poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Bluźniercy, idziemy po was!




  Prof. Pawłowski twierdzi, że „Z natury jesteśmy teistami, wiarę mamy wdrukowaną w mózg. To bycie ateistą wymaga dużego wysiłku, niejako zerwania z naturą”1. I dodaje, że „(...) ci, którzy się nie boją Boga muszą być chyba nienormalni”. I ja się pod tymi stwierdzeniami podpisuję, nawet o tej nienormalności, bo normalność nie zawsze znaczy poprawność czy prawdziwość, czasami jest nią li tylko stereotypowość.

  Nie tak dawno Jarosław Kaczyński spotkał się z ks. Rydzykiem na antenie Telewizji Trwam, gdzie wypowiedział dość znamienne słowa: „Obronimy Polskę, ojcze dyrektorze! My to traktujemy jako swoją misję [podkreślenie moje]. (...) Jesteśmy rzeczywiście ostatni [prawdziwi chrześcijanie – dopisek mój], ale to nie oznacza, że nasza twierdza zostanie kiedykolwiek zdobyta. Musimy ją obronić dla Polski, dla Polaków i dla Europy. Po prostu dla ludzkości. Nie chcę wchodzić w nieswoją rolę, no ale szatan chodzi po świecie”2. I tu już zaczynam mieć problem z tą wdrukowaną wiarą w nasz mózg. Po prostu ta misja mnie osobiście przeraża. Dla większości wierzących katolików szatanem to nie tylko upadły anioł, ale również wszyscy ci, którzy są niewierzącymi lub wierzącymi inaczej, gdyż w nich szatan wstąpił. Łatwo stąd wyciągnąć wniosek, że J. Kaczyński, wespół z swymi poplecznikami, oraz T. Rydzyk z swymi fanami (fanatykami), będą bronić Polski przed takimi jak ja i mnie podobnymi. Rodzi się pytanie o metody tej obrony. Pewnie do masowej eksterminacji nie dojdzie, choć w kontekście słów z tego samego wywiadu: „Mam nadzieję, że te starania nam przyniosą ostatecznie efekty”, to wcale nie jest takie pewne. Mnie się to dziwnie, choć przypadkowo, kojarzy z „ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej”. Bardziej realne wydają się być dwa inne rozwiązania: masowa deportacja, co już niektórzy posłowie i posłanki PiS publicznie sugerowali, czy zamykanie w obozach resocjalizacyjnych. Można powiedzieć, że fantazjuję i szczerze powiedziawszy sam bym chciał, aby to było science fiction.

  Problem w tym, że na pewnym portalu katolickim natrafiłem na dwa dziwne w swej wymowie artykuły. Pierwszy nosi tytuł „Deus vult albo śmierć Europie”, drugi „Bluźniercy, idziemy po was!”. Wprawdzie hasło „Deus volt” jest ściśle związane z krucjatą wobec islamu, jednak autor, Michał Wałach ewidentnie nawołuje do przywrócenia rycerski ideałów zbrojnej walki z niewiernymi. Pisze: „Daleko od ideałów rycerskich są liczni katolicy, od wiernych, przez księży i biskupów, na papieżu skończywszy. A przecież zwołujący I krucjatę Ojciec Święty Urban II jest dzisiaj błogosławionym, a twórca zwycięskiej pod Lepanto Ligi Świętej Pius V – świętym”3. Nic innego, szlachetna i zbrojna walka z niewiernymi prowadzi do świętości. W podobnym stylu, już bez odniesienia do islamu lecz konkretnie do niewiernych-bluźnierców, odnosi się Krystian Kratiuk: „Gdybyśmy byli społeczeństwem prawdziwie katolickim, nie umieścilibyśmy w naszym kodeksie karnym absurdalnego przepisu o obrazie uczuć religijnych, ale zawarlibyśmy zapis mówiący o ściganiu z urzędu bluźnierstwa – obrazy Pana Boga!”4. Wprawdzie po tym tekście nasuwa mi się pewna wątpliwość, gdyż najpierw należałoby udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że Bóg istnieje, co jeszcze nikomu się nie udało, nawet najwybitniejszym teologom. Wiara w Boga już z definicji jest domniemaniem. Nawet będąc najbardziej przekonanym, wciąż jest to tylko domniemanie. Powinienem się cieszyć, że gorliwy katolik wreszcie mówi prawdę o obrazie uczyć religijnych, mówiąc o absurdzie tej konstrukcji, rzecz w tym, że pobudki takiej oceny są zupełne odmienne od moich. Dla niego ten zapis jest po prostu zbyt mało restrykcyjno-represyjny.

  Na tym samym portalu pojawił się wczoraj jeszcze jeden, ciekawy w treści artykuł: „Chrześcijanie potrzebują ducha Wandei, aby przeciwstawić się ateizmowi”5. Przypomnę niezorientowanym. W departamencie Wandei wybuchło zbrojne powstanie przeciw Rewolucji Francuskiej. Samo krwawe, równie krwawo i brutalnie stłumione. Czytamy: „Kiedy chodzi o Boga, nie może być żadnego kompromisu. Wandejczycy nauczyli nas stawiać opór wszystkim rewolucjom”. Autor tych słów, kard. Robert Sarah mówi wprawdzie, że ten opór ma polegać na modlitwie, ale ów brak kompromisu brzmi dość dwuznacznie, tym bardziej, że podobno „praktyczny ateizm tłumi w nas życie” (sic!). Tylko we mnie rodzi się przekonanie, że jest akurat na odwrót. To religie tłumią w nas prawo do życia zgodnie z naszymi potrzebami i pragnieniami.

  Za epilog niech posłuży krótka historia, związana z moim pobytem w szpitalu. Do sześcioosobowej sali „ładuje się” się ksiądz z pytaniem, czy ktoś chce przyjąć komunię św. Ja to rozumiem, choć nie do końca, bo w szpitalu jest kaplica, gdzie co drugi dzień odprawia się mszę św., a wszyscy chorzy na sali są osobami „na chodzie”, przynajmniej w kwestii palenia papierosów. Ja zaś nie za bardzo przez pierwsze dni. Jest dwóch chętnych, reszta przynajmniej udaje – wstają, jeden klęka. Tylko ja, ta czarna owca, nie reaguję w ogóle i przeglądam sobie net, co przecież w niczym nikomu nie powinno przeszkadzać. Już po całej ceremonii mój wzrok napotkał wzrok księdza. Zapewniam, że ani miłości, ani współczucia w nim nie było, wręcz przeciwnie. Niemal słyszałem jak z wyrazem oburzenia chce mi powiedzieć, że mógłbym się chociaż przeżegnać. I tak co drugi dzień. Nawet miałem ochotę wychodzić na ten czas, tylko niby dlaczego? Z nas dwóch, to on był intruzem, bo szpitalna sala dla chorych nie jest kościołem, choć dziś do końca wcale nie jestem tego taki pewien.



 

piątek, 11 sierpnia 2017

Z dedykacją dla KnittingDays i Olimpii Werol



  Przyznam ze zdumieniem, że tego się nie spodziewałem. Mój, w gruncie rzeczy ateistyczny blog, ateizm propagujący, stał się miejscem poważnej dyskusji na temat relacji człowieka z Bogiem oraz próbą zrozumienia cierpienia w odniesieniu do tej relacji. I to w aspekcie w pełni religijnym. Cóż, zgodnie ze staropolską gościnnością, która we mnie nie tyle wynika z tradycji, ile z osobistej potrzeby, nie powiem złego słowa.

  Poszło o jedno moje stwierdzenie zawarte w odpowiedzi na pewien komentarz: „Nie wolno mieszać Boga z cierpieniem”. Przyczyna jest prozaiczna. Skoro ma być Stwórcą wszystkiego, trudno nie nazwać kogoś, kto zsyła na nas cierpienie – inaczej niż sadystą. Tymczasem darzy nim obficie, często z zupełnie niezrozumiałych przyczyn. Tego niestety nie sposób usprawiedliwić, nawet enigmatycznym niezbadane są wyroki boskie czy równie popularnym nie znamy zamiarów Boga. Szczególnie to ostatnie twierdzenie rodzi zastrzeżenia, którego moje Czytelniczki zdają się zupełnie nie dostrzegać lub, o co je nie posądzam, całkowicie je ignorują. Skoro bowiem nie znamy zamiarów i motywów działania Boga, stwierdzenia typu „W miarę poznawania [podkreślenie moje] Boga rośnie nasza wiara i miłość do Niego”1 jest zaprzeczeniem faktu, że człowiek nigdy nie będzie w stanie zrozumieć i poznać istoty Boga. Nawet światli filozofowie, ze wskazaniem na teologów, są tutaj zgodni. Upraszczając: człowiek jest zbyt malutki, by Go pojąć. Co więc możemy powiedzieć o Bogu? Paradoksalnie wszystko, wszystko to, co sami sobie o Nim wymyślimy, a ponieważ nasza fantazja nie zna granic, mówimy o Nim w kategoriach absolutu. Absolutnie dobry i miłujący, absolutnie wszechmogący, absolutnie wszechwiedzący, itd., itp. Problem w tym, że jest jedna rzecz, która w tym absolucie się nie mieści – cierpienie i jego rzekomy sens – bo musielibyśmy powiedzieć, że Bóg jest też absolutnie okrutny i sadystyczny. W jednym z komentarzy Aisab pisze: „Jej (Matki) męczeńskie życie i cierpienie miało sens. Nauczyło nas wszystkich pokory”. Nie znam szczegółów, ale nigdy nie pokochałbym kogoś, kto skazałby mojego rodzica na męczeńskie życie i cierpienie tylko po to, by mnie czegoś nauczyć, a tym bardziej pokory. Pokory względem... okrutnika?

  Jestem świeżo po lekturze książki Michaela J. Backley’a SJ, dyrektora Jesuit Institute przy Boston College, „Ateizm w sporze z religią”. Nie, to nie będzie recenzja, ani nawet streszczenie. Odniosę się do jednego poruszanego w niej wątku, dotyczącego Ludwiga Feuerbacha, studenta teologii, późniejszego ateistycznego filozofa. Przeszedł dość podobną drogę do mojej, którą da się streścić jednym krótkim zdaniem: „Bóg był moją pierwszą myślą, rozum drugą, człowiek trzecią i ostatnią”2. Feuerbach posługuje się trzema argumentami, które tłumaczą zjawisko religijności: ludzka samoświadomość, atrybuty Boga są ludzkie, Bóg (jako wyobrażenie) jest przeciwnikiem człowieka. Ta samoświadomość tworzy Boga i religię, zaś wszystkie atrybuty Boga wyprowadzone są z wyidealizowanych i nieosiągalnych w sposób doskonały cech ludzkich. W ten sposób człowiek przez religię pozbawił się tego, co czyni Boga doskonałym. Bóg staje się świętym, ludzie są grzeszni. Bóg jest czysty, ludzie są zepsuci. Bóg jest mądry, ludzie są głupi. Feuerbach dochodzi do wniosku, że istnienie Boga jest poniżeniem człowieka. Boskość ograbia ludzi z tego, co jest w rzeczywistości ich. „Dla wzbogacenia Boga człowiek musi zbiednieć. By Bóg mógł być wszystkim, człowiek musi być niczym”3. Innymi słowy, człowiek nie dostrzega tego, do czego doprowadziła samoświadomość, tworzy fałszywe iluzje, stale podtrzymywane przez teologię. Religijni myśliciele odwracają kolej rzeczy – projekcja Boga, niemożliwa do realizacji bez samoświadomości człowieka, ma być przyczyną jej istnienia. Bóg by nie istniał, nawet gdyby faktycznie istniał, jeśli nie byłoby naszej samoświadomości.

  Podejrzewam, że powyższy akapit może wydawać się wierzącym obrazoburczy. Ale to mistyk, poeta, nie kto inny jak święty Jan od Krzyża, święty katolicki, anglikański, czczony przez Kościół ewangelicko-luterański stwierdza zupełną nietrafność religijnego doświadczenia, religijnej świadomości. Nasze rozumienie jest ograniczone tym, kim jesteśmy, a jesteśmy tylko ludźmi. „Człowiek przyjmuje boskość nie po Bożemu, lecz jedynie po ludzku i naturalnym sposobem. Nie pomogą żadne ćwiczenia, żadne rozmyślania o rzeczach boskich”4. Autorowi tych słów, do zrozumienia tejże boskości potrzebne było zbudowanie pojęcia łaski (jako niezbędna konieczność), przez innych utożsamiana z Duchem Świętym, który jest de facto personifikacją świadomości Boga, i co powtórzę – którego stworzyła nasza samoświadomość. Św. Jan Ewangelista pisze: „Boga nigdy nikt nie widział” [J 1,18], zapewniając w ten sposób, że poznanie boskiej istoty nie jest możliwe dla człowieka. A ponieważ tkwi w nas potrzeba religijności, zamykamy się w magiczno-mistyczno-religijnym kręgu. Do tego stopnia, że przestaje nas interesować jakakolwiek argumentacja, która mogła by nas z niego wyrwać. W nim czujemy się bezpieczni i uwolnieni od zadawania kłopotliwych pytań. Wolimy niezbadane, ponieważ to, czego poszukujemy góruje nad poznaniem i tkwi w mroku bezpiecznej niewiedzy. Użyję alegorii, przyklejamy na rajskim Drzewie Życia i Poznania nadgryzione jabłko, które tak niefrasobliwie zerwała Ewa, a którego smak ledwie zdołaliśmy zakosztować.

  Obie Panie upierają się przy innej fałszywej tezie – bez Boga nigdy nie poznamy czym jest dobro i miłość. Śmiem twierdzić, że jest dokładnie na odwrót, to Bóg uczy się od człowieka dobroci i miłości, i paradoksalnie czyni z nich absolut dla człowieka nieosiągalny. Gdyby człowiek sam nie sprecyzował tych pojęć, które później przypisał Bogu, nigdy nie osiągnąłby takiego stopnia rozwoju jaki istnieje dziś, ba, wątpliwe czy w ogóle by istniał. Wzajemnie byśmy się pozabijali, nie mając świadomości, że zabijanie jest złe i to wcześniej niż ukształtował się obraz Boga. Innym argumentem za tym, że to Bóg uczy się od ludzi, jest ewolucja moralności. To za sprawą niekoniecznie prawdziwie religijnych moralistów, człowiek porzucił rytualne zabijanie, zmienił stosunek do niewolnictwa, które było hańbą człowieczeństwa, uznał święte wojny za zbrodnię, zabijanie dla wiary z powodu jej braku za nonsens, czy ratowanie życia rannym i chorym za konieczność. Wreszcie ostatnia sprawa – człowieczy pęd do wiedzy, która czyni nasze życie znośnym. Gdybyśmy go stłumili, zdając się tylko na miłość i dobroć Boga, do dziś nękałyby nas takie pandemie jak dżuma,  cholera, nawet grypa zabijałaby nas równie skutecznie jak same wojny. Gorzej i okrutniej, śmiertelność najsłabszych i najbardziej bezbronnych – dzieci – wciąż kształtowałaby się na poziomie jednej trzeciej całej populacji (jeśli nie więcej). I choć to akurat drobiazg, pewnie tkwilibyśmy wciąż w epoce kamienia łupanego.

  Ze zrozumiałych względów nie potępiam ani tym bardziej nie wyśmiewam wiary moich Czytelniczek, mają do niej pełne prawo. Mnie tylko martwi wynikająca z tej wiary deprecjacja człowieka i człowieczeństwa. Ta wiara ma nas utwierdzać w przekonaniu, że człowiek z natury rodzi się zły, głupi, słaby, marny i grzeszny, i bez Boga z tych marności się nie wydostanie. Tylko czy z tego przekonania nie można wyciągnąć równie prostego wniosku, iż takimi właśnie stworzył nas sam Bóg? Stworzył bowiem nierozsądną Ewę, która dała się skusić Szatanowi i naiwnie głupiutkiego Adama, który Ewie uwierzył. Wolna wola nie ma w tym schemacie nic do rzeczy, a Bóg okazałby się po prostu partaczem.


Przypisy:
1 – https://antyfronda.blogspot.com/2017/08/cierpietnicy-ktorzy-chcieli-oszukac.html#comment-form
2 – „Ateizm w sporze z religią”, Michael J. Buckley, wydawnictwo WAM, Kraków 2009, str. 156
3 – ibidem str. 158
4 – ibidem str. 203


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Cierpiętnicy, którzy chcieli oszukać śmierć



  „Cierpiętnicy”, taki tytuł nadałbym operze mydlanej, której scenariusz napisało życie, a której treść przekazały media, ze wskazaniem na net, co właściwie nie powinno dziwić, choć ten rodzaj „sztuki” prezentują przede wszystkim telewizje. To żaden fake news, żadna zmyślona historia, to się działo naprawdę. Tylko pozornie nastąpił jej koniec, bo jak każda opera mydlana i ta historia, choć już nie tak dramatyczna, pewnie jeszcze długo nie będzie mieć końca.

  W tym miejscu zaczyna się moja przekora, sarkazm, ironia, a nawet złość i być może dziwne dla innych – wartości moralno-etyczne. Wszystko za sprawą Charliego Gard, o którym było głośno ostatnimi miesiącami, z tym, że tytuł odnosi się tylko do jego rodziców. Od razu uprzedzę, wszystkie dywagacje poruszone w poniższym tekście, wynikają z moich osobistych przemyśleń i w żadnym przypadku nie pretendują do kształtowania czyjejkolwiek opinii lub wpływania na nią. Ot, mam poważne wątpliwości natury moralnej, gdyż z jednej strony ogarnia mnie oburzenie graniczące z obrzydzeniem na ten cyrk, z drugiej, nie potrafię powiedzieć na sto procent, jak ja bym się zachował w takiej sytuacji, choć na pewno nie tak, jak rodzice tego dziecka. Trzeba bowiem sobie uzmysłowić, że cierpienie tego chłopca niemowlaka, któremu nie dane było przeżyć roku, na pewno nie było przez niego zawinione. W sensie religijnym, który wynika z uwypuklenia kontekstu całej historii, nie miał kiedy „zasłużyć” na taki wyrok, na taką karę za grzechy(?), chyba że uznać, że winnymi jego cierpienia byli sami rodzice, co wcale nie jest takie niemożliwe, skoro umarł na rzadką chorobę genetyczną. W myśl dawnych, może nawet wciąż w niektórych tkwiących religijnych poglądów na temat cierpienia, można by napisać, że mieliśmy do czynienia z karą międzypokoleniową. „Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze winę ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą” [2Moj 20:4-5; 5Moj 5:7-9]. Tak, to są słowa natchnionych autorów Biblii, zawierającej podobno tylko Słowa Prawdy. Aby nie było, że się czepiam, wszystkie chrześcijańskie (i nie tylko) portale zachwycają się postawą rodziców Charliego, ich religijnością i upartą sądową walką ze szpitalami o... bezsensowne przedłużenie życia śmiertelnie chorego, cierpiącego potworne męki, nieświadomego niczego chłopca. W imię czego? Przecież nie na chwałę Boga, ale dla najhaniebniejszego biznesu jaki można sobie wymyślić, medialnego biznesu opartego na cierpieniu i śmierci własnego dziecka.

  I niech nikt mi nie próbuje wmówić, że mamy tu przykład heroicznej miłości rodzicielskiej. Przy okazji walki Kościoła z metodą in vitro, wysuwano jeden ważny argument (nota bene – mnie nie przekonał), dziecko nawet rodzonych rodziców nie jest rzeczą, którą można chcieć na zasadzie zachcianki. Diagnoza choroby, choć w swej wymowie okrutna, była jednoznaczna i nie dawała Charliemu żadnych szans. Umierało w nim wszystko, a cokolwiek myśleć o medycynie, ta była bezradna, o czym rodziców Charliego poinformowano dość szczegółowo. Nie chodzi mi o to, że trzeba było poddać go eutanazji – trzeba było pozwolić mu umrzeć w naturalny sposób, sposób wręcz deklarowany przez wszystkie chrześcijańskie religie. Wiem, jestem w pełni świadomy, że taka decyzja boli, że jest trudna, żaden rodzic spokojnie nie będzie się godził na śmierć własnego dziecka, lecz tu nie wchodzi w rachubę żadna zgoda, wobec śmierci wszyscy jesteśmy bezsilni i całkowicie bezradni. Nasz sprzeciw wobec naturalnej konsekwencji życia nie ma najmniejszego sensu. A moi „bohaterowie”, rodzice Charliego? Widziałem kilka „rodzinnych” fotek. Wyglądają na szczęśliwych (w każdym razie rozpaczy w ich oczach na żadnej z oglądanych przeze mnie fotografii nie widać), przeważnie uśmiechnięci, pochyleni nad sztucznie podtrzymywanym życiem. Tymi fotkami zdobywają w necie pochlebców i sponsorów, sławę i medialny szum, bo podobno ich walka z bezradną medycyną jest... szlachetna (sic!)



  Tyle, że przy okazji rośnie stan konta bankowego. W niespełna rok, blisko półtora miliona dolarów! Taaak, podobno to będzie na inny szlachetny cel, wspieranie takich jak oni, którzy dla zaistnienia w świecie netu, poświęcą wszystko z wyjątkiem siebie. Wszak coraz częściej można przeczytać o naciągaczach na chore dzieci, bo choroba dziecka, szczególnie śmiertelna, jest tematem chwytliwym. Powstaje Fundacja, którą będą zasilać naiwni, ckliwi widzowie mydlanych oper. Teraz rodzice Charliego, głosząc pogadanki w czasie egzotycznych podróży po kraju i świecie będą udawać, tylko nie bardzo wiem co – nieszczęśliwych z powodu utraty dziecka, czy szczęśliwych, że skazali go na kilka miesięcy cierpień? Bo to nie do końca jest jasne. Urządzeni do końca życia, bo fundacja wprawdzie charytatywna ale za coś żyć trzeba. Będą żyć dobrze w glorii i chwale, gdyż odważyli się przeciwstawić podobno bezdusznej, szpitalnej klice, która nie chciała użyczyć aparatury podtrzymującej życie do ich prywatnego domu. Zbyt szybko chciano pozbawić ich show... tę aparaturę odłączając.

  Kuriozum sprawie dodaje pewien mało istotny, ale znamienny fakt. Tuż przed śmiercią Charliego ochrzczono i dano mu medalik św. Judy Tadeusza, tego od spraw beznadziejnych. Niech mnie ktoś sprostuje jeśli się mylę. Bo z tego co mi wiadomo, wg. Międzynarodowej Komisji Teologicznej, dzieci nieochrzczone i tak idą do nieba. Jest jeszcze w zanadrzu ceremonia pokropku, równorzędna chrztowi. Zaś ten medalik ma taką moc działania jak łyk wody z kałuży w leczeniu ostatniego stadium raka złośliwego z przerzutami. Nie, nie mam nic przeciw ceremonii chrztu, ani nawet temu medalikowi. Mój skrajny niesmak wynika z chucpy, jaka towarzyszyła temu wydarzeniu, ewidentnie ku uciesze fanów tej melodramatycznej, choć w gruncie rzeczy ohydnej historii. 

  Za puentę posłużę się cytatem: „zespół szpitala GOSH był zmuszony poprosić o dodatkowe wsparcie policji [w okresie batalii sądowych – dopisek mój], ponieważ lekarze i pielęgniarki otrzymywali listy z groźbami śmierci”. Tu komentarz jest już zbyteczny.



sobota, 5 sierpnia 2017

Klątwa „Klątwy”



  Nie wiem dlaczego wkurza mnie nagonka na „Klątwę”. W końcu nikt nikomu nie każe jej oglądać na siłę. Temat już kiedyś był u mnie (nie tylko) wałkowany i powinienem zapomnieć, a jednak „sprawę” ujrzałem w nowym, bardzo ciekawym świetle i zamierzam się trochę tym światłem podzielić. Właściwie nie przepadam u siebie za notkami zdobionymi licznymi fotkami, choć u innych nie razi mnie taka forma wypowiedzi. Tym razem odstąpię od swoich reguł.

  Ciśnie mi się na usta takie hasełko: „Kup sobie Jezuska w transakcji wiązanej z obrazą uczuć religijnych”. Niby połączenie kontrowersyjne, ale zapewniam, ja je z palca nie wyssałem. Nawet najgorszy celebryta (czytaj: diabeł wcielony) nie jest w stanie tak obrazić uczuć religijnych, jeśli takowe istnieją, jak sami chrześcijanie katolicy. I to wcale nie jest jakieś novum. Pamiętam czasy dzieciństwa z kościelnymi odpustami, gdzie szmira i tandeta królowały niczym w średniowieczu. Już wtedy brało mnie obrzydzenie. Czy dziś się coś zmieniło? Nie sądzę, może tylko środki wyrazu są bardziej obrazoburcze. Cały katolicki Kościół oburza się na profanację krzyża w sztuce teatralnej, której katolicy nie oglądają, ale w ogóle nie razi ich fakt, że niemal w każdym sklepiku z dewocjonaliami, w wielu księgarniach katolickich i na świątecznych odpustach profanuje się świętości na... tony! Zapewniam, że wybór dewocjonaliów jest mocno przeze mnie ocenzurowany, znajdywałem wręcz obsceniczne, którymi nie chciałem szpecić mojego bloga.

1. Na początek fajansowy talerzyk ze śniadankiem. Smacznego!
2. Śliczna zakonniczka, pewnie jako maskotka do egzaminu maturalnego:

3. A może jakiś papież, którego trudno skojarzyć (Franciszek?), a jeszcze trudniej odgadnąć przeznaczenie tego ustrojstwa:

4. Śliczny obraz w kształcie krzyża na ścianę w salonie. To chyba na Wielkanoc lub mięsopusty?

5. Tu już nie ma wątpliwości, piękna pamiątka z Częstochowy:
6. Jest i Matka Boska z Gwadelupy, praktyczna, do otwierania piwa:

7. Gustowne różańce dla małych dzieci:
8. Praktyczny krzyż-scyzoryk (jest też sporo krzyżyków do wieszania w samochodach):

9. Ten toster jest niezbędny w każdej religijnej rodzinie:
10. Na koniec pamiątka spowiedzi świętej (grekokatolicy?):

Aby moich Czytelników od-zniesmaczyć, tak pewnie zareaguje mój Anioł Stróż po lekturze tej notki:


  Ciekawe czy mnie ktoś oskarży o obrazę uczuć religijnych?


Przypisy:
Pierwsza fotka (talerzyk śniadaniowy) jest autorstwa Pawła Jaszczuka i pochodzi z: http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,22093170,krzyz-z-nozem-kup-sobie-jezusa-fotoreportaz.html, pozostałe znalezione w Google.