poniedziałek, 25 września 2017

Droga od ateisty do katolika



  Na katolickich portalach nie brak opowieści o tym jak ateista porzucił swój grzeszny światopogląd i nawrócił się na katolicyzm. Czasami czytam, aby zrozumieć tę przyczynę, choć mierzi mnie, że nie opisuje się znacznie większej ilości przypadków konwersji w drugą stronę. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że większość tych relacji jest po prostu zmyślona. Tym razem trafiłem na prawdziwą opowieść Sama Guzmana1.

  Ten faktycznie z ateisty stał się katolikiem i na tym się doskonale lansuje, nie tylko w Polsce. Rzecz w tym, że przyczyna tej transformacji wydaje się odrobinę dziwna i kontrowersyjna. Można by bowiem rzec: stało się to za sprawą pornografii i masturbacji (sic!) Sam G. przyznaje, że od czasu, gdy chodził do liceum, będąc oczywiście ateistą, wyrobił w sobie zwyczaj pożądania kobiet za pośrednictwem pornografii. Tylko nie do końca wiadomo, czy to przez liceum, czy bardziej przez ów ateizm? Można by wnioskować, że bardziej przez to drugie, gdyż kładzie na to silny nacisk, choć w grę wchodzi także nocne słuchanie radia, kiedy to jakaś młoda gospodyni (audycji radiowej, więc nie wiem skąd przekonanie, że młoda?) tłumaczyła mu, że pornografia i masturbacja są... dobrem i samym zdrowiem. Wtręt: nie będę już w tym tekście używał owego (sic!), bo musiałbym chyba po każdym zdaniu.

  Wróćmy do naszego biednego Sama. Biednego, bo cierpiał straszliwe męki z powodu tej pornografii i masturbacji. Popadł w chorobę lękową, ataki paniki i wreszcie w depresję. A ponieważ działo się to już w czasie studiów, to go już w tym momencie nie rozumiem. Będąc świadomym przyczyn tych zdrowotnych dolegliwości wciąż lgnął do tych nieczystych uciech? To już raczej ściemnianie, bo zafascynowany seksem pewnie już zaliczył niejedną panienkę. Jeśli nie, to albo był chorobliwie nieśmiały, albo szkaradnie brzydki. Patrząc na jego fotki oraz czytając jego teksty wykluczam i jedno, i drugie. Na szczęście dla niego znalazł trójkę przyjaciół, warto zaznaczyć – protestantów, którzy wytłumaczyli mu, że oglądanie pornografii jest grzechem. I tak po roku tej znajomości, Bóg wyciągnął go... najpierw tylko z ateizmu. Bo będąc ateistą nie miał najmniejszych szans wyrwać się z grzesznego nałogu oglądania pornografii i oddawaniu się masturbacji. Ale to nie koniec jego kłopotów, bowiem protestantyzm w terapii do czystości też okazał się mało przydatny. Poznał jakiegoś kolegę, baptystę, a ten w chwili szczerości też się przyznał do podobnych „przypadłości”, mimo że obaj się wspierali, pornografia i masturbacja wciąż ich mocno trzymała w swoich szponach. Dopiero gdy poznał i zaczął spotykać się z pewną katoliczką, gdy przeszedł na katolicyzm, i gdy odkrył „Elementarz teologii ciała” Jana Pawła II – z nałogów masturbacji i pornografii się wyzwolił. Prawda, że zdumiewające? Choć jak na mój rozum trochę zbyt skomplikowane. 

  Gdy byłem jeszcze katolikiem, w wieku nawet odrobinę młodszym niż ów Sam G, pornografia była trudno dostępna. O necie nikt nie słyszał, a „świerszczyki” z Niemiec były przywożone w takiej ilości, że „załapać się” na jakiś egzemplarz, było szczytem szczęścia i marzeń. Po kilku tygodniach wędrówek z rąk do rąk, kartki ledwie trzymały się razem, a i zdarzały się tragedie, gdy komuś przez nieuwagę rodzice taki skarb zarekwirowali. Ba! wstydem przed kolegami byłoby się przyznać, że się nie masturbujesz. Takich traktowano jak lekko niedorozwiniętych. Wszystko mijało jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy człowiek, wciąż młody i niedoświadczony, poznał dziewczynę, z którą pieszczoty nie kończyły się tylko na pocałunku. Pieszczoty, gdyż na prawdziwy seks trzeba było jeszcze poczekać, bo jednak baliśmy się niechcianej ciąży, jeszcze bardziej przedwczesnego ojcostwa. W to pewnie trudno dziś uwierzyć, ale swój pierwszy raz zaliczyłem dopiero mając dziewiętnaście, a może nawet dwadzieścia lat. Nie pamiętam też, czy wśród moich kolegów był jakiś ateista, to raczej wątpliwe. Niemniej jestem przekonany, że jego ścieżki doznań erotycznych byłyby takie same.

  Ktoś powie, że dziś jest wszystko na głowie z powodu netu, gdzie zalewa nas(?) fala pornografii. Tylko, że mnie się wydaje, iż ta opinia krąży za sprawą pewnych dewotów, którzy sami namiętnie oglądają porno, i wszystkich wokoło, a szczególnie młodzież o to posądzają. Wprawdzie mrzonką byłoby zaprzeczać, że mało kto z pornografią się nie zetknął, albo że ludzie, nawet dorośli, nie uciekają się do autoerotyzmu, ale nie róbmy z tego tragedii. To istniało chyba od zawsze a ilość seksoholików jest wprost proporcjonalna do ilości ludzi żyjących na tym ziemskim padole. Nasunęła mi się jeszcze jedna refleksja. W tamtych (moich) czasach żaden ksiądz katecheta na lekcjach religii (w salkach katechetycznych po za murami szkoły) nie wciskał nam kitu o grzechu nieczystości, nikt też nie zadawał nam pytań, czy oglądamy swoje zakryte części ciała, gdy szliśmy do I Komunii świętej. Pewnie było przez to normalniej. Owszem, kiedyś wychowawczyni w szkole podstawowej narobiła afery, że zbyt często trzymamy ręce w kieszeniach spodni, ale coś mi się zdaje, że tylko ona miała w związku z tym jakieś dziwne skojarzenia.





poniedziałek, 18 września 2017

Bóg cię kocha...



  Na wszelki wypadek uprzedzę – to tylko moje postrzeganie Bożej miłości. Potrzebowałem sporo czasu by przebrnąć przez kilkadziesiąt artykułów związanych z tym tematem, przy czym zaznaczam, że były to tylko artykuły z portali katolickich. Próbowałem znaleźć odpowiedź na pytanie: na czym to przekonanie o miłości Boga do ludzi się opiera? Przekonanie skierowane nawet do ateistów: ty sobie nie wierz w Boga, On i tak cię kocha, co przejawia się w tym, że pozwolił ci w siebie nie wierzyć. Przestaje kochać tylko w jednej sytuacji – jeśli się zgrzeszy przeciw bożemu miłosierdziu, co ma wynikać z lekceważenia miłości Boga. Innymi słowy, jeśli nie wierzy się w tę miłość, przebaczenia nie ma. I tu mi się przypomina owa scenka rodzajowa z szarpaniem płatków kwiatka: kocha, nie kocha, kocha, nie kocha... itd.

  Nawet rozumiem tych, którzy mówią i piszą, że kochają Boga bezgranicznie, choć mnie to przypomina, proszę o wybaczenie za porównanie, miłość nastolatek do swoich, najczęściej muzycznych lub filmowych idoli, w których kochały „się na zabój”. Różnica jest. Tych idoli kocha się w młodości, i to przemija. Boga w podobny sposób kocha się w późniejszym wieku, i to przeważnie... już nie przemija. Ale ja nie o tej stronie zakochania, ja o tej mającej działać w drugą stronę. De facto nie ma jednej, ściśle sprecyzowanej definicji miłości, mimo że wszyscy podobno wiemy czym ona jest. Jedno jest pewne, nie można  mylić miłości międzyludzkiej z tą miłością boską, dla szczególnego wyróżnienia nazywaną często Agape, choć wcześniej to określenie nie miało charakteru religijnego. Ale skoro już ma, pozostańmy przy nim, aby uniknąć pomyłek.

  Wypisałem sobie kilka opisów tego jak jest ta Agape postrzegana. W Księdze Jeremiasza są takie słowa wciśnięte w usta Boga: „Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego zachowałem dla ciebie łaskawość” [Jr 31,3] Dziwna ta odwieczna miłość i łaskawość, bo jak w niej zmieścić np. Potop, historię Hioba, jak również niemal ciągła poniewierka ukochanego (wybranego) ludu (czytaj: „Rozproszę was więc jak plewy roznoszone podmuchem wiatru pustynnego” [Jr 13,23-24])?  Tę dziwność tłumaczy inny fragment Biblii: „Bo kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje” [Hbr 12,5b-6]. To też ma swoje wytłumaczenie, nomen omen, przyrównując Agape do miłości rodzica do dzieci. Też karzemy krnąbrną latorośl, choć trzeba uczciwie przyznać, że nawet nie w części tak surowo jak Bóg, co nie powinno dziwić, wszak Bóg we wszystkim jest niedościgniony. Ok, być może tylko ja opacznie rozumiem tę Agape, miłość Boga do ludzi. Postanowiłem sprawdzić jak to wygląda na katechezie dla młodzieży szkolnej, bo sam już zapomniałem. Czytam pewne wypracowanie (proszę bez skojarzeń z humorem z zeszytów):
- Pan Bóg, kiedy wygnał ludzi z raju, to nie pozostawił ich samym sobie, tylko dalej się nimi opiekował, a nawet zrobił im odzienie ze skór;
- Bóg nas kocha i daje nam możliwość życia na pięknej planecie Ziemi;
- Wkrótce zabierze nas do siebie;
- Strzeże nas od diabła i innych złych duchów;
- Nie pozwala aby stała nam się krzywda2.

  No dobrze, nie będę krytykował tych naiwności, wszak przeznaczone dla młodzieży młodszej. Przejdźmy więc do poważniejszych tez. „Człowiek jest obrazem miłości Boga. Nie może się zrealizować poza Nim. (...) Bóg jest miłością. Dlatego chciał, by więź między Nim a człowiekiem opierała się na miłości. A jest to miłość czysta, święta i bezinteresowna. Niestety człowiek zerwał więź z Bogiem. (...) To dramatyczne odrzucenie(?) miłości Bożej przez naszych prarodziców nazywamy grzechem pierworodnym. Popełniając go, człowiek decyzją swej woli zniszczył więź łączącą go ze swym dobroczyńcą. Wypadł z orbity Bożej miłości”3. Innymi słowy, za jedno przewinie, wcale nie tak ciężkie jakby z pozoru mogło się wydawać, a które już na pewno nie było próbą odrzucenia miłości Boga, ta boska miłość prysnęła jak mydlana bańka. Tak, już wtedy! Bóg wydał wyrok śmierci na swoje najdoskonalsze dzieło. W dodatku poprzedzając tę śmierć katorgą i cierpieniem: „Do niewiasty powiedział:  Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą. Do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: «Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść - przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!” [Rdz 3, 16-19]. Tak mi przyszło na myśl, że ten marny człowiek, niejednokrotnie wybaczy nawet największą zdradę, wszak błądzić jest rzeczą ludzką. Bóg miał wyjątkową okazję w tym Raju pokazać czym jest prawdziwa miłość, która wybacza. I nie skorzystał.

  Najtrudniej było mi się zmierzyć z podobno największym przejawem Bożej miłości. Oto zsyła na ziemię swojego jedynego Syna, który przyjmując ciało człowieka dobrowolnie poddaje się straszliwej śmierci przez ukrzyżowanie, aby odkupić nasze wszystkie grzechy i zapewnić nam zbawienie. Już sama idea jest dziwna. Przecież mógł swoją wszechwładną mocą, zastosować jakiś absolutny akt łaski – Bożej abolicji. Skutek byłby ten sam, tu nie potrafię uciec od ironii, czyli żaden. Bo niby co się zmieniło po męczeńskiej śmierci Jezusa? Ludzkość, jak grzeszyła, tak grzeszy nadal, teraz jakby łatwiej, bo przecież wszystkie grzechy wobec Dekalogu mogą być darowane lub odpokutowane czyśćcem. Nawet porobiło się gorzej, bo oto na miejsce jednej religii, Braci Starszych w wierze, pojawiła się nowa, chrześcijaństwo, które też nie uniknęło rozłamów, do tego stopnia, że dziś ich nikt nie ogarnia. W dodatku każda mówi, że tylko ona zasługuje na prawdziwą miłość Bożą. Na domiar wszystkiego Jezus, który podobno kocha nas tak samo jak Bóg ojciec, dołożył niewybaczalność i wieczne potępienie za odrzucenie Jego miłości. Obdarzył wiernych wiecznym życiem, zbawieniem, choć oczywiście nie wszystkich (tylko tych, którzy wierzą w Jezusa – czyli na pewno nie Żydzi, Muzułmanie oraz innowiercy i niewierzący), a podobno kocha wszystkich bez wyjątku. Tylko stawia warunek. Musisz w Niego bezgranicznie wierzyć i Go kochać ponad wszystko, choć to jakoś nie za bardzo pasuje do tej bezinteresowności. Jeśli w świecie jest jedna trzecia chrześcijan, to dwie trzecie każdego pokolenia jest skazane na wieczne potępienie (sic!) To wręcz niewyobrażalne liczby, ale Bóg kocha wszystkich...

  W dodatku jest w tej męczeńskiej śmierci coś potwornego, coś, co wskazuje na to, iż starotestamentowy Bóg w niczym się nie zmienił. Wystarczy sobie przypomnieć przypowieść o Abrahamie, któremu Bóg nakazał złożyć w ofierze swojego ukochanego syna [Rdz 22, 1]. Fakt, w ostatniej chwili wstrzymuje okrutną egzekucję, ale nie życzę największemu wrogowi tych dni, kiedy Abraham musiał „przetrawić” czekające go morderstwo swojego syna. Bóg nie ma z tym żadnych uczuciowych problemów, nawet wtedy, kiedy Jego Syn woła na krzyżu: „Eli, Eli, lema sabachthani?” [Mt 27, 46]. Znajduję jednak takie słowa: „Jego miłość jest nieskończona, jest doskonała. We wszystkim, co było życiem Jezusa na ziemi przejawiała się Boża miłość”4, słowa potwierdzone na wielu innych portalach chrześcijańskich. Aż chce się zapytać, gdzie ona jest, gdy Jezus wstąpił do Nieba? Prześladowania, choroby, kataklizmy i cierpienie nigdy ludzkości nie opuszczją. A do tego sami sobie zadajemy śmierć i ból, i nie omija to wierzących.

  Na koniec przykład pytania z kartkówki na lekcji religii w podpoznańskiej szkole: „Na co zasługuje człowiek niewierzący?”. Odpowiedź dziecka: „Na śmierć” i... dostało ocenę dobrą5. Bóg cię kocha dziecko.




poniedziałek, 11 września 2017

Nieśmiertelna dusza



  Dawno nie było nic z Frondy, bo też dawno nie było tam nic tak „mocnego” jak artykuł ks. Michała Kaszowskiego zatytułowany: „Jak wygląda istnienie człowieka po śmierci. Czyli o nieśmiertelnej duszy ludzkiej”1. Nim jednak przejdę do omówienia, drobna, choć istotna uwaga. Na problem duszy, ze zrozumiałych powodów, patrzę z zupełnie innej perspektywy niż ludzi wierzący, niech więc nikt nie myśli, że próbuję go przekonać do swojej koncepcji. Wyrażam tylko swój stosunek do treści wspomnianego artykułu. Jest też problem z definicją duszy, nawet chrześcijaństwo ma z nią problem i to od samego zarania.

  Nie będę się rozwodził nad chrześcijańska duszą w ujęciu historycznym. Nadmienię tylko, że w końcu Kościół potępił niebezpieczeństwo dualizmu, istnienie dwóch niezależnych bytów – ciała i duszy. Przynajmniej w czasie życia na ziemskim padole. To jest jednak i tak wciąż lekko pogmatwane, gdyż niektórzy wierzą w możliwość bilokacji (podobno była udziałem św. ojca Pio), co jest już klasyczną dualnością. Wrócę do treści artykułu ks. Michała. On to nawet obrazowo wytłumaczył. Jeśli rozpuścić sól w wodzie otrzymujemy wodny roztwór soli, który jest substancją jednorodną. Tak ma wyglądać związek duszy z ciałem za życia. Ten roztwór można jednak rozdzielić poprzez wyparowanie wody lub destylację, co jest odpowiednikiem fizycznej śmierci człowieka. Po jakimś czasie będzie można znów te dwa składniki połączyć, co ma nastąpić w dniu Sądu Ostatecznego, kiedy to ciała powstaną ze zmarłych. Niby wszystko logiczne, ale...

  Według doktryny chrześcijańskiej dusza ożywia ciało (o co mógłbym się spierać), ale gdy ciało obumiera (do czasu zmartwychwstania?) może istnieć jako byt samodzielny, nieśmiertelny, wolny, świadomy i zdolny do poznania. Jest jednak jeden szkopuł tej doktryny, gdyż rodzi się pytanie: po co duszy w ogóle jest potrzebne ciało, skoro może istnieć samodzielnie, bez cierpienia związanego z tym połączeniem? Idea próby na grzeszność jest bezprzedmiotowa, bo nawet dusze mają podobno wolną wolę i mogą grzeszyć bez ciała (przykład Szatana i upadłych aniołów). Trzeba by się zastanowić, za czym w takim razie tęskni człowiek obdarzony duszą? Mając na uwadze obietnicę zmartwychwstania ciał i ponownego z nim połączenia, odpowiedź może być tylko jedna – za życiem ziemskim, choć już podobno bez cierpień fizycznego ciała i na niczym niezmąconą wieczność. I tu już nic nie gra. Ani pod względem logicznym ani fizycznym. Jeśli bowiem życie ciała podlega regule rozwoju i degeneracji, czy to przyszłe ciało będzie tym samym ciałem i będzie podlegać tym samym regułom? Ale nie wnikajmy aż tak daleko, ja tylko przytoczę pewien charakterystyczny cytat: „W śmierci, będącej rozdzieleniem duszy i ciała, ciało człowieka ulega zniszczeniu, podczas gdy jego dusza idzie na spotkanie z Bogiem, chociaż trwa w oczekiwaniu na ponowne zjednoczenie ze swoim uwielbionym ciałem” (KKK 997). Pominę pewną niedorzeczność tego cytatu, bo niby jak można uwielbiać zniszczone i rozkładające się ciało, ale rozumiem, że chodzi o ciało przed zamianą w proch (z prochu powstałeś, w proch się obrócisz), choć nie wiadomo, czy te w chwili śmierci (szczęśliwcami będą umierający młodo), czy w dowolnie wybranym przez nas stadium? Wybrałbym czasy beztroskiego dzieciństwa bez odpowiedzialności...

  Mnie zadziwia jeszcze jedna koncepcja tego fenomenu: „Z chwilą śmierci zanikają w ciele wszystkie przejawy życiowe. Nie zanikają one jednak w samej duchowej duszy, która nie traci po śmierci ciała takich swoich cech jak: rozumność, zdolność do miłowania lub nienawidzenia (...) Człowiek z chwilą śmierci traci jedynie te zdolności poznawcze, które posiadał dzięki swojemu ciału, a więc umiejętność zmysłowego widzenia, słyszenia, dotykania itp.”. I tu jest prawdziwa zagwozdka, której w żaden sposób pojąć nie mogę. Utraciwszy zdolność widzenia, słyszenia i dotykania, co możemy widzieć w tej niematerialnej otchłani? Ani jej usłyszeć, ani dotknąć, ani zobaczyć. Nawet jeśli przyjąć istnienie po śmierci tej rozumowości, na czym będziemy ją opierać, jeśli nie tylko na wyobrażeniach? A przecież możemy sobie wszystko wyobrazić, nawet Królową Śniegu, by nie zanudzać krasnoludkami.

  Autor zwraca uwagę na jeszcze jeden problem związany z rozdzieleniem duszy od ciała. Ma na myśli utratę przytomności i... śmierć kliniczną! Pisze: „Otóż istnienie po zakończeniu ziemskiego życia w niczym nie przypomina śmierci klinicznej. Nie jest stanem braku przytomności, nie jest snem”. Może nie zwrócił na to uwagi, ale tym samym podważa wszystkie dowody na istnienie życia po życiu, które właśnie miały potwierdzać podobno wiarygodne relacje tych, którzy byli w stanie śmierci klinicznej. Popełnia jednak dość kardynalny błąd, gdy powołuje się na ową utratę świadomości, jako dowód na nieśmiertelność duszy. Otóż stwierdza, że przez chwilową utratę świadomości nasza pamięć się nie wymazuje. I trudno byłoby się z tym nie zgodzić, gdyby nie fakt, że tak samo ma być po właściwej śmierci. W stanie braku świadomości (przytomności) mózg nie umiera, natomiast śmierć faktyczna skutkuje również śmiercią mózgu. Z tego stanu się nie wraca, więc nie ma żadnego dowodu na to, że i dusza, ta w rozumieniu chrześcijaństwa, nie umiera. Wracamy do punktu wyjścia – wszelkie dywagacje na temat istnienia duszy po śmierci są tylko... domniemaniem, bardziej pobożnym życzeniem, niż stwierdzonym faktem.

  Jest w tym domniemaniu pewien paradoks. Wierzący, tak bardzo chcą wierzyć w nieśmiertelność duszy, że gotowi są uznać możliwość dostania się do piekła, byle tylko żyć wiecznie.




piątek, 8 września 2017

Sekularyzacja – diabeł wcielony?

  Sekularyzacja, jako określenie, u jednych budzi entuzjazm, traktowane w formie wyzwolenie od reliktów kultury zabobonu, drudzy uważają ją za katastrofę i śmierć religii. Aby ocenić czym jest, warto zwrócić uwagę na to czym nie jest. A na pewno nie jest odstąpieniem od wiary, nie jest też związana z zanikiem potrzeb religijnych. Sekularyzacja nie jest też zaciekłym wrogiem Kościoła, ani tym bardziej nie jest odstąpieniem od religijnego myślenia. Wreszcie, nie należy jej identyfikować z antyreligią.

  O co w takim razie takie larum, szczególnie artykułowane przez nasz kler, a nawet prawicowych polityków? I tu pokuszę się o opinię socjologa religii, Petera Bergera: „Przez proces sekularyzacji rozumiemy działanie, dzięki któremu sektory społeczeństwa i kultury wyzwalają się spod dominacji religijnych instytucji i symboli”1. Konkretnie idzie o to, że społeczeństwo domaga się rozdziału Kościoła od państwa i szkolnictwa. W sferze kultury uwypukla się w zaniku religijnych treści w sztuce, w filozofii, w literaturze, i co najważniejsze, w rozwoju nauki świeckiej, oderwanej od religijnej wizji świata. Groźba sekularyzacji wynika z oderwania się od instytucjonalnego Kościoła, stąd znamienne, wręcz rozpaczliwe nawoływanie tegoż: „Bez Kościoła nie ma zbawienia!”. By to zjawisko zrozumieć, trzeba się zastanowić nad przyczynami sekularyzacji. Jest ich sporo, więc skupię się tylko na tych najważniejszych.

  Rozwój nauki. Jest zauważalny szczególnie wtedy, gdy nauka rezygnuje ze standardowych mitów i wyjaśnień religijnych. Skutkowało to również zmianą standardów tradycyjnej do tej pory gospodarki i zagadnień technicznych. Innymi słowy, postęp naukowy jest napędzany poszukiwaniem „nowego” bez oglądania się na ogólnie przyjęte normy religijne. Nowoczesna nauka wyzwala się spod wpływu założeń religijnych, metafizyki i mistycyzmu, choć paradoksalnie jej początki inspirowała religia. Oczywistym jest, że nauka nie wyjaśnia wszystkiego, pewnie nigdy do końca nie wyjaśni, ale jej osiągnięcia spychają religię na pozycje obronne. To owe sławetne już określenie, że Bóg ma coraz mniej miejsca w naszym świecie, przez co staje się „zapchajdziurą”. Empiryczne poznawanie świata jest łatwiejsze w jego opisaniu i zrozumieniu, prostsze niż karkołomne próby transcendencji, opierające się na doznaniach ludów pierwotnych.

  Industrializacja i urbanizacja. W wyniku przemian gospodarczych następuje duża migracja ludności z wiosek do dużych miast. O ile w takich małych społecznościach można stosunkowo łatwo „sterować” świadomością, o tyle w dużych aglomeracjach jest to już wręcz niemożliwe, gdyż następuje się ścieranie wielu różnych poglądów zarówno w płaszczyźnie warstwowej jak i między warstwowej. Poglądy inteligencji, szczególnie tej świeckiej, łatwiej przenikają do warstw niższych. Ta industrializacja niesie ze sobą jeszcze jeden ważny aspekt. Zmienia się postrzeganie na własny byt, własne życie, z ascetycznego na coraz większe zaspokojenie doczesnych potrzeb. Do tego dochodzi stały rozwój przepływu informacji, najpierw poprzez prasę, później radio i telewizję, dziś na telefonii komórkowej i Internecie skończywszy, a przecież to pewnie jeszcze nie jest finał. Tu już nasze postrzeganie rzeczywistości nie jest oparte tylko na tym, co nam przekazuje religia, zarówno jako katechizm, Biblia czy słowa kaznodziei na ambonie. Żaden z tych elementów nie jest w stanie przekazać niczego nowego, a przez to stają się mało atrakcyjne. Ortodoksyjne chrześcijaństwo wpada w pewną pułapkę. Trzymając się kurczowo tradycji przez siebie utworzonej, siłą rzeczy nie może dotrzymać kroku ekonomicznym i społecznym przemianom.

  Wreszcie samo chrześcijaństwo. Tak, to nie pomyłka, ba! już na wcześniejszym etapie przyczynia się do sekularyzacji niż poprzednia przyczyna.  Spory doktrynalne najpierw doprowadziły do głównego rozpadu, oderwaniu się protestantyzmu  i wszystkich jego odłamów od papiestwa. Nie bez znaczenia jest tu wielość religii i odłamów w nich samych. Okazuje się też, że wiedza religijna (wbrew powszechności edukacji religijnej) przeciętnego człowieka równa jest wiedzy (w pewnym uproszczeniu) przystępujących do pierwszej komunii św. To skutkuje sformalizowaniem wiary na tym, wręcz dziecięcym poziomie. Jeszcze nie tak dawno słuchałem kazań już jako człowiek dorosły. Ich schemat nie ulega zmianie. Wybrany fragment z Nowego Testamentu (koniecznie na dany dzień), przykład z życia i wyjaśnienie z moralitetem. A przecież towarzyszące nam: brutalny świat, kataklizmy, choroby, okrucieństwo, cierpienie i śmierć, sprawiają niemałe trudności w wytrwaniu w głębokiej wierze, a jednocześnie Boża Opatrzność rozmywa się w wątpliwościach. Problem w tym, że kazanie już z definicji wyklucza dyskusję, która mogłaby te zagadnienia wyjaśnić. Innym elementem „winy” samej religii jest zgorszenie płynące z życia samych chrześcijan, kleru nie wyłączając. Wypływa to również z historii samego Kościoła, nie zawsze chwalebnej. Nawet Sobór Watykański II przyznał otwarcie, że na rozwój sekularyzacji wpłynęli sami ludzie wierzący „Przez błędne przedstawienie nauki Chrystusa, przez niedostatki swego religijnego, moralnego i społecznego życia. Raczej zamazywali prawdziwy obraz Boga i religii, zamiast Go wiernie ukazywać”2. Według Wucherer-Huldenfelda „należy mówić o współwinie chrześcijaństwa, gdyż istniała na wskroś niechrześcijańska tradycja wewnątrz własnych struktur. Nigdy nie było tak, żeby chrześcijański świat był w pełni chrześcijański”3.

  Już na podstawie tylko tych przyczyn można wysnuć wniosek, że sekularyzacja była i jest zjawiskiem nieuniknionym, przy czym warto zauważyć, że nie dotyka właściwie takich religii jak buddyzm i islam. Czy jest zjawiskiem groźnym? Z punktu widzenia instytucjonalnego Kościoła na pewno, choć przecież nie można mówić o masowym odstąpienia od wiary w Boga. Większość wierzących wiary nie porzuciło, zmienił się tylko osobisty stosunek do religii – z ortodoksji na rzecz pluralistycznych postaw. Rzecznicy Kościoła obawiają się, ze ów sekularyzm przemieni się w powszechną ateizację, ale to raczej obawy na wyrost. Zdecydowane gro wierzących, uległych sekularyzacji, pewnie nie ma najmniejszej ochoty na rozważania ideologiczne o sens wiary i życia. Tak, jak nie interesuje ich formalistyczny i obrzędowy Kościół, tak jeszcze bardziej są odporni na zupełną niewiarę.

Przypisy:
1 – „Ateizm oraz irreligia i sekularyzacja”, praca zbiorowa, Wydawnictwo Petrus, Kraków 2011, str. 196;
2 – za „Ateizm oraz irreligia i sekularyzacja” – wstęp Franciszka Adamskiego, str. 10:
3 – ibidem str.10


poniedziałek, 4 września 2017

Jak Kościół chce rozmawiać z ateistami



  Już wspomniałem o książce „Ateizm oraz irreligia i sekularyzacja”. To praca zbiorowa, zawierająca szereg esejów, przede wszystkim na temat sekularyzacji i ateizmu, tu dodam, tylko autorów chrześcijańskich. Trudno tu o ogólną ocenę całości, wszystkie eseje, choć mieszczące się w tematyce tytułu, właściwie dość mocno się między sobą różnią. Odniosę się do jednego, autorstwa Romana Darowskiego, ks. profesora filozofii człowieka na Wydziale Filozoficznym Towarzystwa Jezusowego w Krakowie.

  Tytuł eseju „Kościół wobec zjawiska ateizmu” jest opatrzony wyjaśnieniem, że dotyczy przełomu jaki podobno nastąpił w dziejach Kościoła katolickiego po II Soborze Watykańskim. Przed owym Soborem ateizm jest sprowadzony do tezy negacji Boga, przez co mógł być tylko przez Kościół potępiany. Nikt się nie zajmował zagadnieniem wartości wpływających na stanowisko ateistów, ściślej, nikogo nie interesowały przyczyny rozpowszechniania się ateizmu, już nie tylko w gronie elit intelektualnych. To się miało zmienić podczas II Soboru Watykańskiego. Podobno Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym zawiera najbardziej pełne opracowanie zagadnień związanych z ateizmem. Nie będę się odnosił do całości tego dokumentu, nie czytałem, mogę się opierać li tylko na tym, co pisze ks. prof. Darowski. I tak jest ciekawie, bo to opinia o ateizmie wywodząca się z ustaleń przeciwników ideologicznych ateizmu. Ona a priori odnosi się do dogmatu, że Bóg, powodowany miłością stworzył człowieka i utrzymuje go w istnieniu. Prawda życia ludzkiego polega na uznaniu tej miłości i na powierzeniu się Bogu. Autor uzasadnia konieczność powołania się na ten dogmat twierdzeniem, że ateiści opierają się na karykaturalnym obrazie stosunku między Bogiem a człowiekiem. W tym miejscu już wiem, że cały ten dokument oparty jest na fałszywych przesłankach. Skoro bowiem ateizm neguje istnienie Boga, jak można w ogóle odnosić się do takich relacji? Tę fałszywą przesłankę potwierdza zdanie: „Ateiści odrzucają wytworzony przez siebie obraz Boga, który nie jest Bogiem Ewangelii”1. Ateista tworzący obraz Boga, nawet jeśli fałszywego, od razu przestaje być ateistą!

  Zgadzam się twierdzeniem ks. Darowskiego, że ateizm odrzuca Boga, między innymi dlatego, że Jego bytu nie da się pogodzić z faktem istnienia zła i cierpienia, również dlatego, że dobro, jakim jest pełny rozwój człowieka, też jest w opozycji do Boga, któremu (to już moja uwaga), zależy nie tylko na rozwoju, ale i na bezwzględnym poddaństwie. Sobór traktuje ateizm jako zjawisko pochrześcijańskie, które dla obrony wartości ludzkich odrzuca religię, z czym też trudno się nie zgodzić. Tenże Sobór przyznaje, przy genezie powstania ateizmu mają również udział „sami wierzący przez swe niewłaściwe wyobrażenie o Bogu, oraz przez wypaczenie obowiązków religijnych, moralnych i społecznych”2. To się potwierdza, o czym w mojej osobistej refleksji. Często zaglądam na blogi wierzących i bywam niejednokrotnie rozczarowany. U mnie też dochodzi do ostrych polemik, wynikających z różnic oceny pewnych  konkretnych sytuacji, czasami wydarzeń historyczno-społecznych. Ale jak można się sprzeczać o istotę Boga, szczególnie w kontekście niemożliwości Jego poznania, już nie jako kogoś nieistniejącego, ale właśnie (podobno) istniejącego? Skąd niby się wie, czego On od wierzących chce, która religia jest tą prawdziwą, które obrządki są dobre, a które złe? Adwersarze uciekają się do wersów Biblii, wersów wyrwanych z kontekstu, zapominając, że trudno w niej znaleźć jednoznaczne wskazówki, a jeśli nawet są, zaraz znajdzie się inne, zaprzeczające tym pierwszym. Tym kłótniom towarzyszą osobiste wycieczki i niezbyt przyjemne epitety, ale to już drobiazg.

  Wróćmy do eseju. Autor podkreśla, że „w dziejach Kościoła zdarzały się niewierność, niedociągnięcia i błędy, które skutkowały herezjami, a które stały się punktem wyjścia ateistycznej krytyki religii”3. Do tego trzeba dodać tendencje do supernaturalizmu, z którego wynika przerysowany stosunek sfer kościelnych do rzeczywistości ziemskiej. Ten supernaturalizm sprzyjał atmosferze nieufności wobec świata a nawet ascetycznej pogardy dla natury (szczególnie ludzkiej), dla porządku doczesnego jeśli nie był podporządkowany religii. Dochodzi do paradoksu, konieczności ucieczki od tego świata, jako niezbędny warunek świętej doskonałości. Nie inaczej było w dziedzinie kultury, gdzie supernaturalizm „wyraża się w nieufności do rozumu oraz prymacie teologii nad innymi dziedzinami myśli ludzkiej”4. Podobnie w dziedzinach społecznych, poprzez wywieranie wpływu na instytucje państwowe, społeczne i ekonomiczne w celu nadania im charakteru wyznaniowego. To najprościej da się opisać stwierdzeniem, że skoro religia katolicka jest jedynie prawdziwa, dlatego państwo powinno być katolickie. Nikt dziś nie bierze pod uwagę faktu, że takie systemy się nigdy nie sprawdziły.

  Czy II Sobór Watykański coś zmienił? Otóż, na owym Soborze nie podjęto polemiki z ateizmem, przyjęto jedynie, że w stosunku do niego trzeba przyjąć „nową” postawę. Przypatrzmy się tej postawie: „Człowiek jest jedynym na ziemi stworzeniem, które Bóg chciał dla niego samego. (...) Ludzka aktywność, zgodnie z planem Bożym, ma odpowiadać prawdziwemu  dobru rodzaju ludzkiego”5. Z tego wynika fakt, że „Kościół posoborowy, tak jak i dawniej, uważa ateizm za błąd i za zubożenie”6, bez względu na to, ile ten sam Kościół zawdzięcza ideom świeckiego humanizmu. A te w ogólnym ujęciu to: „(...) unikanie polemiki filozoficznej i zrozumieniu ateizmu w dziedzinie wartości, jakie rodzą się w krytyce Kościoła”7. Kościół bije się w pierś za własne błędy, ale jednocześnie... „Należy sobie życzyć, aby także niewierzący uświadomili sobie zmianę postawy Kościoła, by wyciągnęli z niej wnioski i porzucili własne postawy”8 (sic!) 

  W symbolicznym ujęciu taka nowa postawa Kościoła katolickiego wobec ateistów przypomina „pasterza”, który z troską chce przygarnąć zbłąkaną owieczkę, mając w jednej ręce krzyż a w drugiej miecz. Tym mieczem pozbawi ateistę wolnego od zabobonów myślenia, a krzyżem odprawi egzorcyzmy.
 

Przypisy:
1 – „Ateizm oraz irreligia i sekularyzm”, praca zbiorowa, Wydawnictwo „Petrus”, Kraków 2011, str. 316;
2 – ibidem str. 318
3 – ibidem str. 318
4 – ibidem str. 320
5 – ibidem str. 322
6 – ibidem str. 323
7 – ibidem str. 326
8 – ibidem str. 326