środa, 16 sierpnia 2017

Odmawiajcie różaniec.




  Kult Maryjny w Polsce i świecie jest dość szeroko rozpowszechniony i ma bogate tradycje, mimo że jego geneza może budzić pewne wątpliwości. Wszak w samych Ewangeliach, postać Maryi występuje ledwie kilkanaście razy. Ale ja nie o tym, czy ów kult ma uzasadnienie czy nie, w gruncie rzeczy dziś niewiele z tego kultu rozumiem, choć przecież w latach młodzieńczych sam pielgrzymowałem i do Częstochowy, i do Piekar Śląskich. Wtedy wydawał mi się tak oczywisty jak sama wiara w Boga.

  Odłamy protestantyzmu tego kultu nie uznają i w tym tkwi największa różnica w odniesieniu do katolicyzmu. Nie będę wchodził w ten spór, nic mi do niego. Natomiast mamy sierpień, miesiąc tradycyjnych pielgrzymek do Częstochowy. Nawet i ta tradycja nie budzi mojego sprzeciwu. W końcu przymusu pielgrzymowania nie ma, przynajmniej póki co. O tych pielgrzymkach jest teraz multum artykułów na portalach katolickich i prawicowych, szczególnie takich, które je gloryfikują,  uzasadniają i do nich zachęcają. Rzekłbym lekko ironicznie: reklama dźwigną handlu, co nie jest aż tak do końca określeniem przesadzonym czy metaforycznym. Ale skoro toleruję reklamy w ogóle i tej formy propagującej pielgrzymki nie mogę krytykować.

  Niejako przypadkiem natrafiłem na dość kontrowersyjny w swej wymowie artykuł, który namawia do regularnego odmawiania różańca, nie tylko w czasie owych pielgrzymek. Właściwie w samej namowie do odmawiania modlitwy różańcowej też nie widzę nic niestosownego, gdyby..., gdyby nie uzasadnienie, ujęte w tytule: „15 obietnic, które Matka Boża złożyła każdemu odmawiającemu różaniec”1. W moim, ateistycznym odczuciu anonimowy autor „om” (za bł. Alanem de La Roche), pewnie nieświadomie, zamiast przysporzyć glorii Matce Bożej po prostu ją obraża. Warto przeanalizować wybrane z tej piętnastki punkty.

1. Tym, którzy będą pobożnie odmawiali Różaniec, obiecuję szczególną opiekę.
Co to znaczy pobożnie? Jest jakaś miara (skala) tej pobożności? Czy nie łatwo o wniosek, że tym, którzy niezbyt pobożnie odmawiają różaniec, już szczególna opieka się nie należy?
2. Dla tych, którzy będą wytrwale odmawiali Różaniec, zachowam pewne szczególne łaski.
Dokładnie to samo. Jest jakaś miara wytrwałości? Dzień, miesiąc, rok, całe życie? W obu punktach mamy do czynienia z rodzajem kupczenia, odmawiaj różaniec – a będzie ci coś dane, coś, co nie wszystkim wiernym się należy.
4. Różaniec doprowadzi do zwycięstwa cnoty i dobra; w miejsce miłości do świata [podkreślenie moje] wprowadzi miłość do Boga i obudzi w sercach ludzi pragnienie szukania nieba.
Powiem szczerze, że nie zazdroszczę tym, którzy pozbędą się miłości do świata i wszystkiego, co go tworzy, czyli nawet ludzi. Życie w takim świecie musi być koszmarem.
5. Ci, którzy zawierzą mi się przez Różaniec, nie zginą.
To już kuriozum graniczące z groźbą. Możesz zginąć bracie i siostro, jeśli nie zawierzysz się Matce Boskiej przez różaniec.
6. Ci, którzy będą z pobożnością odmawiali mój Różaniec, rozważając jego tajemnice, nie zostaną zdruzgotani nieszczęściem ani nie umrą nie przygotowani.
Podobnie jak powyżej, trudno tej „obietnicy” nie traktować inaczej jak groźby, tu groźby zdruzgotania nieszczęściem. Zresztą sama obietnica, w odniesieniu do faktów wydaje się mało wiarygodna.
11. To, o co prosić będziecie przez mój Różaniec, otrzymacie
Można by sądzić, że każda inna prośba do Boga czy do Maryi, jeśli nie będzie mieć załącznika w postaci Jej modlitwy różańcowej, jest... nieskuteczna.
14. Ci, którzy wiernie odmawiają mój Różaniec, są moimi dziećmi – prawdziwie są oni braćmi i siostrami mego Syna, Jezusa Chrystusa.
Tu już chyba mamy do czynienia z herezją. Pominę fakt, że w Biblii nie znajdziemy żadnej wzmianki o takim znaczeniu różańcowej modlitwy. Jest gorzej, bo oto człowiecza kobieta, nawet jeśli w jakiś sposób wyróżniona przez Boga, jeśli nawet święta i błogosławiona, zostaje w tym zdaniu stawiana wyżej niż Jezus Chrystus, to jej się przypisuje prawo orzekania, kto ma być bratem lub siostrą Syna Bożego (sic!)


  Ten artykulik, w moim osobistym przekonaniu, bardziej ośmiesza religię i wiarę katolicką, niż wszyscy ateiści, niewierni, wierzący inaczej a nawet bluźniercy... razem wzięci. Tego nie da się inaczej określić inaczej, jak totalna kompromitacja, nie tyle kultu Maryjnego, nie tyle samego Różańca, ile głupiej i bezrefleksyjnej wiary. Mógłbym to zrozumieć, gdy to był jednorazowy wyskok jakiegoś „nawiedzonego inaczej”, tacy się w końcu trafiają, ale nie potrafię zrozumieć, że taka forma religijności może być propagowana na katolickim portalu, który w swym opisie twierdzi, że „ma wymiar cywilizacyjny [podkreślenie moje], a nawet eschatologiczny”2.

  W dniu poprzedzającym opublikowania felietonu wydarzyła się na Maderze tragedia3. Podczas obchodzenia święta patronki wyspy, Matki Boskiej z Gór, przewróciło się drzewo na świętujących, zabijając 11 osób (w tym dwoje dzieci) a 35 zostało rannych. Nie wyobrażam sobie aby nie odmawiali różańca, ale ja żadnego związku się nie doszukuję, niczego nie sugeruję, niemniej polecam jeszcze raz spojrzeć na punkty 5, a przede wszystkim 6.




poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Bluźniercy, idziemy po was!




  Prof. Pawłowski twierdzi, że „Z natury jesteśmy teistami, wiarę mamy wdrukowaną w mózg. To bycie ateistą wymaga dużego wysiłku, niejako zerwania z naturą”1. I dodaje, że „(...) ci, którzy się nie boją Boga muszą być chyba nienormalni”. I ja się pod tymi stwierdzeniami podpisuję, nawet o tej nienormalności, bo normalność nie zawsze znaczy poprawność czy prawdziwość, czasami jest nią li tylko stereotypowość.

  Nie tak dawno Jarosław Kaczyński spotkał się z ks. Rydzykiem na antenie Telewizji Trwam, gdzie wypowiedział dość znamienne słowa: „Obronimy Polskę, ojcze dyrektorze! My to traktujemy jako swoją misję [podkreślenie moje]. (...) Jesteśmy rzeczywiście ostatni [prawdziwi chrześcijanie – dopisek mój], ale to nie oznacza, że nasza twierdza zostanie kiedykolwiek zdobyta. Musimy ją obronić dla Polski, dla Polaków i dla Europy. Po prostu dla ludzkości. Nie chcę wchodzić w nieswoją rolę, no ale szatan chodzi po świecie”2. I tu już zaczynam mieć problem z tą wdrukowaną wiarą w nasz mózg. Po prostu ta misja mnie osobiście przeraża. Dla większości wierzących katolików szatanem to nie tylko upadły anioł, ale również wszyscy ci, którzy są niewierzącymi lub wierzącymi inaczej, gdyż w nich szatan wstąpił. Łatwo stąd wyciągnąć wniosek, że J. Kaczyński, wespół z swymi poplecznikami, oraz T. Rydzyk z swymi fanami (fanatykami), będą bronić Polski przed takimi jak ja i mnie podobnymi. Rodzi się pytanie o metody tej obrony. Pewnie do masowej eksterminacji nie dojdzie, choć w kontekście słów z tego samego wywiadu: „Mam nadzieję, że te starania nam przyniosą ostatecznie efekty”, to wcale nie jest takie pewne. Mnie się to dziwnie, choć przypadkowo, kojarzy z „ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej”. Bardziej realne wydają się być dwa inne rozwiązania: masowa deportacja, co już niektórzy posłowie i posłanki PiS publicznie sugerowali, czy zamykanie w obozach resocjalizacyjnych. Można powiedzieć, że fantazjuję i szczerze powiedziawszy sam bym chciał, aby to było science fiction.

  Problem w tym, że na pewnym portalu katolickim natrafiłem na dwa dziwne w swej wymowie artykuły. Pierwszy nosi tytuł „Deus vult albo śmierć Europie”, drugi „Bluźniercy, idziemy po was!”. Wprawdzie hasło „Deus volt” jest ściśle związane z krucjatą wobec islamu, jednak autor, Michał Wałach ewidentnie nawołuje do przywrócenia rycerski ideałów zbrojnej walki z niewiernymi. Pisze: „Daleko od ideałów rycerskich są liczni katolicy, od wiernych, przez księży i biskupów, na papieżu skończywszy. A przecież zwołujący I krucjatę Ojciec Święty Urban II jest dzisiaj błogosławionym, a twórca zwycięskiej pod Lepanto Ligi Świętej Pius V – świętym”3. Nic innego, szlachetna i zbrojna walka z niewiernymi prowadzi do świętości. W podobnym stylu, już bez odniesienia do islamu lecz konkretnie do niewiernych-bluźnierców, odnosi się Krystian Kratiuk: „Gdybyśmy byli społeczeństwem prawdziwie katolickim, nie umieścilibyśmy w naszym kodeksie karnym absurdalnego przepisu o obrazie uczuć religijnych, ale zawarlibyśmy zapis mówiący o ściganiu z urzędu bluźnierstwa – obrazy Pana Boga!”4. Wprawdzie po tym tekście nasuwa mi się pewna wątpliwość, gdyż najpierw należałoby udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że Bóg istnieje, co jeszcze nikomu się nie udało, nawet najwybitniejszym teologom. Wiara w Boga już z definicji jest domniemaniem. Nawet będąc najbardziej przekonanym, wciąż jest to tylko domniemanie. Powinienem się cieszyć, że gorliwy katolik wreszcie mówi prawdę o obrazie uczyć religijnych, mówiąc o absurdzie tej konstrukcji, rzecz w tym, że pobudki takiej oceny są zupełne odmienne od moich. Dla niego ten zapis jest po prostu zbyt mało restrykcyjno-represyjny.

  Na tym samym portalu pojawił się wczoraj jeszcze jeden, ciekawy w treści artykuł: „Chrześcijanie potrzebują ducha Wandei, aby przeciwstawić się ateizmowi”5. Przypomnę niezorientowanym. W departamencie Wandei wybuchło zbrojne powstanie przeciw Rewolucji Francuskiej. Samo krwawe, równie krwawo i brutalnie stłumione. Czytamy: „Kiedy chodzi o Boga, nie może być żadnego kompromisu. Wandejczycy nauczyli nas stawiać opór wszystkim rewolucjom”. Autor tych słów, kard. Robert Sarah mówi wprawdzie, że ten opór ma polegać na modlitwie, ale ów brak kompromisu brzmi dość dwuznacznie, tym bardziej, że podobno „praktyczny ateizm tłumi w nas życie” (sic!). Tylko we mnie rodzi się przekonanie, że jest akurat na odwrót. To religie tłumią w nas prawo do życia zgodnie z naszymi potrzebami i pragnieniami.

  Za epilog niech posłuży krótka historia, związana z moim pobytem w szpitalu. Do sześcioosobowej sali „ładuje się” się ksiądz z pytaniem, czy ktoś chce przyjąć komunię św. Ja to rozumiem, choć nie do końca, bo w szpitalu jest kaplica, gdzie co drugi dzień odprawia się mszę św., a wszyscy chorzy na sali są osobami „na chodzie”, przynajmniej w kwestii palenia papierosów. Ja zaś nie za bardzo przez pierwsze dni. Jest dwóch chętnych, reszta przynajmniej udaje – wstają, jeden klęka. Tylko ja, ta czarna owca, nie reaguję w ogóle i przeglądam sobie net, co przecież w niczym nikomu nie powinno przeszkadzać. Już po całej ceremonii mój wzrok napotkał wzrok księdza. Zapewniam, że ani miłości, ani współczucia w nim nie było, wręcz przeciwnie. Niemal słyszałem jak z wyrazem oburzenia chce mi powiedzieć, że mógłbym się chociaż przeżegnać. I tak co drugi dzień. Nawet miałem ochotę wychodzić na ten czas, tylko niby dlaczego? Z nas dwóch, to on był intruzem, bo szpitalna sala dla chorych nie jest kościołem, choć dziś do końca wcale nie jestem tego taki pewien.



 

piątek, 11 sierpnia 2017

Z dedykacją dla KnittingDays i Olimpii Werol



  Przyznam ze zdumieniem, że tego się nie spodziewałem. Mój, w gruncie rzeczy ateistyczny blog, ateizm propagujący, stał się miejscem poważnej dyskusji na temat relacji człowieka z Bogiem oraz próbą zrozumienia cierpienia w odniesieniu do tej relacji. I to w aspekcie w pełni religijnym. Cóż, zgodnie ze staropolską gościnnością, która we mnie nie tyle wynika z tradycji, ile z osobistej potrzeby, nie powiem złego słowa.

  Poszło o jedno moje stwierdzenie zawarte w odpowiedzi na pewien komentarz: „Nie wolno mieszać Boga z cierpieniem”. Przyczyna jest prozaiczna. Skoro ma być Stwórcą wszystkiego, trudno nie nazwać kogoś, kto zsyła na nas cierpienie – inaczej niż sadystą. Tymczasem darzy nim obficie, często z zupełnie niezrozumiałych przyczyn. Tego niestety nie sposób usprawiedliwić, nawet enigmatycznym niezbadane są wyroki boskie czy równie popularnym nie znamy zamiarów Boga. Szczególnie to ostatnie twierdzenie rodzi zastrzeżenia, którego moje Czytelniczki zdają się zupełnie nie dostrzegać lub, o co je nie posądzam, całkowicie je ignorują. Skoro bowiem nie znamy zamiarów i motywów działania Boga, stwierdzenia typu „W miarę poznawania [podkreślenie moje] Boga rośnie nasza wiara i miłość do Niego”1 jest zaprzeczeniem faktu, że człowiek nigdy nie będzie w stanie zrozumieć i poznać istoty Boga. Nawet światli filozofowie, ze wskazaniem na teologów, są tutaj zgodni. Upraszczając: człowiek jest zbyt malutki, by Go pojąć. Co więc możemy powiedzieć o Bogu? Paradoksalnie wszystko, wszystko to, co sami sobie o Nim wymyślimy, a ponieważ nasza fantazja nie zna granic, mówimy o Nim w kategoriach absolutu. Absolutnie dobry i miłujący, absolutnie wszechmogący, absolutnie wszechwiedzący, itd., itp. Problem w tym, że jest jedna rzecz, która w tym absolucie się nie mieści – cierpienie i jego rzekomy sens – bo musielibyśmy powiedzieć, że Bóg jest też absolutnie okrutny i sadystyczny. W jednym z komentarzy Aisab pisze: „Jej (Matki) męczeńskie życie i cierpienie miało sens. Nauczyło nas wszystkich pokory”. Nie znam szczegółów, ale nigdy nie pokochałbym kogoś, kto skazałby mojego rodzica na męczeńskie życie i cierpienie tylko po to, by mnie czegoś nauczyć, a tym bardziej pokory. Pokory względem... okrutnika?

  Jestem świeżo po lekturze książki Michaela J. Backley’a SJ, dyrektora Jesuit Institute przy Boston College, „Ateizm w sporze z religią”. Nie, to nie będzie recenzja, ani nawet streszczenie. Odniosę się do jednego poruszanego w niej wątku, dotyczącego Ludwiga Feuerbacha, studenta teologii, późniejszego ateistycznego filozofa. Przeszedł dość podobną drogę do mojej, którą da się streścić jednym krótkim zdaniem: „Bóg był moją pierwszą myślą, rozum drugą, człowiek trzecią i ostatnią”2. Feuerbach posługuje się trzema argumentami, które tłumaczą zjawisko religijności: ludzka samoświadomość, atrybuty Boga są ludzkie, Bóg (jako wyobrażenie) jest przeciwnikiem człowieka. Ta samoświadomość tworzy Boga i religię, zaś wszystkie atrybuty Boga wyprowadzone są z wyidealizowanych i nieosiągalnych w sposób doskonały cech ludzkich. W ten sposób człowiek przez religię pozbawił się tego, co czyni Boga doskonałym. Bóg staje się świętym, ludzie są grzeszni. Bóg jest czysty, ludzie są zepsuci. Bóg jest mądry, ludzie są głupi. Feuerbach dochodzi do wniosku, że istnienie Boga jest poniżeniem człowieka. Boskość ograbia ludzi z tego, co jest w rzeczywistości ich. „Dla wzbogacenia Boga człowiek musi zbiednieć. By Bóg mógł być wszystkim, człowiek musi być niczym”3. Innymi słowy, człowiek nie dostrzega tego, do czego doprowadziła samoświadomość, tworzy fałszywe iluzje, stale podtrzymywane przez teologię. Religijni myśliciele odwracają kolej rzeczy – projekcja Boga, niemożliwa do realizacji bez samoświadomości człowieka, ma być przyczyną jej istnienia. Bóg by nie istniał, nawet gdyby faktycznie istniał, jeśli nie byłoby naszej samoświadomości.

  Podejrzewam, że powyższy akapit może wydawać się wierzącym obrazoburczy. Ale to mistyk, poeta, nie kto inny jak święty Jan od Krzyża, święty katolicki, anglikański, czczony przez Kościół ewangelicko-luterański stwierdza zupełną nietrafność religijnego doświadczenia, religijnej świadomości. Nasze rozumienie jest ograniczone tym, kim jesteśmy, a jesteśmy tylko ludźmi. „Człowiek przyjmuje boskość nie po Bożemu, lecz jedynie po ludzku i naturalnym sposobem. Nie pomogą żadne ćwiczenia, żadne rozmyślania o rzeczach boskich”4. Autorowi tych słów, do zrozumienia tejże boskości potrzebne było zbudowanie pojęcia łaski (jako niezbędna konieczność), przez innych utożsamiana z Duchem Świętym, który jest de facto personifikacją świadomości Boga, i co powtórzę – którego stworzyła nasza samoświadomość. Św. Jan Ewangelista pisze: „Boga nigdy nikt nie widział” [J 1,18], zapewniając w ten sposób, że poznanie boskiej istoty nie jest możliwe dla człowieka. A ponieważ tkwi w nas potrzeba religijności, zamykamy się w magiczno-mistyczno-religijnym kręgu. Do tego stopnia, że przestaje nas interesować jakakolwiek argumentacja, która mogła by nas z niego wyrwać. W nim czujemy się bezpieczni i uwolnieni od zadawania kłopotliwych pytań. Wolimy niezbadane, ponieważ to, czego poszukujemy góruje nad poznaniem i tkwi w mroku bezpiecznej niewiedzy. Użyję alegorii, przyklejamy na rajskim Drzewie Życia i Poznania nadgryzione jabłko, które tak niefrasobliwie zerwała Ewa, a którego smak ledwie zdołaliśmy zakosztować.

  Obie Panie upierają się przy innej fałszywej tezie – bez Boga nigdy nie poznamy czym jest dobro i miłość. Śmiem twierdzić, że jest dokładnie na odwrót, to Bóg uczy się od człowieka dobroci i miłości, i paradoksalnie czyni z nich absolut dla człowieka nieosiągalny. Gdyby człowiek sam nie sprecyzował tych pojęć, które później przypisał Bogu, nigdy nie osiągnąłby takiego stopnia rozwoju jaki istnieje dziś, ba, wątpliwe czy w ogóle by istniał. Wzajemnie byśmy się pozabijali, nie mając świadomości, że zabijanie jest złe i to wcześniej niż ukształtował się obraz Boga. Innym argumentem za tym, że to Bóg uczy się od ludzi, jest ewolucja moralności. To za sprawą niekoniecznie prawdziwie religijnych moralistów, człowiek porzucił rytualne zabijanie, zmienił stosunek do niewolnictwa, które było hańbą człowieczeństwa, uznał święte wojny za zbrodnię, zabijanie dla wiary z powodu jej braku za nonsens, czy ratowanie życia rannym i chorym za konieczność. Wreszcie ostatnia sprawa – człowieczy pęd do wiedzy, która czyni nasze życie znośnym. Gdybyśmy go stłumili, zdając się tylko na miłość i dobroć Boga, do dziś nękałyby nas takie pandemie jak dżuma,  cholera, nawet grypa zabijałaby nas równie skutecznie jak same wojny. Gorzej i okrutniej, śmiertelność najsłabszych i najbardziej bezbronnych – dzieci – wciąż kształtowałaby się na poziomie jednej trzeciej całej populacji (jeśli nie więcej). I choć to akurat drobiazg, pewnie tkwilibyśmy wciąż w epoce kamienia łupanego.

  Ze zrozumiałych względów nie potępiam ani tym bardziej nie wyśmiewam wiary moich Czytelniczek, mają do niej pełne prawo. Mnie tylko martwi wynikająca z tej wiary deprecjacja człowieka i człowieczeństwa. Ta wiara ma nas utwierdzać w przekonaniu, że człowiek z natury rodzi się zły, głupi, słaby, marny i grzeszny, i bez Boga z tych marności się nie wydostanie. Tylko czy z tego przekonania nie można wyciągnąć równie prostego wniosku, iż takimi właśnie stworzył nas sam Bóg? Stworzył bowiem nierozsądną Ewę, która dała się skusić Szatanowi i naiwnie głupiutkiego Adama, który Ewie uwierzył. Wolna wola nie ma w tym schemacie nic do rzeczy, a Bóg okazałby się po prostu partaczem.


Przypisy:
1 – https://antyfronda.blogspot.com/2017/08/cierpietnicy-ktorzy-chcieli-oszukac.html#comment-form
2 – „Ateizm w sporze z religią”, Michael J. Buckley, wydawnictwo WAM, Kraków 2009, str. 156
3 – ibidem str. 158
4 – ibidem str. 203