piątek, 8 listopada 2019

Świadectwo



  Świadectwo kojarzy mi się z papierkiem, który udowadnia zakończenie jakiegoś etapu edukacji. Czasami może to być też świadectwo obowiązkowych szczepień, ale chyba nie o to mi chodzi. Ostatnio jakoś mało cudów się dzieje, skończyły się chyba na cudach o. Pio, bo te eucharystyczne grubymi nićmi szyte. Jest kilka takich za wstawiennictwem, co też budzi wątpliwości. Są jeszcze cuda uzdrowień za sprawą pielgrzymek, i tu jest dopiero ciekawie.

  Pewien gość policzył. Do Lourdes pielgrzymowało tak około 150 mln ludzi w nadziei na cudowne uzdrowienie przez 150 lat. Uznano oficjalnie tych uzdrowień w sumie 65 (słownie: sześćdziesiąt pięć), przy czym brak dokumentacji czym się skończyły te uzdrowienia. To wprawdzie większa szansa niż wylosować szóstkę w Lotto, ale kupon kosztuje 3 złote, wyprawa do tego cudownego miejsca dużo więcej. Jest ciekawiej. Katastrofa lotnicza przytrafia się statystycznie jedna na 1,4 miliony lotów, czyli łatwo zginąć w takiej katastrofie lecąc do Lourdes. Wypadki autobusów zdarzają się zdecydowanie częściej... Innymi słowy, łatwiej o śmierć w tej pielgrzymce niż o wyzdrowienie. Aby dodać smaczku tej wyliczance, w szpitalach też zdarzają się niewyjaśnione uzdrowienia, zaś wyjaśnionych i udokumentowanych jest multum.

  Mnie jednak bardziej niż cuda zainteresowały tak zwane świadectwa. Świadectwa nawrócenia za sprawą których, grzesznicy zmieniają się w świętych. Pisałem niedawno o jednej takiej, Dominice Figurskiej. I jak na zawołanie, coraz częściej czytam o takich świadectwach. Ostatnio jest głośno o filmie „Nieplanowane”, gdzie Abby Johnson daje takie świadectwo nawrócenia. Z dyrektorki kliniki aborcyjnej przeszła do ruchu pro życie, i na podstawie tego świadectwa nakręcono film. Cóż, ci bardziej złośliwi twierdzą, że nawróciła się z powodu problemów finansowych i wyrzucenia jej z pracy za machlojki, ale nie będę wnikał. Przypomina mi innego nawróconego, który też dał świadectwo. I to w Polsce – prof. Chazan. System się zmienił, a wraz z nim on sam. Dokonał około ośmiuset aborcji i się nawrócił dając świadectwo, gdy w asyście policji poszedł na seans tego filmu. Ale on nie jest rekordzistą. Niejaki dr. Levatino, Amerykanin, abortował tysiąc dwieście płodów i też się nawrócił. Innymi słowy, im więcej aborcji tym większe świadectwo. Proste jak amen w pacierzu. Aby dać prawdziwy przykład świadectwa trzeba najpierw być prawdziwie i mocno grzesznym. Mało mi lat zostało, ale zastanawiam się czy nie iść tą drogą, choć nie jako aborter, ani nawet terapeuta.

  Przedwczoraj oglądałem dokument na kanale HBO. Lekarz terapeuta olimpijskiej drużyny amerykańskich gimnastyczek przez kilkanaście lat je molestował i to od najmłodszych lat. Opowiedziano nawet z detalami, ale oszczędzę ich moim Czytelnikom. Ma na sumieniu ponad trzysta dziewcząt, które odważyły się złożyć publicznie zeznania. Też dał świadectwo nawrócenia i skruchy, gdy błagał Boga na sali sądowej, aby mu one wybaczyły. Przyszło mu to o tyle łatwiej, że dostał 140 lat bezwarunkowego więzienia... Mnie molestowanie małoletnich też nie interesuje, ale może zacznę naciągać naiwnych w necie, jak mi tu niedawno zasugerowano? Niekoniecznie na drobne sumy. Na łożu śmierci dam świadectwo. Świadectwo ukończenia kursu gotowania zbiorowego (można kojarzyć ze zbiorowym grilowaniem naiwnych), bo inne mi się w czasie przeprowadzek gdzieś zawieruszyły.



wtorek, 5 listopada 2019

Chwalipięta


  A tak, znów się będę chwalił tym, że na przedstawieniu operowym byłem. Tym razem „Moc przeznaczenia” Giuseppe Verdiego. Dla odmiany nie pod krawatem, a pod muchą, trochę jakby dostojniej, bo też ten spektakl jest zdecydowanie bardziej poważny i tragiczny. Trup ścieli się gęsto, począwszy od pierwszego aktu, choć zaczyna się nietypową uwerturą, połączoną z solowym, pięknym układem baletowym w wykonaniu Aleksandry Piotrowskiej-Zaręby. A to był dopiero przedsmak muzycznej uczty.

  Bo też arie, duety i pieśni chóralne muszą głęboko utkwić w duszy melomana (chyba już dostałem bzika na punkcie opery), po prostu nie da się inaczej, skoro to sam mistrz Verdi. Aż żal, że muzyki nie da się opisać. Określenia: wspaniała, cudowna, przejmująca, czy wzruszająca de facto nie mówiąc nic poza wrażeniami. Opisać można jedynie treść, ale będę szczery, tu jest jakby zbyteczna. Gdyby nie program, gdzie jest opis libretta, gdyby nie napisy z polskim tłumaczeniem partii wokalnych i tak wyszedłbym w pełni usatysfakcjonowany. A tak mam lekki zgryz. Głównym wątkiem libretta jest oczywiście miłość, dramatyczna i tragiczna. Niestety, pobocznymi wątkami są: gloryfikacja wojny, ślepej i krwawej zemsty, oraz nadzieja, że Bóg i tak wszystkim bohaterom tragedii, w tym i negatywnym wybaczy, a żaden z tych wątków nie budzi mojego zachwytu. Na szczęście nie żyję w takich czasach, bym musiał się stykać z morderczymi postawami na co dzień. Przy tak pięknej muzyce, nawet to libretto specjalnie nie razi.

  Bezapelacyjnie na czoło wysuwają się arie Anny Wiśniewskiej-Schope (Eleonora), Macieja Komandera (Don Alvaro - tenor), Adama Woźniaka (Don Carlos – takiego barytonu nie da się zapomnieć) oraz mojej faworytki, Anny Boruckiej (w podwójnej roli Curra/Preziosilli). Trudno też nie wspomnieć Aleksandra Teligi (Markiz Calatrawa – bas), zaś orkiestra pod batutą Jakuba Kontza, nomen omen – boska. I na koniec ciekawostka. Nie mogłem tym razem wejść za kulisy, ale poprosiłem panią Annę Borucką o solową fotkę specjalnie dla mnie. Dostałem trzy i jedną z nich prezentuję. Jeden z bukietów róż był ode mnie i znów muszę się pochwalić – jej wyjątkowo do twarzy z tymi kwiatami...

 






niedziela, 3 listopada 2019

Żurek cmentarny


  Ja nie żartuję, taki tytuł znalazłem na Frondzie1. Jest to przepis na zwykły żurek z kiełbasą, który należy spożyć po wizycie na cmentarzu. Trochę to dziwne, bo ostatnie święto Wszystkich Świętych przypadło w piątek, ale nie wnikam, może była jakaś dyspensa. W związku z ta nazwą, przyszło mi jeszcze na myśl (twórczą) kilka innych: kiełbasa ze znicza, schabowy w panierce z prochów, potrawka krematoryjna, sałatka pogrzebowa, jajecznica na świecach, rosół na kościach..., może ktoś jeszcze coś doda?

  Ale ja nie o pysznościach kulinarnych, choć tytuł wciąż adekwatny – na cmentarzach robi się coraz gęstszy żur. Ewidentnie brakuje miejsc, więc tworzy się nowe, najczęściej na obrzeżach miast, nad czym ubolewa portal Pch24.pl, gdyż to dowód, że nie chcemy być ze śmiercią za pan brat. Ano ja się z tym wypychaniem cmentarzy po części zgadzam. Nekropolie może są i piękne, ale tylko chyba te stare, mocno nadszarpnięte zębem czasu. Współczesne – to obraz tandety i pstrokacizny. Aby była jasność, to moje postrzeganie, być może są tacy, których ta pstrokacizna zachwyca, choć dam sobie uciąć lewą dłoń, że na pewno nie zmarłych. Oni są na to już zupełnie obojętni. Pomniki są stawiane ku chwale żywych.

  Powtórzę, optują za kremacją moich zwłok. Niestety, to niewiele zmienia. Prawo pogrzebowe sprzed osiemdziesięciu lat i tak nakazuje pochówek, co w przypadku kremacji jest totalnym nieporozumieniem, bo nie rozwiązuje problemu cmentarzy. Już nie żurek, a mafia cmentarno-pogrzebowa dba o to, aby do żadnej nowelizacji w tym temacie nie doszło. To jest biznes nie do pogardzenia. Poczynając od ceremonii pogrzebowej, za którą kapłan bierze „co łaska”, poprzez kamieniarzy, producentów wieńców i wiązanek pogrzebowych, obsługujących pogrzeb, kończąc na grabarzu, który bierze już według ustalonego cennika. Na dobrą sprawę, nieboszczyk powinien dostać kredyt..., z możliwością umorzenia w przypadku śmierci, na te wszystkie ceregiele.

  Mnie by się marzyło, aby te moje prochy rozsypali nad puszczą, albo nad jakimś jeziorem. Nie ma tak dobrze, przynajmniej w Polsce. Prawo na to nie pozwala, co jest jawnym nieporozumieniem. Ktoś może rzec, że są względy sanitarno-epidemiologiczne, co ma paradoksalnie odniesienie tylko do tradycyjnego pochówku. Prochy z krematorium nie niosą żadnego zagrożenia tego typu. Są dla otoczenia czymś zupełnie obojętnym, tak jak ów cmentarz dla nieboszczyka. Chyba, że denat zmarł na skutek przedawkowania arszeniku lub innej groźnej trucizny, co jest dziś raczej nieprawdopodobne. Ale nawet jeśli ktoś ma z tym problem, istnieje inne rozwiązanie: kolumbaria, inaczej miejsce na urny z prochami. Co jednak z bliskimi, którzy chcieliby przechowywać urny, gdzie ich fantazja poniesie? Niestety też nie mogą. Wspomniana mafia o to zadbała. A nowe (czytaj: kremacja) idzie jak burza. W niektórych miastach to już dwadzieścia procent pochówków. Biorąc pod uwagę fakt narastającej sekularyzacji i rosnącej liczby niewierzących, będzie ich coraz więcej. A ceny usług cmentarnych rosną, jak zresztą wszystko.

  Na zakończenie ostatnia kwestia. Podobno można zrobić sobie biżuterię z prochów zmarłego. Przyznam, że nawet ciekawe rozwiązanie, dla osób kochających po grób, a nawet i dłużej. Czytam w Wikipedii: „Nie jest uregulowana jeszcze kwestia tworzenia biżuterii z prochów osoby zmarłej, jednak z formalnego punktu widzenia, zgodnie z polskim ustawodawstwem nie ma takiej możliwości, gdyż ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych wymienia zamknięty katalog (numerus clausus) sposobów chowania zwłok”, czyli też – zimny trup.

  Dla rozluźnienie cmentarnej atmosfery jeszcze dowcip.
Mój kolega szachista dorabiał do renty na cmentarzu. Sprzątał, grabił liście, odśnieżał alejki. Zapytałem go, czy praca w takim miejscu mu odpowiada. Odrzekł:
- Atmosfera jest raczej sztywna, ale mam dużo ludzi pod sobą...






poniedziałek, 28 października 2019

Apokalipsa wg (nie)świętego Asmo


(wersja uwspółcześniona i skrócona na potrzeby notki)

  Olbrzymią salę w kształcie półkuli oświetlał blask, którego źródła nie sposób dostrzec. Ściany, zakrzywione z precyzją komputerowej animacji i płaskie podłoże są idealnie przezroczyste, co sprawia wrażenie, że wszyscy i wszystko zawisło w bezgranicznej przestrzeni. I tylko podwyższenie z olbrzymim fotelem, na którym wygodnie rozsiadła się Bóg Ojciec, daje poczucie stabilności, bez której można by stracić świadomość pionu określającego górę i dół. Zaś On sam, mimo, że na pierwszy rzut oka wydaje się starcem, ma piękne, jaśniejące dziwnym blaskiem oblicze. Luźno okrywająca Go szata nie pozwala określić Jego postury, wszak On i tak jej nie ma, jak przystało na istotę niematerialną.

  Nico niżej, na schodku do tego podwyższenia siedzi młodzieniec, jakby znajomy, z niezbyt bujnym zarostem na twarzy i długimi włosami, wspierający zamyśloną głowę na ręce, łokciem mocno osadzonym na kolanie. Między obiema postaciami toczy się bezgłośny dialog, o czym świadczy latająca od jednej postaci do drugiej, biała gołębica, pełniąca rolę messengera. Tylko co bardziej wtajemniczeni mogą odczytać treść tego dialogu. Dla mnie, jako narratora, rolę tłumacza pełni bliźniacza gołębica siedząca na moim ramieniu. Jak mówi Katechizm, tylko za sprawą Ducha Świętego da się zrozumieć ten święty przekaz. Nie znam początku rozmowy, więc potrzebuję trochę czasu, którego tu i tak jest nadmiar, aby zrozumieć na jaki temat się toczy. W końcu łapię wątek.
- Ojcze, nie możemy już dłużej czekać. Obiecałem rzeszom wyznawców Paruzję z Apokalipsą niemal zaraz po wniebowstąpieniu, a tu już zaczęło się trzecie tysiąclecie i nic. Są tacy, co to nie potrafią się doczekać.
- A po co Ty chcesz tam wracać? Młode laski teraz takie, z pępkami na wierzchu, z nogami jak gazele, że nawet Ciebie zbałamucą. Sami mogą sobie Apokalipsę zrobić. Kilka bombek A, może odrobina więcej smogu i plastiku, i Apokalipsa jak się patrzy. Tych, co ocaleją i tak będzie więcej niż zbawionych przeze mnie.
- Nie żartuj sobie mój Ojcze w Trójcy jedyny, im chodzi również o ten Sąd Ostateczny. Dobrze wiesz jak ludzkość lubi oglądać takie widowiska.
- Oby się nie zdziwili, przecież wiedzą, że niezbadane są moje wyroki. Będę miał zły humor, a w taki dzień będę miał na pewno, źle im to wróży.
- Gotowi są przyjąć każdy Twój wyrok, przecież wiesz.
- Jeeezuuu! Byłeś na ziemi, a wciąż jesteś naiwny jak dziecko. Każdy jest przekonany, że uniknie piekła, a przecież ciężko będzie uzbierać nawet tylko te sto czterdzieści cztery tysiące.
- Przecież jesteś miłosierny, więc mógłbyś przymknąć oko na niektóre grzechy.
- Jestem też sprawiedliwy, co wyklucza miłosierdzie. Zresztą już przeprowadziliśmy ze sto symulacji tej Apokalipsy i wiesz, że obaj dostajemy strasznych mdłości na skutek tych wrzasków, lamentów i smrodu palących się ciał. Nawet to Gloria!, Gloria! mnie wytrąca z równowagi, a Duch Święty traci orientację w przestrzeni i porozumieć się nie można. Aniołowie rzygają na potęgę tak, że pióra ze skrzydeł im odpadają, co tylko potęguje zamęt. Jak wtedy rozpoznać, kto do piekła, a kto do nieba? W swej mądrości takich pomyłek muszę unikać jak ognia piekielnego. Tfu...

  Nastąpiła chwila przerwy. Gołębica zdyszana i wyczerpana usiadła na ramieniu Jezusa. Święci starcy w pobożnym milczeniu głaskali swoje długie i siwe brody, a święte niewiasty cichutko zaintonowały pieśń pochwalną swoimi sopranowo anielskimi  głosami. Niestety, z powodu próżni, dźwięk się nie rozchodził, a jego piękną barwę i koloraturową skalę można się było li tylko domyślać z ruchu warg i... głębokości gardeł.
- Ale Ojcze, w końcu coś z tym musimy zrobić. - Jezus znów uruchomił gołębicę, choć jeszcze jej nie wróciło normalne tętno.
- Nic nie musimy. Sami zrobili sobie piekło na ziemi. Niech cierpią skoro uznali, że cierpienie uszlachetnia. Nawet ja bym tego nie wymyślił.
- A co z przepowiednią?
- Dalej nią będzie. Przecież tak nawet jest lepiej. Nic nie jest tak pożądane jak to, czego nie można osiągnąć. Marzy im się szczęście, a przecież na Boga Wszechwiedzącego zaprawdę sam nie wiem, co ich może zadowolić. Jakieś siedemdziesiąt dziewic na łebka? Skąd ja ich tyle nabiorę? Dziś to chyba z przedszkoli. Już nawet nie próbuję myśleć, czego mogą chcieć kobiety. Tego nawet sam Lucyfer nie wie...
- Ojcze, nie wymawiaj imienia tego diabła nadaremno.
- Wybaczam sobie w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
- Na wieki wieków.

  Znów zapanowała cisza, co było złudne, bo tu zawsze, z powodu tej próżni panuje cisza. Nawet w uszach od niej nie dzwoni. Bóg zmienił pozycję w fotelu, a Jezus rękę, którą podpierał podbródek. Dopiero bezszelestne pojawienie się Matki Bożej wprowadziło ożywienie w tę scenę. Teraz gołębica musiała już latać ze zdwojoną prędkością między trzema postaciami.
- Ojcze, wszak obiecałeś mi i światu, że zdepczę głowę węża, który skusił Ewę do grzechu.
Bóg Ojciec spojrzał na Maryję beznamiętnie choć przenikliwie, ale szybko Jego czoło zmarszczyło się gniewem, a Jego ręka zaczęła nerwowo szarpać brodę.
- Nie przypominaj mi tej najgłupszej obietnicy z mojego wiecznego istnienia. Dość się nudziłem przed wymyśleniem wszechświata. Zdepczesz węża i moje istnienie znów będzie nudne jak flaki z olejem. Wiesz ile musiałem się nakombinować, aby niektóre Anioły się zbuntowały? Aby wymyślić wolną wolę, za którą mogę kogoś ukarać, nie wystarczy, ot tak, po prostu pstryknąć palcami.
Na te słowa Maryja zwróciła się błagalnie do Syna - Jezusie, Synu mój umiłowany, może wykombinuj kilka antałków mszalnego wina, aby Twój Ojciec się tak nie denerwował, bo znów jakieś tsunami uśmierci tysiące osób.
- Niewiasto, chcesz upić mojego Ojca? Tak jakbyś zapomniała, że po pijaku ma głupie pomysły, jak z tym moim ukrzyżowaniem. Tyle się nacierpiałem, a tam się nic nie zmieniło. Jeśli już to na gorsze, bo jakąś sektę wymyślili. Ostatnim razem jak się spił to jakiegoś Mahometa wymyślił, dopiero się namieszało.
Wyrzuty Jezusa do Matki przerwał Bóg Ojciec.
- Faktycznie bym się napił. Tą Apokalipsą tak mnie nagabujecie, że mi się wątroba przewraca.

  Jezus nawet nie drgnął, a już Bóg Ojciec trzymał w dłoniach spory antałek najprzedniejszego mszalnego wina. Wypił jednym haustem i od razu pojaśniało Jego boskie oblicze. Maryja rozpostarła ręce ukazując w podzięce Synowi swoje miłujące Go serce. Jezus skrył twarz w dłoniach, by ukryć grymas niesmaku. Miał już serdecznie dość oglądania wnętrzności Matki...
- Mam świetny, by nie rzec święty pomysł. - Odezwał się Bóg i na chwilę zamilkł dla suspensu. Gołębica skorzystała z okazji, by z Jego brody spić kilka kropel tego wina, gdyż strasznie zaschło jej w gardle od tego latania.
- Co się będziemy męczyć. Powołamy jakichś sprawiedliwych mężów  z grona oddanych nam wiernych. Damy im wytyczne i niech oni sami sądzą swoich bliźnich, a my tego nie będziemy musieli oglądać.
- Ba!, ale skąd ich wziąć? W Sodomie nie znalazłeś nawet dziesięciu. - Odparł Jezus filozoficznie.
- Znam takich, Synu mój. - Pokornie wtrąciła się Maryja. - Jest taki piękny kraj, który uczynił mnie swoją królową. I jest tam człowiek sprawiedliwy, który znalazł dużo równie sprawiedliwych sędziów. A wszyscy głęboko wierzący i bogobojni.
- Niech się więc tak stanie! - gromkim, choć niesłyszalnym głosem rzekł Bóg, ucinając jednocześnie dalszą dyskusję. A od tego głosu rozszedł się próżni aromat dobrego wina...

  I tak nastał czas Apokalipsy, straszniejszy niż przewidział to św. Jan w swej proroczej Księdze. (Tu ów konieczny skrót). Bo choć trudno w to uwierzyć, piekło tego dnia pękało w szwach, zaś do bezgranicznego w swojej wspaniałości nieba trafiła ledwie garstka prawdziwie bezgrzesznych Słowian, Polakami lepszego sortu zwanymi. Bogu Ojcu z wrażenia, że tak mało zbawionych, gęste brwi stanęły dęba i tylko się cicho przeżegnał:
- W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ale się porobiło...
Jezus dodał:
- Na wieki wieków. A ostrzegałem..., nie pij.
Zaś Maryja zakończyła pokornym i sakramentalnym:
- Bogu niech będą dzięki.
Duch Święty mógł wreszcie dłużej odpocząć, podobnie jak rzesze zmaltretowanych Aniołów, broniących dostępu do nieba grzesznikom, skazanym na wieczne męki i potępienie przez sędziów Prawych i Sprawiedliwych. 




PS. Jeśli się komuś to skojarzy z grafomanią, pewnie się nie myli...


(wszelkie prawa do tekstu zastrzeżone)

piątek, 25 października 2019

Mam dylemat...


  Zamiast smutnych rozważań o wyższości pogańskich zwyczajów na św. Andrzeja, nad jeszcze bardziej pogańskim świętem Halloween, mam do rozstrzygnięcia bardziej poważny dylemat.
Która z poniższych fotografii ma charakter przekazu pozytywnego, a która negatywnego?







  Drobna sugestia. Tylko z pozoru pierwsza wydaje się lepsza, warto bowiem przyjrzeć się tytułom. Niemniej każda opinia będzie cenna.