sobota, 11 kwietnia 2020

Raj czy Niebo – oto jest pytanie


  Właściwie równie dobrze mógłbym pisać o wyższości świąt wielkanocnych nad świętami bożonarodzeniowymi, ale sami przyznacie, że temat nudny jak przysłowiowe flaki z olejem. Znacznie ciekawszy jest spór o wyższości uświęconego sakramentem małżeństwa nad zwykłym, świeckim związkiem. Mógłbym fałszywie napisać, że mi dziś żal narzeczonych, którzy nie mogą z powodu koronawirusa wziąć ślubu kościelnego z pełną pompą i uroczystą oprawą przed ołtarzem, szczególnie w okresie po Wielkiej Nocy. Nie, nie potrafię wyłuskać z siebie odrobiny współczucia i zrozumienia. Tym bardziej, że musieliby brać ten ślub w ochronnych maseczkach. Wyobrażacie sobie pamiątkowe zdjęcia z ceremonii ślubnej? Dla pocieszenia, z niekatolickim ślubem byłoby tak samo...
I nie dlatego, że dziś Wielka Sobota, czas rozprawić się z ciemnością liberalizmu.

  Przejdźmy do rzeczy. Trzeba uczciwie przyznać, że ten zliberalizowany i zeświecczony świat z małżeństwa uczynił karykaturę świętości ze wskazaniem na świętość katolicką. Upojeni niczym narkotykiem egoistyczną wolnością, zwolennicy liberalizmu zapominają, że związek małżeński jest w pierwszym rzędzie poświęceniem się Jezusowi, w drugim, nastawiony na płodzenie dzieci, w trzecim, na zapewnieniu dobra rodzinie, najlepiej w jej tradycyjnym kształcie, a dopiero w czwartym szukanie w nim dobra dla siebie, czego proszę nie mylić z wygodą czy satysfakcją seksualną, chodzi o dobro zbawienia własnej duszy. Liberalizm nie tylko te wartości przewrócił do góry nogami, ale uznał, że w pierwszym rzędzie należy w małżeństwie szukać zaspokojenia własnych żądz cielesnych i władzy. Takie egoistycznie pragnienie raju na ziemi tu i teraz. Wszystkie wyższe wartości stoją temu na przeszkodzie, więc liberałowie wymyślili sobie tabletkę antykoncepcyjną, takie małe diabelstwo, które pozwala się odciąć od płodności i zanurzyć się w erotycznej przyjemności oraz żyć bez rodzicielskich obowiązków, pomnażać dobra doczesne, czynić życie wygodnym i beztroskim, Boga, jeśli nie wyrzucając całkiem z życia, to spychać go na margines marginesów.

  Dzisiaj światem rządzi seks i egzaltacja orgazmem. Rozwydrzona seksualność zastępuje prawdziwą duchowość, zaś tani erotyzm został okrzyknięty mistycznym dążeniem do wyzwolenia. Seks i płciowość niszczy nie tylko współczesną kulturę, ale i wielowiekową tradycję, co wprawdzie pozornie się kłóci z neoliberalnym genderyzmem, ale to gender de facto dodatkowo generuje wynaturzenia seksualne. Liberalizm nie tylko wyniósł erotyczny raj ponad Niebo, ale również zmienił znaczenie Raju, Nowej Ziemi, wolnej od wszelkiej seksualności. Seks stał się bożkiem, którego liberalizm broni z namiętnością godną większej sprawy, wmawiając ludziom, że jest najważniejszym elementem ziemskiej miłości. Jest niestety gorzej. Egoizm zakorzeniony w liberalnym społeczeństwie sprawia, że patrzy się na innych ludzi wyłącznie jako środek do celu. Tym celem jest oczywiście zaspokojenie własnych potrzeb seksualnych. Tak zostali wychowani, że liczy się tylko niepowtarzalność i niezbywalne prawo do szczęścia i nie wolno im niczego narzucić. Nie uznają władzy dającej prawo do narzucania obowiązków, których żaden liberał nie zdzierży. A już na pewno nie takiego obowiązku, który mówi, że jedynym i prawdziwym celem życia człowieka na ziemi jest Niebo. Niebo w rozumieniu katolickim.

  To bezapelacyjnie rozstrzyga tytułowy dylemat, choć nie bez poważnych konsekwencji natury teologicznej. Skoro bowiem wyższość Nieba nad rajem jest bezsprzeczna, można dojść do wniosku, że biblijny raj to wymysł szatana, co Księga Rodzaju zdaje się w zakamuflowany sposób potwierdzać. Nie do końca jest jasne, czym się nasi prarodzice w tym raju zajmowali, ale żyli bez obowiązków, całkiem nago bez sakramentu ślubu, i nie płodzili dzieci ku chwale Pana. Na domiar złego wyhodowali podstępnego węża, który może symbolizować liberalizm. Nic więc dziwnego, że rozgniewali Boga, który liberalizmu nie cierpi, i dlatego zostali z tego raju wygnani w objęcia patriarchalnej religijności i monarchistycznej władzy.






czwartek, 9 kwietnia 2020

Fatima, Akita i inne


  Tak w związku z pandemią mnie naszło. Kościół, przynajmniej ten zdroworozsądkowy stanowczo sprzeciwia się micie o karze za grzechy, ale bądźmy szczerzy, wersja kary wciąż ma się dobrze, nawet jeśli próbuje się ją złagodzić do wizji Boga nie tyle wywołującego zarazy, ale chcącego na mam coś przekazać, abyśmy się nawrócili. Niemniej zwolennicy kary mają argumenty. Jednym z nich jest objawienie w Akicie.

  Przypomnę. W 1973 roku w Akicie, niesłysząca s. Agnieszka Sasagawa zobaczyła potężne białe światło, które biło z tabernakulum kaplicy klasztornej. Po jakimś czasie objawił się jej Anioł Stróż, a jeszcze później przemówiła do niej figurka Matki Boskiej: „Ojciec niebieski przygotowuje wielką karę dla całej ludzkości, by świat mógł poznać Jego gniew. Będzie to kara większa niż potop, taka, której nikt nigdy nie widział. Ogień spadnie na ziemię i zmiecie z powierzchni ziemi wielką część ludzkości”. Istotnym jest tu fakt, że s. Agnieszka na czas tych objawień odzyskała słuch. Było też zapewnienie, że „Wielokrotnie interweniowałam z Synem u Ojca i zapobiegłam nieszczęściom. Mój Syn i Ja wiele razy powstrzymywaliśmy gniew Ojca”. Udzieliła też porady: „Szatan przeniknie do Kościoła w taki sposób, że kardynałowie wystąpią przeciw kardynałom, biskupi przeciw biskupom. Kapłani, którzy mnie czczą będą pogardzani i wystąpią przeciwko nim współbracia. Jedyna broń, która wam pozostanie to Różaniec i Znak, który pozostawił Mój Syn”. Aby sprawę uwiarygodnić, niemal wszystkie polskie portale katolickie1 piszą, że prawdziwość tych objawień potwierdził sam kard. Joseph Ratzinger, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary.

  Teraz kilka słów wyjaśnienia. W 1999 roku nuncjusz apostolski w Japonii Ambrose de Paoli opublikował list w czasopiśmie „Christian Order” stwierdzając, że Stolica Apostolska nigdy nie zaakceptowała ani wydarzeń, ani treści objawień z Akita. Kardynał Ratzinger nie wydał żadnej opinii, jedynie przyjął materiały od biskupa Ito. Wróćmy do treści objawień, do zdania: „Będzie to kara większa niż potop”, tymczasem w Biblii, Bóg po potopie miał powiedzieć: „Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości. Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem” [Rdz 8, 21]. Więc, albo ten Bóg wtedy kłamał, albo kłamie Matka Boża. Nie jestem sędzią, ale i tak uznałbym, że jeśli ktoś kłamie to tylko... niesłysząca s. Agnieszka i wszyscy, którzy te objawienia powielają lub propagują. Przedziwna jest tu rola Matki Bożej, łagodząca spór między Jezusem a okrutnym Bogiem, owo: „Mój Syn i Ja wiele razy powstrzymywaliśmy gniew Ojca” (sic!) Jezus w Trójcy Jedyny, ma inne zdanie niż Bóg Ojciec!. Tu świadomie i z pełną ironią: sprawdza się stare powiedzenie – gdzie diabeł nie może, tam kobietę pośle. Nawet między Boga Ojca a Syna.

  W tym miejscu właściwie można by sprawę zamknąć, ale sądzę, że warto przyjrzeć się objawieniom w Fatimie. Tym już zatwierdzonym przez Watykan jako prawdziwe. W gruncie rzeczy, w swym przekazie niewiele się różni od tego w Akicie. Jednym z zastrzeżeń do tych drugich jest plagiat z objawień fatimskich. W drugiej tajemnicy fatimskiej jest coś takiego: „Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca Świętego”2. Czyli to samo: Bóg karze (tu wojną) mimo zapewnień, że nie będzie karał wszystkich jak leci, winnych i niewinnych. Kto kłamie? Bóg Ojciec, czy Matka Boża? Ja znów nie mam wątpliwości – kłamie św. Łucja! Jeszcze gorzej jest w trzeciej tajemnicy: „(...) zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej Pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku”3. Jeśli bowiem uznać owego Anioła za wysłannika Boga, okazuje się, że moc Matki Bożej jest większa od mocy samego Boga. Dalej jest o rzezi biskupów i kapłanów, co przypomina z kolei objawienie z Garabandal, gdzie jest mowa o grzesznym klerze: „Liczni kapłani, biskupi i kardynałowie idą drogą potępienia i pociągają za sobą wiele dusz”4. Tak już na marginesie, mój antyklerykalizm przy tym objawieniu wydaje się być przysłowiowym – pikuś.

  Wygląda więc na to, że w przedziwny sposób sprawdzają się słowa Jezusa: „Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą; a ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu” [Mt 24, 11-12]. Działania fałszywych proroków to właśnie rzekome objawienia, które mamią ludzi i straszą, ponieważ brzmią bardzo pobożnie. Dodam, że bez wyjątków wszystkie objawienia właśnie takie są.


  PS. Gdyby się komuś wydawało, że się wymądrzam przez swoją rzekomą nienawiść do wierzących, polecam tekst Dariusza Piórkowskiego SJ „Jezuita ostrzega przed kolejnymi objawieniami: to demoniczna karykatura Boga”, skąd pochodzą cytaty objawień w Akicie.



Przypisy:
1 - Krótka, niepełna lista portali katolickich w Polsce, które potwierdzają autentyczność objawień w Akicie: alteista.org; pch24.pl; wiara.pl; zaufaj.com; gość.pl; religijna.pl i jeszcze wiele innych
2 - https://pl.wikipedia.org/wiki/Tajemnice_fatimskie
3 - ibidem;
4 - https://pl.wikipedia.org/wiki/Objawienia_Maryi_i_Micha%C5%82a_Archanio%C5%82a_w_Garabandal#Opinie_biskup%C3%B3w

niedziela, 5 kwietnia 2020

Profesor z YouTube


  Nie mam zamiaru dyskredytować profesorów, bo na ten tytuł trzeba sobie naprawdę zasłużyć, choć i tu są wyjątki. Np. w Polsce coraz częściej wykrywa się plagiaty w pracach naukowych, dzięki którym zdobywa się tytuły naukowe w..., np. Słowacji, gdzie nikt tych prac rzetelnie nie sprawdza. Ale ja nie o takich „naukowcach” chcę pisać. Na blogu Erinti1 pojawiła się notka gloryfikująca profesora Jordana Petersona, kanadyjskiego konserwatysty,  adiunkta Wydziału Psychologii Uniwersytetu Harwarda. Mocne podstawy, aby uznać go za autorytet naukowy. Ponieważ polemikę z notką Erinti trudno byłoby „zmieścić” w komentarzach, a ponadto grasuje tam troll, a z takim sam miałem problem, zdecydowałem się na nią we własnej notce. Nie mam zamiaru obrażać Autorki tej notki, myślę że nie będzie mi miała za złe tej formy.

  Dorobek naukowy prof. Petersona, którego nie zamierzam podważać, sugeruje, że mamy do czynienia z człowiekiem, który nie tyle rozsiewa własne, prywatne opinie, ile opiera się na naukowych podstawach. Jest z tym jednak pewien dość istotny problem. Kilka zdań wyjaśnienia. Poszło o ustawę C-16, która reguluje w Kandzie prawne kwestie osób transpłciowych. Wystarczy odnieść to do polskiego podwórka. Rzecz o pani Grodzkiej. Można mieć zastrzeżenia, co do jej płci (sam je mam), pozostaje  kwestia tego, czy można ją za to w niewybredny sposób obrażać, jak to czyniła np. pani Pawłowicz, czy pan Korwin-Mikke. W Kanadzie ustawę przyjęto i tego zaczął się czepiać prof. Peterson. Rzecz w tym, że nie czynił to w sposób, który przystoi naukowcom, na zasadzie rzetelnej dyskusji, a wykorzystał portal YouTube, narzędzie pseudonaukowych oszołomów. Można by rzec, że sam się do nich zakwalifikował. Znów odniosę się do polskiej rzeczywistości, to jest tak samo jak z pseudoteologicznymi wywodami ks. prof. Guza o konsekrowanych dłoniach kapłanów, których wirus się nie ima, głoszonych na antenie Telewizji Trwam. Kwintesencją youtubowych „wykładów” prof. Petersona było stwierdzenie, że wszystkie  antydyskryminacyjne zapisy ustawy C-16 – to zamach na wolność wypowiedzi. Innymi słowy sugeruje, że dyskryminacja wszelkich mniejszości powinna być zalegalizowana. Nic dziwnego, że na jednym z jego wykładów młodzi ludzie hajlowali, a jemu to w ogóle nie przeszkadzało, w końcu hajlowanie to też wyraz wolności wypowiedzi.

  Tak naprawdę profesor Peterson budzi kontrowersje z innego powodu. Jest orędownikiem tak zwanej stuprocentowej męskości. Jego „wykłady” w tym temacie sięgają rekordów oglądalności na YouTube, zaś książka „12 życiowych zasad. Antidotum na chaos” długi czas utrzymywała się na drugim miejscu listy bestsellerów w Stanach Zjednoczonych. Tej książce nie można nic zarzucić, to zbiór ogólnie słusznych porad, które trudno podważyć. Niemniej ta książka ma dwa „felery”, których jakby nikt nie chce zauważyć. Po pierwsze, to nie jest praca naukowa, choć pisana przez naukowca, to jest najzwyklejszy poradnik dla sfrustrowanych facetów. Po drugie, co wynika z pierwszego, te porady czasami mogą się przydać, ale najczęściej są psu na budę. Jeśli bowiem męski czytelnik nie ma predyspozycji do bycia macho, tym macho za sprawą poradnika się nie stanie. Nawet jeśli ma te predyspozycja, sprawa wcale nie jest oczywista. A wszystko dlatego, że podstawy tych porad oparte są na fałszywych przesłankach. Dla prof. Petersona przyczyną zniewieścienia facetów jest coraz bardziej ekspansywny feminizm, a każdy facet, który opowiada się za feminizmem to po prostu dupek i trzeba go „wyprostować”. Tymczasem owo zniewieścienie wynika z zupełnie innych przyczyn, czego prof. Peterson w ogóle nie dostrzega, zaślepiony patriarchalną psychologią. Gdyby ktoś nie wiedział, owo zniewieścienie wynika przede wszystkim z sytuacji ekonomicznej i gospodarczej, kiedy hollywoodzki mit od pucybuta do milionera nie jest możliwy do zrealizowania poza sferą baśni, marzeń i mitów, oraz z pogłębiającej się nierówności między bogatymi a biednymi facetami. Tych oczywistych faktów żaden podręcznikowy bestseller nie zmieni.

  Aby zobrazować filozofię prof. Petersona, a przypomnę – jest psychologiem – posłużę się jego metaforą: „Jeśli jesteś nieszkodliwy, to nie znaczy, że jesteś dobry. Jesteś po prostu nieszkodliwy. Jesteś jak królik. Króliki nie są »dobre«. Po prostu nie mogą nic zrobić... poza byciem zjedzonym”2. Wszystko pięknie, tylko że to ani przez chwilę nie stało przy naukowej argumentacji. Takich argumentów nasłuchałem się bez liku z ust Korwina-Mikkiego. Też posłużę się metaforą, choć nie mam tytułu naukowego. Jakby na to nie patrzeć, pseudonauka zawsze trafia na żyzną glebę. Wystarczy odpowiednie grono, odpowiednio nastawianych słuchaczy, a ziarno pseudonaukowego bełkotu wykiełkuje i bujnie się rozrośnie.

  Pod moim jedynym komentarzem na blogu Erinti pojawił się dość charakterystyczny zarzut: „Właśnie tak się uśmierca cywilnie osoby o niepopularnych wśród lewactwa poglądach - albo się robi z nich wariatów (...), albo gania po sądach (...). Stare bolszewickie metody”. Cóż, ani ja z tego prof. Petersona nie robię wariata (dla mnie to cwaniak), ani nie mam zamiaru gonić po sądach. Zaś poddawanie kogoś krytyce uznać za bolszewickie metody? To właśnie zarzut o bolszewizm spełnia kryteria bolszewizmu.




piątek, 3 kwietnia 2020

Sklep vis a vis kościoła


  No to nam się porobiło! Mimo apeli części hierarchów o rozsądek, ortodoksja katolicka nie może przeboleć obostrzeń, które dotknęły wiernych w związku z pandemią. I ta grupa ortodoksów wcale nie jest mała, o czym świadczy propozycja poluzowania zakazów na czas Świąt Wielkanocnych. Rząd nie może sobie pozwolić na utratę tego elektoratu.

  Jednak nie o politycznych aspektach tego stanu rzeczy chcę pisać. Na portalu Pawła Lisickiego opublikowano list pewnego wiernego, który pozwolę sobie zacytować we fragmentach: „Nigdy bym nie pomyślał, że usłyszę, iż jestem skończonym egoistą, który ma się za lepszego, mądrzejszego od księży biskupów (...). Do tego jestem egoistą, bezmyślnie narażającym bliskich, w tym dzieci, przyjmując Hostię od faceta, który nie wiadomo kogo i czego dotykał rękami. Gdy próbowałem wyjaśnić, dlaczego tak ważne jest dla mnie przyjmowanie Komunii św. i dlaczego nie wyobrażam sobie jej na rękę, usłyszałem, że to jakieś religijno-fundamentalistyczne fanaberie. Dowiedziałem się też, że – niestety – przystępowanie do Komunii, a nawet bezpośredni udział w Eucharystii nie jest dla moich bliskich niczym szczególnie ważnym. Do tego powiedziano mi, że skoro bliscy są dla mnie mniej ważni niż jakieś niezrozumiałe „widzi mi się”, to mogę się wynosić. A jeśli przyjmę Komunię do ust lub będę miał taki zamiar, to najbliżsi natychmiast się wyprowadzają, żeby nie mieszkać z kimś tak nieodpowiedzialnym i żeby móc się przede mną chronić”. 

  Teraz nie jestem pewien, czy powinienem współczuć autorowi tego listu? Ma straszliwy dylemat: strawa duchowa, czy zdrowie, a może i życie najbliższych. Pomijając wiarę, której w sobie nie mam, pomijając ów egoizm, który dla odmiany mam w nadmiarze, pozwolę sobie na opinię, że facet odleciał niczym na haju. Jeśli nawet dla niego udział w Eucharystii jest tak ważny, to na dobrą sprawę nie ma problemu. Niech stanie w kolejce przed kościołem i doczeka się momentu, kiedy przyjdzie czas na jego piątkę. Pozostaje kwestia Komunii świętej. Jeśli wręcz hamletowskie pytanie: na rękę czy do ust, jest dla niego sprawą życia i śmierci, to śmiem twierdzić, że po prostu ześwirował, pomijając fakt, że każdy z tych sposobów jest równie niebezpieczny. Warunkiem zbawienie według doktryny katolickiej nie jest Komunia święta, a wiara w Boga (patrz: Dekalog). To samo mówi Jezus: „to czyńcie na moją pamiątkę”. Na pamiątkę, a nie dla zbawienia.

  Paweł Lisicki stwierdził, że „ludziom wierzącym odbiera się prawo do udziału w praktykach religijnych, ponieważ jedynym kryterium, doprowadzonym do szaleństwa, jest pełne i absolutne bezpieczeństwo naszego doczesnego funkcjonowania”. Tymczasem, jeśli ktoś tu oszalał, to na pewno Lisicki i jemu podobni. Obojętnie jak obrazoburczo i szyderczo to zabrzmi, można śmiało stwierdzić, że wiara tym ludziom odebrała rozum. To się niestety dość często ortodoksom i fundamentalistom, nie tylko religii katolickiej zdarza. Weźmy dla przykładu islamskich zamachowców samobójców. Właściwie ten przykład jest w pełni kompatybilny z postawą Lisickiego i jemu podobnych. Tu wprawdzie nie ma materiałów wybuchowych, ale skutki są dokładnie takie same, jeśli nie większe. Zasięg bomby jest ograniczony, zarażenie wirusem przyjmuje postać postępu geometrycznego. W tej postawie ortodoksów katolickich uwypukla się jeszcze jedno – totalna pogarda dla innych, nawet współwyznawców. Ich fałszywe, faryzeuszowskie podejście do religijności (nie mylić z wiarą) przeczy samej wierze, a najgorsze jest to, że oni nie są tego świadomi.

  Jednym z argumentów tych oszołomów jest możliwość robienia zakupów w dużych sklepach, choć i tu już mamy do czynienia wręcz z drakońskimi obostrzeniami. Przecież to kompletne pomieszanie z poplątaniem. Aby wierzyć, trzeba żyć. Aby żyć, trzeba jeść. Aby jeść, trzeba to jedzenie kupić. Bez względu na zagrożenie, jakie w tym sklepie istnieje (a istnieje), innej możliwości nie ma. Nawet zakupy on line tego zagrożenie nie eliminują. Czy ograniczenia związane z Eucharystią czymś wiernemu szkodzą? Mogą stanowić najwyżej jakiś rodzaj niedogodności, ale nic poza tym. Jeśli wpadają w panikę i rozpacz z powodu tej niegodności, i tylko niedogodności, to znaczy, że ich wiara nie jest warta funta kłaków.

  Mam dla tych ortodoksów świadomie drwiącą propozycję: weźcie pod rękę jakiegoś księdza z zapasem Komunii świętej, idźcie do szpitala zakaźnego jako wolontariusze bez kombinezonów, masek i rękawiczek (jak w czasie Eucharystii). Tam na pewno jest kaplica, gdzie będzie można odprawić Mszę świętą. Skoro życie doczesne nic dla was nie znaczy, albo jest na drugim miejscu, poddajcie się zakazowi opuszczania szpitala do czasu wygaśnięcia pandemii. Jeśli przeżyjecie to dobrze, ktoś tam w niebie zapisze wam to na plus. Jeśli nie przeżyjecie, będziecie mieli szansę być wyniesieni na ołtarze...