II ze swą wiarą w Wielką Tajemnicę, z dziwną gorliwością rozpowszechnia wizje piekła „pełnego dusz, które niedowierzały, że piekło jest (Faustyna Kowalska)”.

  Aby było śmieszniej, generał jezuitów o. Arturo Sosa Abascal, stwierdził, że diabeł nie istnieje! Według jezuity szatan „jest tylko konstruktem myślowym mającym symbolizować zło”1, co z oczywistych względów zostaje przez fundamentalistów okrzyknięte herezją, na razie bez skutków kanonicznych. Tak na marginesie, ten sam generał stwierdził kiedyś, że „słowa Jezusa przeciwko rozwodom są względne i każdy może je ocenić zgodnie z własnym sumieniem. Dodał, że w czasach Chrystusa nie było urządzeń, które by zarejestrowały jego słowa”. A pismak, sorry, ewangelista, kilkadziesiąt lat po fakcie mógł pisać, co mu się żywnie podobało. Takie starożytne fake news...

  Że bluźnię? Chyba nie bardziej niż katolicki portal malydziennik.pl, który na słowa generała o nieistnieniu diabła zareagował tak: „Te słowa burzą - i to od podstaw - gmach wiary chrześcijańskiej i doktryny Kościoła. Jeśli diabeł jest tylko „symboliczną figurą”, to trzeba zadać pytanie o źródła grzechu pierworodnego, zła w świecie (bo przecież nie można przyjąć, że pochodzi ono od Boga, ani na to, że Bóg nie był w stanie stworzyć świata doskonałego), o wolność człowieka.”2 (sic!) Czyżby podstawą wiary chrześcijańskiej był diabeł?! I choć autor zaprzecza takiej interpretacji, okazuje się, że bez diabła „Antropologia chrześcijańska nie ma sensu [podkreślenie moje]. Jeśli diabeł nie istnieje, jeśli nie było grzechu pierworodnego, to powstaje pytanie - albo o to, po co było Wcielenie, a także Męka i Śmierć Jezusa, albo - czy Bóg nie był w stanie stworzyć świata, w którym nie byłoby zła… W obu przypadkach chrześcijaństwo przestaje być religią racjonalną, rozumną, spójną”. Mnie się nie chce wierzyć jakich ja czasów dożyłem. Chrześcijanie sami podważają sens swojej wiary, a diabeł staje się tak samo ważny i konieczny dla wiary – jak Bóg. Sataniści powinni czuć się dowartościowani...


czwartek, 1 czerwca 2017

Dlaczego Bóg milczy?



  Uwielbiam Sławomira Zatwardnickiego. Ten absolwent wydziału teologii na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, publicysta, bloger, autor kilkuset artykułów oraz siedmiu książek, członek Towarzystwa Teologów Dogmatyków w Polsce oraz Stowarzyszenia Teologów Fundamentalnych w Polsce, zaangażowany w działalność ewangelizacyjną, formacyjną i apologetyczną sprawia, że mój ateizm jest mi coraz bardziej słodki...

  Trafiłem na jego obszerny esej „Czy bronić Boga, skoro On sam się nie broni?”1, zamieszczony na portalu katolik.pl, portalu, który uważam (bez żadnych podtekstów), za jeden z najwartościowszych w odniesieniu do wiary. Tam na pewno nie znajdzie nikt bredni jakie serwuje portal Fronda.pl czy malydzienniczek.pl (oba sygnowane nazwiskiem Terlikowskich). Nieraz pisałem, że mam szacunek do wierzących, przede wszystkim tych, którzy pewnie podpisaliby się pod wieloma artykułami na tym katolickim portalu. Oczywiście, i tam trafiają się „perełki”, ale jedno trzeba oddać, trudno większości artykułów coś zarzucić, gdyż argumentacja jest „mocna”, a już na pewno nie „głupia”. Ponieważ, jak wspomniałem, esej jest obszerny odniosą się tylko do wybranych fragmentów.

  Rozpocznę od cytatu: „Z jakiego powodu miałbym wierzyć w Boga, skoro nie da się dowieść Jego istnienia? Ktoś bardziej dowcipny wyraził ten poważny przecież zarzut w formie tyleż żartobliwej, co rzeczywiście dającej do myślenia: Za stary już jestem na to, żeby się z Bogiem bawić w chowanego”. Rzekłbym: to coś o mnie, choć ja te wątpliwości przeżywałem, nim jeszcze stałem się stary. Zatwardnicki  wysuwa dość kontrowersyjną tezę: „(...) wiara, dar Boży, choć nie opiera się na rozumie, nie może bynajmniej obyć się bez niego; jednocześnie rozum dostrzega, że musi oprzeć się na wierze, aby odkryć horyzonty, do których o własnych siłach nie mógłby dotrzeć” Pierwsza część tej tezy opiera się na fideizmie, który daje prymat wiary nad rozumem. Nie potrafiłbym w ten sposób funkcjonować, ale nie będę w to wnikał. Natomiast druga część tezy budzi już mój sprzeciw, bo o ile dobrze rozumiem wiara jest akceptacją niematerialnej postaci Boga. Ta koncepcja Boga nie jest mi do niczego potrzebna, o czym coraz mocniej przekonuje nas teraźniejszość. Prawdziwy horyzont rozszerza się tylko dzięki rozumowi, wiara raczej go ogranicza, opóźnia jego rozszerzanie, co odzwierciedlały epoki odkryć astronomicznych i medyczno-biologicznych. Dziś też mamy silny sprzeciw religii wobec zdobyczy nauki, szczególnie w tych kwestiach, gdzie w grę wchodzą zagadnienia etyczne i światopoglądowe.

  Jest pytanie, choć nie ja je postawiłem, które rzeczywiście może sprawić kłopot nie tylko ateistom: „Czy Boga rzeczywiście nie ma?” Naiwność tego pytania jest tylko pozorna. Bóg wydaje się dziś milczeć i niech nikogo nie zwodzą podobno liczne prywatne objawienia nawiedzonych mistyków i wizjonerów. Tak naprawdę one dotyczą drugoplanowych postaci religii (Maryja i święci), a nawet jeśli (jak w przypadku Faustyny Kowalskiej), są to wizje (wszystkie) mocno wątpliwe. Sam Zatwardnicki stwierdza wprost: „(...) relacji między osobami (w tym także w relacji Bóg - człowiek) w ogóle być nie może [podkreślenie moje]. Prawdziwe i dogłębne poznanie drugiej osoby zawsze wymaga naszego uczestnictwa i zaangażowania się w jej tajemnicę. Tutaj, podobnie jak gdziekolwiek indziej, prawdziwy obiektywizm uzyskuje się za pomocą zaangażowania”. Wracamy do początku – najpierw musisz uwierzyć, później się mocno zaangażować, a w końcu możesz liczyć na poznanie, które jest tylko projekcją wierzącego, ale i tak nikt na to gwarancji nie daje. Bóg dziś milczy, a ze słów Zatwardnickiego można wysnuć wniosek, że winien temu jest nowy (wojujący) ateizm, jako uosobienie biblijnej postaci Piłata (sic!) Pisze: „Na myśl przychodzi od razu milczenie Boga postawionego przed sceptykiem Piłatem. (...) być może Bóg nie tyle dziś milczy, ile jest niejako prowadzony na ukrzyżowanie”. Można i tak, ale panie Zatwardnicki, to jest szyte tak grubymi nićmi, że aż śmieszne. Pewnie dziś tych piłatów jest multum, ale to nie oni czekają na głos Boga. Czekają niezliczone rzesze wiernych. Pozwolę sobie na ironię: czyżby Bóg zabrał swoje zabawki, bo ateiści, będący w zdecydowanej mniejszości, nie chcą się z nim bawić? Procentowo Jezus w czasach swojej obecności na ziemi miał zdecydowanie więcej oponentów, a mimo to głosił Słowo Boże świadomy, że to się dla niego, jako człowieka, źle skończy.

  Jeszcze jedna teza Autora, która mnie zdumiewa do tego stopnia, że zaczynam wątpić. Nie w ateizm, ale w logikę Zatwardnickiego. Pisze: „(...) prawdziwy obiektywizm uzyskuje się za pomocą zaangażowania, a nie sztucznych prób zdystansowania się wobec rzeczywistości. I właśnie tego zaangażowania, ba, na ogół nawet śladu cienia pragnienia takiego uczestnictwa w tajemnicy Drugiego nie widać w przypadku reprezentantów dogmatycznego ateizmu. (...) taki udawany sceptyk, którego nie stać na dogłębne poszukiwania, a który zadowala się szybkim rozwiązaniem kwestii "hipotezy Boga", musiałby być przymuszony do spotkania Wszechmogącego, ale to z kolei, z natury relacji międzyosobowej, nie jest możliwe”. Wyjaśnijmy po kolei. Według Słownika Języka Polskiego obiektywizm to „w ontologii: pogląd, zgodnie z którym przedmiot poznania istnieje poza podmiotem poznającym i niezależnie od niego; w aksjologii: stanowisko, które przypisuje wartościom istnienie niezależne od świadomości”2, innymi słowy zaangażowany obiektywizm jest sprzeczny z definicją obiektywizmu, tym samym nie może istnieć, bo to jest logiczna sprzeczność. Jeśli nawet istnieje dogmatyczny ateizm, to tym bardziej trudno wymagać od niego zaangażowania do uczestnictwa w tajemnicy Drugiego. Jak można zgłębiać tajemnicę Kogoś, kto dla zgłębiającego nie istnieje? Proponuję, znów nie bez ironii, autorowi tego żądania zbadać... tajemnicę jednorożca. Pominę inwektywę udawany sceptyk, gdyż sceptyka, szczególnie w odniesieniu do dogmatów wiary, nie sposób udawać, ale skoro sam Zatwardnicki stwierdza, że spotkanie z Wszechmocnym nie jest możliwe, do czego w takim razie chce przymusić ateistę?

  Esej Zatwardnickiego na tym się nie kończy, być może pokuszę się o dalszą jego krytykę, bo aż mnie korci. Powtórzę za wstępem: takie argumenty, jakie przedstawił Zatwardnicki utwierdzają mnie w przekonaniu, że wiara nie ma w sobie nic z racjonalności, a już tym bardziej nie powinna się podpierać rozumem, co w niczym jej nie umniejsza. Jednak w odróżnieniu od Zatwardnickiego, z samej wiary nie mam zamiaru szydzić, tak jak on próbuje zdewaluować ateizm.  W końcu wiara to wybór, choć nie zawsze do końca świadomy, dlatego że jesteśmy nią najczęściej indoktrynowani w czasie, kiedy nie stać nas jeszcze na jej zrozumienie. Bo czy tak naprawdę wiara potrzebuje zrozumienia? Może, ale na pewno tylko nielicznym.