niedziela, 17 lipca 2016

Ofiara



  Ironizować z pewnych artykułów na Frondzie.pl nie jest trudno, rzekłbym – łatwizna. Czasami to robię dla relaksu, gdyż do tego nie potrzeba specjalnego wysiłku intelektualnego. Co innego jednak polemizować z tekstami portalu katolickiego, gdzie w zasadzie unika się kontrowersyjnych, dwuznacznych artykułów, a poruszana tematyka dotyczy rzeczy poważnych, najczęściej etyki chrześcijańskiej.
  Otóż tam właśnie natrafiłem na artykuł o dość intrygującym tytule „Pieniądze w służbie miłości”*. Przyznam szczerze, że poza skrajnie nieprzyzwoitym przypadkiem prostytucji, nigdy by mi na myśl nie przyszło połączyć te dwa słowa – pieniądz i miłość – w jakiś sensowny związek. I tu biję się w pierś, byłem w błędzie. Ks. Edward Staniek poprzez przypomnienie opowieści o samarytaninie znalazł pozytywny aspekt takiego połączenia. Przypomnę w skrócie. Samarytanin udzielił pomocy poszkodowanemu podróżnemu. Opatrzył go i przetransportował do gospody. Ponieważ ponaglały go obowiązki, ponieważ wiedział, że na bezinteresowność innych nie ma co liczyć, zapłacił za dalszą opiekę pieniędzmi. Za te pieniądze cudze ręce zajmą się poszkodowanym.
  Do tej przypowieści nie sposób się przyczepić, ba!, jak dla mnie, jest dowodem tego, że aby być dobrym, nie trzeba być wyznawcą aktualnie obowiązującej i praktykowanej przez większość religii. Rzecz jednak w czymś innym i to za sprawą samego autora – ks. Stańka. On z tej przypowieści wysnuwa dość  dziwny wniosek. Jeśli cię nie stać na dobrą i stałą opiekę nad chorymi, biednymi i pokrzywdzonymi przez los, sypnij samarytaninie groszem, i tu uwaga!, na tacę w kościele podczas niedzielnej mszy, a część twojego datku pójdzie właśnie na taką pomoc. Część (sic?), a dlaczego nie całość?! Jest w tym apelu jeszcze jeden przekomiczny aspekt. Otóż ks. Staniek tym sposobem maluje Kościół jako nie bezinteresownego opiekuna chorych, biednych i wykluczonych. Jest dosłownie gospodą z przypowieści o samarytaninie, gdzie bez odpowiedniej zapłaty poszkodowany na pomoc nie ma co liczyć. To się nawet w jakimś stopniu pokrywa z „taryfikatorem” za chrzciny, śluby i pogrzeby. Nie, nie chcę uogólniać, dlatego Czytelniku, jeśli masz skądś pewne dane, że za te posługi nie trzeba płacić bez wykazania się pisemkiem o bankructwie swoim i wszystkich najbliższych, ja o tym chętnie napiszę na swoim blogu. Ja ten przypadek nagłośnię nie tylko na blogu.
  Ostatnio czytałem, na katolickich i prawicowych portalach przede wszystkim, że wreszcie Owsiak, ze swą Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, nie będzie promowany na antenie telewizyjnej Dwójki. Należy odetchnąć z ulgą, bo już niewierny nie będzie nam pluł w twarz swoją samarytańską postawą. Jedynie słuszna pomoc to część z datków na tacę. Jaka to część – nie przystoi pytać, ani tym bardziej żądać pokwitowań.


wtorek, 12 lipca 2016

Plaże mieszane płciowo



  Poważnie już było, czas na pewien relaks, tym bardziej, że temat na czasie. Wprawdzie polskie plaże w tegorocznym lipcu na nadmiar słońca nie mogą narzekać, niemniej kto wie, czy jednak pogoda nie będzie w kocu łaskawsza dla spragnionych opalenizny ciał. Ciał wszelkich, o zgrozo!, i prawie nagich.

  Tu wyjaśnię, mnie taka zgroza dopada tylko wtedy, gdy w zbyt skromne bikini czy kąpielówki próbuje się wcisnąć tak gdzieś powyżej sto dwadzieścia kilo żywej wagi. Zdecydowanie bardziej pociągają mnie widoki skąpo ubranych i ładnych plażowiczek niż nudne, płaskie jak stół po horyzont morze. Ale tak mam ja, być może lekko zboczony, bo wrażliwy na kobiece wdzięki. Za to niejaki Salwowski, publikujący swe moralitety na portalu Fronda.pl1, jest już akurat zgorszony wszystkim, co się dzieje na plaży w wakacyjny czas. Ten ortodoksyjny katolik, purytanin, tak się zapędził w swym oburzeniu, że zadał czytelnikom, według mnie obrazoburcze, pytanie: czy Matka Boska wyszłaby w bikini na plażę? Na dobrą sprawę trudno sobie wyobrazić bardziej skandaliczną próbę takiego potraktowania najważniejszej Kobiety w świecie katolickim. Ileż musi być w tym człowieku fałszywej cnotliwości, by stawiać Maryję przed takim dylematem (sic!)

  Podczas lektury jego tekst można odnieść wrażenie, że zawładnęła go jakaś idee fixe na punkcie „nieobyczajnego” ubierania się na plaży. Jemu wszystko kojarzy się z seksem. Nawet bikini, to nie bikini, tylko majtki i stanik, kąpielówki to też majtki. Ale najciekawsze są cytaty na poparcie tezy o grzeszności wspólnego plażowania: mężczyzn, kobiet i dzieci. Pozwolę sobie na kilka.
Nigdy nie powinno się zezwalać na wspólne kąpiele obojga płci. Jeżeli szkoły urządzają kąpiele obowiązkowe, to dozór ma mieć osoba tej samej płci. Popisowe pływania dziewcząt i kobiet nie powinny się odbywać. Na kąpieliskach z plażą (rzeka, jezioro) trzeba nalegać na całkowite rozdzielenie płci, oddzielne przebieralnie, do których zorganizowania należy skłonić miejscowe władze, oraz przyzwoite ubiory kąpielowe i stały nadzór.
(…) ze stanowiska etyki katolickiej i prostej przyzwoitości należy, by kąpiele były osobno dla mężczyzn a osobno dla dziewcząt i to w odpowiednim stroju kąpielowym.”
Nie wpatruj się w dziewicę, abyś przypadkiem nie poniósł kar z jej powodu (…) Odwróć oko od pięknej kobiety, a nie przyglądaj się obcej piękności: przez piękność kobiety wielu zeszło na złe drogi, przez nią bowiem miłość namiętna rozpala się jak ogień” (Mądrość Syracha 9: 5, 8).
Czy jest grzechem poglądać na kobiety? Tak, przyjacielu, gdy niewiasty są młode, poglądać na nie jest przynajmniej grzechem powszednim; a gdy spojrzenia się powtarzają, wtedy jest nawet niebezpieczeństwem grzechu śmiertelnego [podkreślenie moje].” (sic!)
 
  Po tych tekstach kilka razy sprawdzałem, czy chodzi jeszcze o chrześcijaństwo, czy już raczej o ortodoksyjny islam. Choć mój ulubieniec, Salwowski, islamu nie lubi, jednak popiera wzorce strojów tej religii. Kobiety w każdej okoliczności powinny być zakryte ubiorem od głów po stopy, by nie kusić grzesznych myśli Salwowskiego.

  Myślałby kto, że to tylko urojenia chorego psychicznie erotomana. Nic bardziej mylnego! Już następnego dnia na tym portalu znajduję fotografię2, jak prawidłowo powinno wyglądać plażowanie kobiet według sióstr Zgromadzenia Jezusa Miłosiernego (spokojnie - artykuł o czymś innym, ale jakby w temacie). Nie mogłem się powstrzymać, aby tej fotografii nie umieścić.


Tylko mnie nasuwa się pewnie dziwne pytanie: czy plażowanie w upały, i nie daj Boże pływanie, w habicie jest naprawdę bezpieczne?!





niedziela, 10 lipca 2016

Zatwardziałe serce



  Ogólnie przyjmuje się pod tym określeniem nazywać ludzi nieczułych na ludzkie nieszczęście i postawę skrajnego egoizmu, niezdolnego do jakiekolwiek identyfikacji ze społecznością, w której się żyje. Niejednokrotnie z przejawem zatwardziałości serca spotykamy się niemal namacalnie, zazwyczaj zdumieni, że taka postawa jest w ogóle możliwa. Jak można być nieczułym na czyjeś cierpienie czy nieszczęście? Ja do tego wątku, w wymiarze ludzkim, jeszcze w tej notce powrócę.

  Natknąłem się na esej ks. Stanisława Gronia SJ zatytułowany podobnie: „Zatwardziałość serca”1 i przyznam, że dopadły mnie po jego lekturze pewne kontrowersje. Ową zatwardziałość ks. St. Groń widzi przede wszystkim u przeciwników Boga (sic!), choć dostrzega ją też wśród uczniów Chrystusowych, penie nie wśród Apostołów, a u wierzących. Według niego: „Korzeniem zatwardziałości serca jest niewierność i odwrócenie się od Pana.”2 Już to zdanie budzi mój wewnętrzny sprzeciw, bo w moim rozumieniu skrajny egoizm nie wynika ani z braku wiary, ani z jej posiadania. Chyba, że o pełnym dobroci sercu możemy mówić tylko w kontekście głębokiej i bezgranicznej miłości do Boga, ale wtedy mamy do czynienia z nadużyciem i manipulacją. Potwierdza to jego charakterystyka człowieka odwracającego się od wiary w Boga: „Żyje jakby we własnym świecie, nie dopuszczając do swych uszu i do kamiennego serca racji rozumowych. Często trwa w grzechu zakłamania i buntu. Taki człowiek jest uparty, usidlony złem, które zabiera mu częściowo jego wolność. On kocha siebie miłością egoistyczną, a nie kocha Boga i bliźniego. W ten sposób zdąża do śmierci!”. Chciałoby się rzec w tym miejscu – wielkie słowa. Szkoda tylko, że nieprawdziwe. Jeśli wyznacznikiem dobroci serca ma być miłość do Boga, to ja dziękuję, to ja przepraszam, ale coś tu jest nie tak! W dodatku i tak każdy z nas, bez względu na swój egoizm, zdąża do śmierci. Wiem, wiem, śmierć fizyczna wszak nie ma być śmiercią duszy, ale to akurat opiera się li tylko na pobożnym życzeniu. W dodatku największym kłamstwem tego stwierdzenia jest fakt, że każdy z nas, bez względu na wiarę czy niewiarę i tak posiada pewną dozę egoizmu, który wypija niemal z mlekiem matki.

  Na nieszczęście ks. St. Groń przywołuje biblijną przypowieść o faraonie z zatwardziałym sercem, który nie chciał wypuścić Żydów z Egiptu. A to według mnie najbardziej kontrowersyjna przypowieść Starego Testamentu. Ks. Wyjścia [7, 3-4] mówi: „Ja zaś uczynię [podkreślenie moje] nieustępliwym serce faraona i pomnożę moje znaki i moje cuda w kraju egipskim.”3 Siedem plag egipskich nie było w stanie skruszyć zatwardziałego serca faraona tylko dlatego, że to Bóg uczynił takim jego serce. (sic!) Tu dygresja. Czytałem wiele prób wyjaśnień tego kontrowersyjnego fragmentu. Najbardziej prostym i zrozumiałym wydaje się być stwierdzenie, że faraon nie był przecież bez winy. Tylko jak to się ma do słów Jezusa: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.” [J. 8 – 7]4 I tu pojawiają się słowa ks. St. Gronia już najbardziej zdumiewające: „Bóg zawsze pragnie dobra dla człowieka i nie można Mu przypisać chęci szkodzenia mu. Nie kieruje się On też żadnym kaprysem w swoim postępowaniu.” W Starym Testamencie znajdziemy kilkanaście przykładów przeczących temu stwierdzeniu i żadna egzegeza nie jest w stanie obronić ich jednoznacznego przekazu.

  Jednym, dającym się w miarę sensownie wytłumaczyć grzechem niewierzących jest to, że nie wierzą. W pozostałych kwestiach życia doczesnego w niczym nie różnią się od wierzących, choć i tu mam pewne wątpliwości. Altruizm tych pierwszych wynika z pobudek czysto człowieczych, dla drugich, motywacją może być bardziej, choć nie musi, chęć przypodobania się Bogu, by nie użyć bardziej dosłownego stwierdzenia – kupowanie wiecznego zbawienia. Właściwie pobudki altruizmu nie powinny mieć znaczenia, ważny jest wszak efekt, a jednak, gdybym miał wybierać, wybrałbym niewierzącego altruistę. Czy wiara, nawet bardzo głęboka, chroni przed zatwardziałością serca? Jeśli wolno mi mieć własne zdanie, śmiem twierdzić, że bynajmniej. Mieliśmy z tym do czynienia nie tak dawno, a nawet wciąż ten problem nas drąży, choć jakby już mniej. Rzecz dotyczy islamskich uchodźców. To właśnie środowiska narodowo-katolickie najgłośniej wyrażały swój sprzeciw wobec pomocy tym sponiewieranym przez los ludzi. I nie przekonają mnie obawy o zagrożeniach jakie się z tym wiązały, bo to idealnie wpisuje się w starotestamentową przypowieść o faraonie, którego serce Bóg uczynił zatwardziałym. Można by śmiało uciec się do przewrotnego porównania: Bóg uczynił serca polskich katolików zatwardziałe.

  I już ostatnia dygresja, stojąca w niejakiej sprzeczności do wywodów z poprzedniego akapitu. Mam bowiem pytanie: czy aby pewna forma egoizmu nie jest konieczna do przetrwania człowieka w tym dość zawiłym świecie? Jest taka postawa, którą się zwie asertywnością – przyznam szczerze, znana mi od niedawna, a będąca jak zawór bezpieczeństwa dla naszej psychiki. Ma kapitalne i pozytywne znaczenie w stosunkach międzyludzkich. Gdybym dziś był jeszcze wierzącym, wydaje mi się, że taka postawa byłaby również adekwatna w relacji: człowiek – Bóg. Właściwie nie odkrywam Ameryki, bo mam takie przypuszczenia, że jest stosowana przez znaczną część wierzących, choć pewnie nieświadomie. 

  Wyjaśnienie. Można uznać, że ta polemika z ks. St. Groniem jest zbyt tendencyjna i ja się od takiego stwierdzenia nie zamierzam uchylać. Rzecz w tym, że nic mnie tak nie drażni, jak publiczne oskarżanie niewierzących o największe zło tego świata. Nie jestem w stanie zrozumieć, skąd taka zaciekłość  i to ze strony kapłanów, tym bardziej, że wynika ona bardziej z chciejstwa niż racjonalnej oceny rzeczywistości. To mi idealnie pasuje do sytuacji, gdy złodziej krzyczy: łapać złodzieja!



2 - jeśli nie wskazałem inaczej, wszystkie cytaty pochodzą z wyżej wymienionego artykułu


wtorek, 5 lipca 2016

Tytuł naukowy



  Tak się u nas utarło, że jak ktoś ma tytuł naukowy to już musi uchodzić za niepodważalny autorytet. A jak już taki autorytet napisze książkę, to jego wywody nie są prawdą, są wręcz prawdą absolutną. Ja właśnie przeczytałem sobie artykuł* o dowodach naukowych takiego niepodważalnego autorytetu. I choć byłem tego dnia wściekły jak krowa zarażona BSD, po tej lekturze turlałem się ze śmiechu po podłodze.

  Chodzi o Panią inżynier elektronik Angelinę Malakhovskaya z laboratorium technologii medyczno-biologicznych w petersburskim Instytucie Badawczym Medycyny Morskiej i Przemysłowej. Brzmi poważnie i wiarygodnie, choć gdy szukałem jakichś informacji, okazało się, że ten Instytut już nie istnieje. Właściwie nic dziwnego, o czym będzie się można przekonać po lekturze tego, co poniżej.

  Pani Malakhovskaya dziesięć lat swego cennego życia naukowego poświęciła na badania i eksperymenty by sprawdzić, jaki jest wpływ błogosławieństw kościelnych na spożywaną przez nas żywność, ze wskazaniem na wodę. I, co wydaje się godne pochwały, badania te były prowadzone właściwie za darmo, bez dodatkowych grantów. Te badania udowodniły ponad wszelką wątpliwość, że zidentyfikowano unikalne właściwości antybakteryjne krzyża przy święceniu wody. Malakhovskaya uważa, że dodatkowe odczytanie Słowa Bożego przy wykonywaniu tej czynności przekształca strukturę wody, znacznie zwiększając jej gęstość optyczną w krótkim ultrafioletowym zakresie widma. Naukowcy badali skutki modlitwy „Ojcze nasz” i oddziaływanie znaku krzyża prawosławnego na bakterie chorobotwórcze. Do badania pobrano próbki wody z różnych miejsc – ze studni, z rzeki i z jeziora. Wszystkie próbki zawierały bakterie E. Coli, Staphylococcus aureus. Okazało się, że jeśli czytasz modlitwę „Ojcze nasz” i błogosławisz wodę krucyfiksem, ilość szkodliwych drobnoustrojów zmniejsza się 7, 10, 100, a nawet 1000 razy! Dodatkowo zaobserwowano korzystny efekt modlitwy i oddziaływania znaku krzyża na człowieka. Ustalono, że szczere błogosławieństwo potrafi ustabilizować ciśnienie i poprawia parametry krwi, gdyż ciało ludzkie to 60-70 proc wody. Zauważono, że jeśli znak krzyża wykonywany jest niedbale, osiągnięcie efektów pozytywnych jest mizerne.  Ale to nie wszystko.

  Naukowcy zmierzyli absorpcję wody przed i po nałożeniu na nią znaku krzyża, a także uświęcenia. „Okazało się, że gęstość optyczna w stosunku do jej wartości początkowej wzrastała od momentu poświęcenia” - mówi Angelina Malakhovskaya. „Oznacza to, że woda wydaje się odróżniać sens wypowiedziany w modlitwie nad nią, pamięta ten wpływ i utrzymuje go przez czas nieokreślony w postaci wzrostu wartości gęstości optycznej. Woda zdaje się być wówczas nasycona światłem. Ludzkie oko nie może oczywiście wyłapać tych zdrowych zmian w strukturze wody, ale spektrograf zapewnia obiektywną ocenę oddziaływania czynionych znaków”. Znak krzyża zmienia gęstość optyczną wody prawie natychmiast. Gęstość optyczna wody pobranej z kranu po uczynienia znaku krzyża przez wiernych wzrasta prawie 1,5 -krotnie, a gdy czynności tej dokonuje duchowny aż 2,5 - krotnie. Woda potrafi odróżnić ponoć stopień wiary człowieka, który ją święci. Ponieważ ciało ludzkie składa się z więcej niż dwóch trzecich wody, to znaczy, że Bóg w nas ustanowił tworzenie systemu kanałów fizycznych, które w organizmie regulują wszystkie procesy biochemiczne. Wnioski nasuwają się same. Jakbym czytał o nowej wersji homeopatii.

  Angelina Malakhovskaya napisała książkę pt. „Co wyjaśnia lecznicze właściwości wody święconej, prawosławnej modlitwy i znaku krzyża?” Właśnie, wiele wyjaśnia fakt, że jest również członkiem Związku Prawosławnych Uczonych Rosji. Stowarzyszenie to jest jednym z fundatorów Narodowego Uniwersytetu Prawosławnego Sankt-Petersburga i Leningradzkiej Obłasti. Tak się zastanawiam, jak owe praktyki prawosławne można by przenieść na katolicyzm. W końcu jedno i drugie jest chrześcijaństwem, a i portal Fronda.pl propaguje wyniki badań bohaterki tego felietonu z tytułem naukowym.

  Dla odmiany badania innego naukowca, dr Alexandra Kirschnera, mikrobiologa z Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu. W 86 proc. próbek wody święconej, pobranych z kościołów, na jeden mililitr wody przypadały bagatela 62 miliony bakterii, m.in. E. Coli i enterokoków!!! Taaak, ale on nie badał wody święconej w prawosławnym Sankt-Petersburgu. Jak jest w Polsce pewnie długo się nie dowiemy. Kościół nie chce poddać wody święconej badaniom stwierdzając, że: „Nikt nikogo nie zmusza do picia wody święconej” (sic!)



niedziela, 3 lipca 2016

Anevivo



  Za sprawą konserwatystów i ośrodków narodowo-katolickich rodzi się ciekawy nowy-stary temat. Metoda sztucznego zapładniania jaką jest in-vitro została zepchnięta na pozycje początkowe. Już tylko bardzo nieliczne samorządy w naszym kraju optują za dotowaniem tej nietaniej metody, która dała, tylko w Polsce, życie około pięciu tysiącom nowonarodzonych dzieci na przestrzeni krótkiego czasu jej działania. O dziwo, bez bruzdy dotykowej. Zwyciężył argument o niehumanitarnym(?!) zamrażaniu nadliczbowych zarodków.

  W tym miejscu pozwolę sobie na niepozbawione ironii porównanie, może nieadekwatne do problemu, ale za to w pełni podobne w swej logice. Ten zamrożony zarodek cierpi podobno męki (nie mając świadomości istnienia i układu nerwowego) i w dodatku nie wiadomo czy i kiedy zostanie odmrożony, aby zaistnieć jako człowiek. Ci, którzy tak twierdzą to przede wszystkim wierzący, którzy wierzą, że ich ciało obumrze, w najlepszym wariancie zmieni się w proch i za tysiące lat (jak nie więcej) odrodzi się (zmartwychwstanie)… jako człowiek! Ja wiem, to nie to samo ale schemat dokładnie taki sam, ba!, powiedziałbym, daleko bardziej drastyczny.

  Cóż, naukowiec to taki człowiek, który raczej nie odpuści. Skoro metoda in vitro jest tak bardzo kontrowersyjna, chcąc pomóc parom, które w normalny sposób dzieci mieć nie mogą, wymyślił coś, co już tak kontrowersyjne nie jest. To właśnie metoda Anevivo, gdzie do zapłodnienia komórki jajowej dochodzi nie w próbówce, a w ciele kobiety, choć w małym pojemniczku. Wprawdzie pojemniczek jest i tak wydobywany do zbadania i wyselekcjonowania najzdrowszego zarodka, który ponownie umieszcza się w macicy, ale tej metodzie już trudniej zarzucić nienaturalność, główny argument przeciw metodzie in vitro.

  A jednak, nie kto inny, jak naczelny ginekolog katolicki, w osobie Tomasz P. Terlikowskiego i tu doszukał się bezbożności. Wprawdzie wciąż upiera się przy eugenice, choć ten argument jest już raczej bez sensu, bo i w naturze dochodzi do zapłodnienia tylko jednej komórki przez jeden plemnik, a niezdrowe zarodki obumierają samoistnie. Dla pana Tomasza problem jest to, że owe zapłodnienie nie dokonuje się w sposób naturalny, ściślej, bez kopulacji (sic!), a to jest już grzech nad grzechami. I tu pojawia się problem niemal jak ciężki orzech do zgryzienia. Jeśli kopulacja nie służy poczęciu, jest w myśl idei chrześcijańskiej grzechem, to czy kopulujący, bez nadziei na potomstwo, też popełniają grzech? A jaki to grzech, skoro ktoś trzeci w tym poczęciu usiłuje pomóc już bez szpikulców i próbówek? Ale ja zaczynam już rozumieć obawy mego frondowego ulubieńca. Tu nie chodzi już o samą metodę i techniki jej stosowania, a raczej o to, że odbiera się Bogu niezbywalne prawo decydowania o powstawaniu życia, innymi słowy, grozi Mu, że człowiek faktycznie stanie się „na Jego wzór i podobieństwo”. A skoro tak, może się okazać, że istota ludzka wcale nie jest wobec Niego malutka, a On nie do końca tak bardzo potrzebny, przynajmniej w kwestii zapłodnienia .