środa, 28 lipca 2021

Podstęp i przedawnienie

 

  Z pewnych względów muszę pociągnąć temat zakonu Dominikanów. I uprzedzam, że będzie ostro. Prowincjał Paweł Kozacki OP odpowiedział1 na zarzuty Pauliny Guzik, a jakże – zarzutami – bo autorka opowieści o gwałconych kobietach pominęła pewne fakty, choć on podobno „nie ma zamiaru się bronić” (sic!).  Wśród nich są takie, jak:
- wprawdzie nie rozmawiał z s. Małgorzatą, ale za to rozmawiał z jej przełożoną w zakonie;
- nie będzie rozmawiał o zadośćuczynieniu (finansowym) inaczej niż przez swojego prawnika, skoro poszkodowane też z usług prawników korzystają;
- Prowincjał deklarował finansowanie pomocy psychologicznej, ale zgwałcone kobiety nie chciały z niej skorzystać;
- wprawdzie nie wyznaczył żadnego pełnomocnika do rozmów z gwałconymi, ale na stronie internetowej jest dostępny sposób skontaktowania się z Prowincjałem.
I teraz najważniejsze:
- „Weronika w rozmowie ze mną stwierdziła kiedyś, że żałuje teraz, że nie oddała sprawy do sądu, gdy jeszcze była nieprzedawniona”. Prowincjał również żałuję. Wolałbym, by o wysokości zadośćuczynienia zdecydował sąd.

  Nie będę polemizował z Prowincjałem Kozakiem, za mnie zrobiła to doskonale pani Paulina Guzik i gorąco polecam tę lekturę2. Tu pozwolę sobie tylko odnośnik do żalu Prowincjała, że sprawa się przedawniła. Otóż w świetle prawa cywilnego dłużnik (tu: dominikanie) może zrzec się zarzutu przedawnienia  – przy rozpoznaniu powództwa lub w ugodzie (art. 117 § 2 Kodeksu cywilnego). Jest to proste „sprawdzam” dla Prowincjała: można złożyć oświadczenie o rezygnacji z zarzutu przedawnienia. Pokrzywdzone będą mogły wówczas rozmawiać o zadośćuczynieniu także w sądzie, a Prowincjał też już nie będzie miał żalu. Osobiście nie wierzę w takie honorowe rozwiązanie problemu zadośćuczynienia ze strony Prowincjała. To mogłoby Dominikanów strasznie zaboleć..., również finansowo. 

  Napiszę szczerze, strasznie zabolał mnie pewien komentarz pod poprzednią notką, choć wiem, że autor tego komentarza czasami palnie coś tylko po to, aby się droczyć. Przytoczę: „Dominikanin wykrył sprawę a kobiety zaczęły się domagać zadośćuczynień? To może za to że zakon im zabrał tego jurnego braciszka?”. Ja przypomnę słynną wypowiedź nieżyjącego już Andrzeja Leppera: „Nie można zgwałcić prostytutki”. Mogę jeszcze inną, tym razem faceta o nienachalnym intelekcie, Korwina-Mikke: „W małżeństwie dopuszczalny jest gwałt i bicie żony. Jeśli żona robi awanturę o chleb, to zapewne nie chodzi jej wcale o chleb, tylko o to, że jest zaniedbywana – zwłaszcza seksualnie”. Od siebie dodam, że mimo odsunięcia od przewodzenia owej grupie charyzmatycznej i rzekomej izolacji, Paweł M. dalej działał w swoim „interesie” i to skutecznie, choć już z innymi kobietami, a jego współbraciszkowie i przełożeni byli tego świadomi. Przytoczę też artykuł 197 § 1 Kodeksu Karnego, który penalizuje doprowadzenie przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem drugiej osoby do obcowania płciowego. Art. 197 § 2 K.K. określa drugą postać zgwałcenia, polegającą na doprowadzeniu przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem do poddania się lub wykonania innej czynności seksualnej. Innym słowy, nawet jeśli ów braciszek był jurny, a kobiety czuły stratę po nim – doszło tu do gwałtu przez podstęp, między innymi z wykorzystaniem sakramentu spowiedzi świętej. Ktoś dopisał pod komentarzem: „He, he, dobre, widać, że urlop służy, bo skojarzenia całkiem, całkiem…”. Pominę kilka dni bardzo złego samopoczucia z powodów zdrowotnych, ale naprawdę potrzebowałem tego czasu, aby te komentarze „przełknąć i przetrawić”. Składam je na krab letniej kanikuły i fatalnych upałów, które wcale nie muszą skutkować błyskotliwością intelektu.

  Aby była jasność, nie wymagam od komentujących pełnej powagi, sam uciekam się często do ironii. Chce tylko wierzyć w to, że opinie na temat podstępem zgwałconych kobiet da się jeszcze raz przemyśleć i zweryfikować.

 

Przypisy:
1 - https://wiez.pl/2021/07/22/pawel-kozacki-pominiete-fakty/
2 - https://wiez.pl/2021/07/26/byc-krzykiem-skrzywdzonych-paulina-guzik-odpowiada-prowincjalowi-dominikanow/

 

piątek, 23 lipca 2021

Dominikańskie historie prawdziwe

 

  Jest dostępny artykuł będący niejako podsumowaniem afery o przewodniku duchowo-seksualnym grupy charyzmatycznej przy zakonie dominikanów z marca bieżącego roku, brata Pawła Malińskiego OP (nazwisko podała Komisja Terlikowskiego). Od razu dodam, że wcale nie chodzi o „Wyborczą”, choć uczciwie przyznam, że wśród katolickich portali „Więź” może uchodzić za „Wyborczą bis”. Pewnie dlatego lubię tam zaglądać. A artykuł jest wręcz sensacyjny i to w dwóch wymiarach.

  Pierwszy wymiar dotyczy szczegółów manipulacji zakonnika i opisu jego metod „uzdrawiających” grzesznice, członkinie grupy charyzmatycznej, które prowadził ku zbawieniu przez Ducha Świętego. I tu napiszę wprost, mnie trudno uwierzyć w to, że te młode kobiety potrafiły być w dzisiejszych czasach tak głupio naiwne. Są tylko dwa wyjaśnienia. Primo – mimo swojego wieku ich edukacja seksualna była na poziomie przedszkola, jeśli w ogóle była. Na wszelki wypadek nie będę twierdził, że teraz wiem, dlaczego Kościół tak bardzo się tej edukacji sprzeciwia. Secundo – indoktrynacja religijna jest dlatego niebezpieczna, że czyni w mózgach straszliwe spustoszenie, szczególnie w kwestii oceny osobistego niebezpieczeństwa. Tu wręcz chciałoby się krzyczeć: drogie parafianki, żaden Bóg, żaden Duch Święty, żadna Matka Boska, ani tym bardziej jakiś porąbany zakonnik nie obroni was przed zboczeńcami. Nie pomoże też żadna modlitwa, tu potrzebny jest instynkt samozachowawczy. Oszczędzę sobie i Wam tych dość szczegółowych opisów działania terapeuty duchowego, kto jest ich ciekawy niech sam zajrzy na wskazany link w przypisach. Lektura jest w tej materii dość obszerna i drastyczna.

  Niemniej już nie potrafię uciec od drugiego wymiaru, tematu zadośćuczynienia za krzywdy oszukanych, otumanionych i gwałconych kobiet. Jeszcze w marcu, tuż po upublicznieniu informacji o „działalności ewangeliczno-leczniczej” w grupie charyzmatycznej dominikanina Pawła M., prowincjał zakonu Paweł Kozacki publicznie obiecywał pomoc pokrzywdzonym i mówił: „Gdybyście czegokolwiek potrzebowały, dawajcie znać. Prosząc o wybaczenie deklaruję, że jeśli w jakikolwiek sposób możemy pomóc, to jesteśmy gotowi bezwarunkowo udzielić każdej pomocy, która byłaby przydatna”. Prawda, że pięknie? Otóż można to uznać za żart prima-aprilisowy, bo te słowa zostały wypowiedziane około 1 kwietnia. Dziś prowincjał zamilkł jak zaklęty otaczając się rzeszą prawników „SMM Legal” (jedna z najlepszych kancelarii prawniczych), mających studzić roszczenia pokrzywdzonych i chronić sam zakon przed wścibskimi. A prawnicze procedury wymagają od ofiar Pawła M. ponownego przeżywania tamtych wydarzeń, bo..., bo zakon dominikanów w ogóle nie dbał o dokumentację, choć ją miał. Ofiary już się przekonały, że ich los jest dla prowincjała zupełnie obojętny. Nie powołał nawet jednego rzecznika z ramienia zakonu, który informowałby pokrzywdzone, na jakim etapie jest sprawa, i który zainteresowałby się obecnym losem kobiet. Ledwie trzech dominikanów (wymienionych z nazwiska), zupełnie prywatnie, ma kontakt z ofiarami i próbuje okazać im empatię, wstydząc się tego jak się zachowują władze zakonu. Owe władze potrafiły kiedyś zatroszczyć się o Pawła M., zapłacić za jego doktorat, utrzymywać go przez tyle lat mimo, że znały jego skłonności, a jego ofiary dziś zbywa milczeniem i nie bierze odpowiedzialności za szkody fizyczne, psychiczne i moralne.

  W całym tym religijno-erotycznym bajzlu, świeckim też, przestałem rozumieć sens instytucji przedawnienia. Za puentę niech posłużą słowa s. Małgorzaty, jednej z ofiar: „Oni codziennie sprawują i przyjmują Eucharystię, nauczają, głoszą. A potem knują, żeby PR-owo ładnie wyszło. Wynajmują drogą kancelarię, żeby dać jak najmniej. Czasem sobie myślę, że ich patron, św. Dominik, to się w relikwiarzu przewraca. Jeśli mój Kościół nie potrafi mnie obronić, to kto mnie obroni?”. Mój komentarz jest w takich okolicznościach całkowicie zbędny.

 

Przypisy:
Całość i cytaty za: https://wiez.pl/2021/07/20/dla-czystego-wszystko-jest-czyste-dominikanskie-historie-prawdziwe/

 

 

środa, 7 lipca 2021

Lektura nieobowiązkowa

 

 Właściwie to nie wiem, co mi sprawiało większe cierpienie w szpitalu, obolała noga czy lektura książki „Kto fałszuje Jezus?” Pawła Lisickiego? W końcu wyszło, że podczas tej lektura miałem momentami niezły ubaw, czego o bólu nogi powiedzieć się nie da. Tematykę książki wyjaśnia podtytuł „Odpowiedź na oskarżenia współczesnych ateistów”, tu tylko dodam, że jest to książka z gatunku pseudo teologicznych, bo też Lisicki ma się za wybitnego znawcę i obrońcę wiary katolickiej, teologa amatora.

  Nowych, podobno niezależnych a wyjątkowo płodnych pisarzy cechuje szczególna powaga w stosunku do samych siebie i tematyki, którą poruszają, gdyż powaga jest główną strategią w odniesieniu do religii katolickiej. Nic to, że taki pisarz dyma czytelnika niczym kaznodzieja – nauczyciela religii od przedszkolu do pierwszej Komunii świętej (później jest już trudniej). Lisicki jest w tym dymaniu doskonały. Nie tylko on uważa, że prawdziwa wiara katolicka nie może być prawdziwą wiarą, jeśli odrzuca rozum. Według tej „prawdy” prawdziwi chrześcijanie weryfikują twierdzenia wiary w oparciu o osiągnięcia naukowe. Nic dziwnego, że Lisicki z śmiertelną powagą uważa, że domysły i ekwilibrystyczne łamańce myślowe oparte na tekstach biblijnych są nauką w ścisłym tego słowa znaczeniu. Biologia, socjologia, a nawet historia – wolne żarty – jeżeli nie opierają się na przekazie biblijnym, nie są warte funta kłaków.

  Napomknę tylko o jednym wątku – dziewictwo Maryi, omówionym w jednym, blisko dwudziestostronicowym rozdziale. Otóż według Lisickiego owo dzieworództwo jest dlatego prawdziwe, że jest wyjątkowe i niepowtarzalne. Jeśli nauka medyczno-biologiczna tego nie uznaje, to tym gorzej dla nauki. Ale tego mu nie wystarcza. Historia o dziewiczym poczęciu pojawia się dopiero trzydzieści lat po wniebowstąpieniu i wniebowzięciu u ewangelistów, którzy oparli się na słowach proroka Izajasza, o pannie, która urodzi syna. I to jest kolejny dowód na prawdziwość tego dogmatu, choć wciąż trwa spór o to, czy określenie „panna” jest jednoznacznie tożsame z dziewicą. Prawdziwa historia cudownego poczęcia bez udziału faceta z krwi i kości była przechowywana ustnie w rodzinie Jezusa, jako ściśle strzeżona tajemnica do czasu, gdy już im nic nie groziło za rozpowszechnianie takiego cudu, a pierwsze wspólnoty chrześcijańskie były gotowe go bez zastrzeżeń uznać. W podobnie „rozumowy” sposób Lisicki obnaża wszystkie „kłamstwa” ateistów o irracjonalności dogmatów, mających swój początek w Biblii.

  Czytam na tylnej okładce: „Ta książka to oręż na wroga, który pod maską pięknych i wzniosłych idei kryje oblicze prawdziwego demona” i mnie to idealnie pasuje do narracji ideologów religii – kto nie z nami, ten jest demonem. Lisicki, nawiasem mówiąc nie tylko w tej książce, ma obsesję na punkcie czterech najważniejszych współczesnych ateistów – Dawkins, Harris, Hitchens i Denett – przedstawicieli tak zwanego ateizmu wojującego i ja się nie dziwię, że nazywa ich demonami. Pewnie śnią mu się po nocach, tak jak mnie abp Jędraszewski. Choć jemu pewnie bardziej, nie tyle przez ich ilość, ile dlatego, że ja nie mam potrzeby napisania książki o swoim sennym prześladowcu.

  Te blisko pięćset stron czyta się ciężko i na domiar wszystkiego z lekkim rozczarowaniem. Lisicki właściwie obsesyjnie kłóci się z ateistami, którzy, jak mniemam, nigdy w życiu nic o nim nie słyszeli i słyszeć nie będą. W książce nie ma niczego nowego, z czym bym się już nie zetknął, również we wcześniejszych jego tekstach. Razi przede wszystkim brak odrobiny, jeśli już nie krytycyzmu to przynajmniej pewnego dystansu do treści Biblii, którą Lisicki traktuje niemal jak nieprzejednany kreacjonista. Jeśli wszechświat powstał w sześć dni, to tak na pewno było. I na pewno Bóg strasznie się zmęczył, skoro siódmego dnia odpoczywał. Kościół już dziś oficjalnie mówi, że nie trzeba wierzyć w cuda, objawienia, ani tym bardziej w historyczno-autentyczny przekaz Biblii, a mimo to można być dobrym katolikiem. Dla Lisickiego taka forma wiary jest wiarą bezrozumną i dlatego nienawidzi zbyt liberalnego jak na jego religijny radykalizm, obecnego papieża Franciszka.

  Zastanawiam się już po lekturze, dla kogo jest ta książka? Nie sądzę, aby przeciętny wierzący chciał sobie gmatwać niezachwianą wiarę taką ekwilibrystyką pojęciową z odwołaniem do teologów, których nazwisk dziś nikt nie pamięta, albo ich w ogóle nie zna. Taki ateista jak ja, znajdzie w książce potwierdzenie, że powoływanie się na rozum przez piewców religii to nic nieznaczący slogan, mający im samym poprawić samopoczucie. Jeśli już miałbym komuś polecić, to tylko wyznawcom słów: „Mówi głupi w sercu swoim, Boga nie ma. Oni są zepsuci, ohydne rzeczy popełniają, nie ma takiego, co dobrze czyni” [Ps 53, 2].


„Kto fałszuje Jezusa? Odpowiedź na oskarżenia współczesnych ateistów”, Paweł Lisicki, Wydawnictwo Esprit 2021 r., stron 463.

 

 

niedziela, 4 lipca 2021

Pożoga

 

  Gdy pojawiły się na katolickich i prawicowych portalach informacje o podpaleniach kościołów w Kanadzie przyznam, że miałem mieszane uczucia. Były i takie teksty: „Nie był to w ostatnim czasie jedyny akt wandalizmu [zniszczenie pomnika JPII – dopisek mój] w Kanadzie wobec katolickich obiektów kultu. Wcześniej spłonęły już cztery kościoły”. Dodam, że w ostatnich dwóch tygodniach były kolejne dwa podpalenia, obalono pomniki królowych Wiktorii i Elżbiety II, i sprofanowano kilkadziesiąt obiektów kultu religijnego. Najpierw te informacje skojarzyły mi się z niszczeniem elewacji polskich kościołów w czasie Strajku Kobiet, później doszedłem do wniosku, że i kanadyjskie lewactwo atakuje budynki, które przecież niczemu nie są winne i to jest działanie jakby bez sensu. Podejrzenia wzbudziło nagłe wyciszenie tej sprawy. Zrobiło się cicho, choć przecież takich profanacji katolicko-prawicowe media tak łatwo nie odpuszczają.

  Wprawdzie wzmiankowano coś o odnalezionych grobach przy (nie tylko katolickich, ale i protestanckich) szkołach dla Indian, tylko kto by się tam skupiał na takich drobiazgach. Jednak drobiazg wcale nie jest drobiazgiem – można wręcz mówić o planowanym wyniszczeniu rdzennej ludności Kanady w imię, i tu proszę o uwagę, w imię wyższej, chrześcijańskiej cywilizacji. Ofiary idą w tysiące! Daruję sobie opisywanie szczegółów, kto ciekaw sam znajdzie je w necie. Warto zwrócić uwagę na coś innego. Jan Paweł II był w Kanadzie trzy razy i to w czasie, gdy sprawa wyniszczania indiańskich dzieci już była znana. Ani słowem się na ten temat nie zająknął. Benedykta XVI w ogóle to nie interesowało, zaś papież Franciszek opamiętał się dopiero na wieść o palonych kościołach. Zapowiedział, że przeprosi tubylców. Podobno w grudniu, bo prędzej nie ma czasu. A może się boi, że swoimi przeprosinami doleje oliwy do ognia? Dalej twierdzę, że palenie budynków kościelnych jest bez sensu. Powinny stać nietknięte, ale jednocześnie niszczejące czasem i coraz bardziej puste, jako pomniki hańby wspaniałej, chrześcijańskiej cywilizacji. Niemniej powoli dociera do mnie, że ta pożoga to jedyny sposób, aby się Kościoły (również chrześcijańscy politycy) obudziły z błogiego letargu samozadowolenia i chorej idee fixe o boskiej szczęśliwości, która ma usprawiedliwić każdą podłość i każdy przejaw dążenia do zdławienia wolności wyboru własnej tożsamości, jeśli nie jest podporządkowana jedynie słusznej religii.

  Tymczasem czytam, że Jonson Kennedy, premier stanu Alberta ostro potępił te przejawy wandalizmu, tu znów proszę o szczególną uwagę, i przypomniał, że „wiele z zaatakowanych wspólnot założyli imigranci, przybywający do Kanady w poszukiwaniu spokoju i szansy na lepsze życie1 (sic!) Czyli co? Aby chrześcijańskim osadnikom nikt spokoju nie zakłócał zamknęli tubylcze dzieci w internatach w warunkach urągających ludzkiej przyzwoitości? W tym samym artykule jest jeszcze jedna kuriozalna wzmianka, próbująca złagodzić przekaz: „(...) analiza dostępnych danych pozwala stwierdzić, że odsetek śmiertelności wśród podopiecznych szkół nie odstaje wyraźnie od średniej śmiertelności dzieci w ówczesnej Kanadzie2. Wystarczy zapytać: to dlaczego odnajduje się mogiły tylko indiańskich dzieci, przy szkołach tylko dla niech przeznaczonych?

  Proszę mi się nie dziwić, ale gdy dziś słyszę wzniosłe mowy o wartościach, w jakich powinno się wychowywać polską młodzież głosami abp Nycza, ministra Czarnka czy kurator Nowak – dostaję białej gorączki. Sam chętnie nawoływałbym młodych do bojkotu lekcji religii i czekającej ją chrześcijańskiej etyki. Cywilizacja, która rości sobie miano do bycia najwspanialszej była de facto oparta na teorii niższych ras i koncepcją eugenicznej likwidacji ludów pogańskich, a dziś jest cywilizacją maniakalnej wyższości oraz wrogiego nastawienia do wszelkiej inności. Poza złagodzeniem metod nic się nie zmieniło, nawet narracja. Oni chcą wciąż ewangelizować na siłę zakazami i nakazami, ponieważ nie potrafią przyciągać do wiary niczym innym. Opowieści o cudach i objawieniach, zapewnienia o wiecznej szczęśliwości, jałowa gadka o miłości niewidzialnego i niematerialnych Boga, którą koniecznie trzeba odwzajemniać, straszenie wiecznym potępieniem – to już nie działa. Z metody kija i marchewki został się jedynie kij, choć w znaczeniu alegorycznym. Wbrew temu, co twierdzą święte Księgi, człowiek nie jest ulepiony z gliny, którą da się dowolnie formatować według czyjegoś widzimisię, przynajmniej nie dziś, kiedy wiedza jest powszechnie dostępna a w człowieku obudziła się potrzeba samodzielnego decydowania o sobie i żądanie szacunku dla własnego „ja”.

 

 

Przypisy:
1 -
https://pch24.pl/kanada-archeologiczne-odkrycia-podkladka-dla-antychrzescijanskiego-powstania/
2 - ibidem.