niedziela, 13 listopada 2016

Rozprawić się z mitem



  Naszło mnie jak przeziębienie po spacerze w listopadową, deszczową pogodę. Ściślej, po lekturze różnych, choć przede wszystkim górnolotnych słów na temat narodu w kontekście Święta Niepodległości. Im dłużej ta lektura trwała, tym gorzej, a oderwać się nie mogłem, choć nie mam w sobie nic z masochisty.

  W Wikipedii czytam: „Naród – wspólnota o podłożu etnicznym, gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym wytworzona w procesie dziejowym, przejawiająca się w świadomości swych członków.” I tu od razu nachodzą mnie wątpliwości. Jakaż z nas wspólnota polityczna, gospodarcza i kulturowa? Na to pytanie pewnie nikt mi sensownie nie odpowie. Bo takie byty jak lud i naród to czysta abstrakcja, pojęcia wymyślone na użytek polityczny i religijny w obszarze umownych granic. Tak naprawdę istnieje tylko jednostka, która charakteryzuje się jakimiś wspólnymi cechami z innymi jednostkami, charakterystycznymi dla danej zbiorowości jak na przykład język, ale nigdy nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Gdy się zbierze grupa jednostek, sama jednostka właściwie nic nie zyskuje, poza pewnymi udogodnieniami natury bytowej. W grupie raźniej, bo człowiek to istota stadna. Jednak jeśli jest się stadem trzeba się godzić też na pewne ograniczenia. W efekcie, pewne zyski niwelują się przez pewne ograniczenia. Jest gorzej, bo tym bardziej zaradnym jest lepiej, tym mniej, zdecydowanie gorzej, gdyż rodzi się kastowość lub tzw. wielowarstwowość. A to grupę zaczyna dzielić na lepszych i gorszych. Mało tego, ta grupa nie tworzy jakieś dodatkowej świadomości, dodatkowych uczuć czy sumienia. Te cechy tworzą konglomerat indywidualistycznych cech jednostek, i co warto zaznaczyć, ten konglomerat nigdy nie jest na tyle spójny, aby wszystkich przysposobić do jednorodności.

  Owe górnolotne słowa o wspólnocie mają dodać nam blichtru, samozadowolenia i dumy. Bo być Polakiem brzmi dumnie. Czy aby na pewno? Czym jest lepszy Polak od Rosjanina, Francuza czy Anglika. Nawet od Murzyna czy Araba? Nie brak wśród nas morderców, złodziei, lekkoduchów, pijaków, rozwodników, sadystów, a przede wszystkim pieniaczy. Niemal w każdym Polaku znajdziesz jakąś wadę, a niemal tyle samo powie, że jest dumnym z przynależności. Można od biedy być dumny z kultury i z historii, ale po pierwsze, nie wszyscy tę kulturę tworzą, rzekłabym jakiś niewielki promil, a z tą historią, tak na dobrą sprawę, bywało bardzo różnie. Nawet bardziej niż różnie, bo momenty chwały przeplatały się z porutą, a chwałę tworzyły jednostki. A tak, są jeszcze korzenie, ale z tym też jest problematycznie. Oficjalnie Polacy to najpierw Słowianie, aby nie było, poganie, a dopiero później chrześcijanie. Na domiar złego to chrześcijaństwo zostało narzucone siłą, spychając dawną kulturę w niebyt, stanowiąc poddaństwo wobec całkowicie obcych władców. Ale i z tego poddaństwa jesteśmy dumni, tym bardziej, że przetrwało w dzisiejszej Europie na niespotykaną nigdzie indziej skalę.

  Najbardziej dziwi mnie duma z kultury i nauki, bo tę pchało indywidualne zacięcie jej twórców, ba!, nie przyłożyliśmy przysłowiowego palca do tego, że na przykład polscy nobliści tę nagrodę otrzymali, a taki Matejko namalował „Bitwę pod Grunwaldem”. Oni to zawdzięczają indywidualnemu talentowi i własnemu wysiłkowi w kształtowaniu swojej wiedzy i zdolności. Tak samo możemy być dumni (co nie znaczy, że musimy) z noblowskich nagród Tadeusza Reichsteina, Andrea V. Schally, Alberta Michelsona, Isydora Isaaca Rabi, Menachema Begina, Isaaca Singera, Roalda Hoffmana czy Leonida Hurwicza. Ciekaw jestem, kto z moich Czytelników wie, bez zaglądania do netu, co ich łączy poza samą nagrodą Nobla? Ale bez obciachu, ja też nie wiedziałem dopóki nie sprawdziłem na potrzeby tego eseju. I tak mnie korci pytanie, co my jako naród mamy wspólnego ze wszystkim noblistami, jaki był nasz osobisty wkład w ich sukces?

  Byłbym jednak niesprawiedliwy, bo były dwa aspekty polskości, który da się wytłumaczyć istnienie takich pojęć jak naród czy wspólnota. Za pierwszy uważam wojnę polsko-bolszewicką, choć ta bardziej była oporem przeciw bolszewizacji niż przed wynarodowieniem. Za drugi, opór przeciw hitlerowskiemu najeźdźcy, choć był kompletnie nieprzygotowany i nieudolny, właśnie z powodu zbytniej dumy i pychy. Owe sławetne słowa Becka „Nie oddamy nawet guzika”. Kampania wrześniowa to pasmo klęsk, z których też jesteśmy dumni. A w latach okupacji trudno mówić o jednolitym froncie oporu. Na domiar wszystkiego, wyzwolenie kraju dokonało się przy ewidentnej pomocy sojuszników, którzy i tak oddali nas pod nową okupację. Dziś czujemy się dumni z bohaterów, ale i tu rodzi się pytanie, jaki mieliśmy udział w ich bohaterstwie? Jakie mamy moralne prawo szczycić się ich poświęceniem? A tak, byli Polakami, ale tu musiałbym wymienić jeszcze dłuższą listę tych, którzy mając jakiś związek z tym krajem, też oddali życie w szczytnym dla nich celu. Napiszę szczerze, byłem zdumiony dumą z faktu, że Karol Wojtyła stał się papieżem i to wcale nie dlatego, że dziś jestem ateistą, wtedy byłem jeszcze katolikiem. Bo ja się przyznaję bez bicia, nie zrobiłem w swoim życiu nic, co miałoby jakikolwiek wpływ na to wydarzenie. Do dumy może mieli prawo jego rodzice i mentorzy, ale reszta? Ale jeśli dziś bym napisał, że jego pontyfikat nie był wcale taki święty, pewnie okrzyknięto by mnie zdrajcą i gnojkiem.

  My wciąż tkwimy w epoce romantyzmu, epoce, która przyniosła całemu światu tylko śmierć i cierpienie. Ba! w dzisiejszych czasach wraca do nas upiorna wyższość ideowej śmierci nad zwykłym życiem, a cierpienie zdaje się mieć większą wartość niż szczęście. Zamiast (s)pokoju marzy nam się równie upiorna walka o wartości i korzenie, pojęcia tak samo abstrakcyjne jak naród i państwowa wspólnota.  W tym narodzie większy niepokój budzi spadek popularności jakieś partii, odchodzenie wiernych od Kościoła, czy możliwość ingerencji w nasze życie innych nacji, niż pojedynczy, niejednokrotnie kompletnie zagubiony człowiek, który ten naród, tę społeczność tworzy. Człowiek staje się z podmiotu przedmiotem, a to jest już pomieszanie z poplątaniem.


środa, 9 listopada 2016

Zamalować!



  Ostatnimi czasy pewien minister, niedoszły premier techniczny, niejaki prof. Gliński oraz wspierające go patriotyczne środowiska prawicowo narodowe, coraz częściej wtrącają się w naszą rodzimą kulturę. Ogólnie rzecz ujmując, da się to skomasować w haśle „Nie będzie promocji pornografii w sztuce.” Ja bym się nawet zgodził, gdyby nie prosty fakt, że tak do końca jeszcze nikomu nie udało się wyznaczyć ściśle określonej granicy między tym, kiedy nagość jest jeszcze sztuką, kiedy już pornografią.

  Jeśli tak bliżej przyjrzeć się naszemu życiu, seks, a w tym i nagość, jest nieodłącznym elementem naszego życia. Jest gorzej, bez tego nas by po prostu nie było. Po zerwaniu zakazanego owocu w raju, Adam i Ewa odkryli swoją nagość i zaczęli się jej wstydzić. Na szczęście dla naszego pokolenia, nie tak do końca, dzięki czemu człowiek stał się najbardziej seksualnym stworzeniem na ziemi. Jako jedyny gatunek możemy uprawiać seks właściwie zawsze, bez względu na okoliczności, dzięki czemu staliśmy się panami tego świata, choć zasadą jest, że kobieta może urodzić jedno dziecko raz do roku, w dodatku nie przez całe swoje życie. Marna wydajność ale wyjątkowo skuteczna. Ale ja nie o tym.

  Gdy mi ktoś zarzuca, że zachwycam się nagością (przede wszystkim płci odmiennej – aby nie było) od razu spotka mnie zarzut, że jestem amoralny i do cna zepsuty. Mam wtedy zawsze na podorędziu prostą, acz skuteczną odpowiedź – widziałeś przyjacielu/przyjaciółko Kaplicę Sykstyńską? Tam aż kipi nagością, a przypomnę, Kaplica nosi miano papieskiej i mieści się w Pałacu Watykańskim, niekwestionowanym centrum katolicyzmu. Większość tych wręcz pornograficznych fresków jest autorstwa samego Michała Anioła. Niejaki Biagio z Ceseny ostro potępił tę nagość
a papież Paweł IV nawet nakazał je zniszczyć. Dopiero po namowach zgodził się na to, by tylko zamalować intymne fragmenty – ku chwale sztuki dla potomności. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku te zamalowane fragmenty odsłonięto. Tak więc, w samym sercu katolicyzmu dziś nagość bije po oczach. A pruderyjni i zgorszeni katolicy oburzają się na lekko odsłoniętą pierś, czy ledwie odziane sznurkiem pośladki bijące po oczach w reklamach. W moim mniemaniu to i tak ciekawsze, i przyjemniejsze, niż na ten przykład liczne, niejednokrotnie szkaradne pomniki Jana Pawła II, o rozerwanych i zakrwawionych strzępach płodów nie wspomnę.

  Inna sprawa, że i teraz zdarzają się ludzie pokroju Pawła IV, gotowi zamalować tę Kaplicę, uznając ją za obrazoburczą gdyż rażą „bezwstydnym powabem”. Oto czytam tekst: „Gdy się bowiem owym przyjrzymy [freskom w Kaplicy – dopisek mój], to istotnie dostrzeżemy tam wiele nagości, nieraz całkowicie nieuzasadnionej kontekstem pokazywanych za jej pomocą scen, a nawet ukazanej w taki sposób, iż można mieć podejrzenia co do tego, czy ich autor rzeczywiście nie był homoseksualistą, jak tu mu się niekiedy przypisuje (nagie kobiety w Sykstynie umięśnione niczym mężczyźni, przedstawiciele płci męskiej odmalowani w swej nagości za to z dużą dbałością.”* Przyznam, że dziwi mnie postawa Salwowskiego, autora tego tekstu. To purytanin jak się patrzy, tylko skoro mu nagość się nie podoba, skąd taka szczegółowa wiedza o niej? I aż chciałoby mu się uzmysłowić, że w czasach, kiedy freski powstawały, istniały zupełnie inne kanony piękna kobiecego ciała, więc jego insynuacje, co do orientacji seksualnej Michała Anioła wynikają bardziej z chorej wyobraźni, niż ze znajomości tematu.

  I choćby nie wiem jak się oburzał, choćby podpierał się niezliczoną ilością wypowiedzi nieżyjących, średniowiecznych papieży i mędrców Kościoła, nie uda mu się zaprzeczyć prostemu faktowi, że nagość jest piękna, że według Biblii Bóg stworzył nas nagimi, nie tylko ku swojej uciesze. Można, co najwyżej, dyskutować o tym, czy pokazywanie życia seksualnego jest tym, co chcemy oglądać, ale i tak nie da się zaprzeczyć, że ono istnieje. Tym samym, jeśli na scenie lub w filmie oglądamy kochającą się parę, jeśli czytamy o tym w książce, bez pornograficznych szczegółów, czy trzeba udawać zgorszonego? Nikogo nie rażą mocne akty przemocy z hektolitrami krwi, które mogą wypaczyć psychikę szczególnie młodym, ale jest akurat na odwrót.  Sceny przemocy są pokazywane bez ograniczeń wiekowych, są atrakcją w grach komputerowych, ale dyskretne pokazywanie fizycznych przejawów miłości jest już absolutnie potępiane, a według politycznych animatorów obecnej kultury, absolutnie niedopuszczalne. I szczerze mówiąc, ja tego nigdy nie zrozumiem...



poniedziałek, 7 listopada 2016

Zła wiadomość



  Mit o wiecznej szczęśliwości po zmartwychwstaniu jest tak zagmatwany, że lepiej o nim nie myśleć. Można popaść w marazm i zwątpienie, jeśli się w tę szczęśliwość wieczną wierzy, a jednocześnie próbuje ją przewidzieć. To jest po prostu nie do ogarnięcia i jakiekolwiek tłumaczenie wprowadza jeszcze większy mętlik.

  Nie inaczej jest po lekturze pewnego artykułu na katolickim portalu Deon.pl zatytułowanym złowieszczo „W niebie seksu nie będzie”1. To jest właśnie ta zła wiadomość. To oczywiście lekki sarkazm, choć na dobrą (a właściwie złą) sprawę i tak lekko chyba nie jest. Wszystko za sprawą tekstu Ewangelii św. Łukasza „Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania.”2 [Łk 20, 34-35] Do tego trzeba dodać przypowieść ze Starego Testamentu , która neguje zmartwychwstanie ze względów Prawa: „Prawo nakazywało mężczyźnie wzbudzić potomka, w sytuacji śmierci brata i bezdzietności bratowej. Było ono wyrazem ekonomicznej i społecznej troski o wdowy. Saduceusze nawiązują do Księgi Tobiasza, w której zazdrosny demon Asmodeusz zabił siedmiu mężów Sary.”3 [Tb 3, 7n]. Powstałoby zamieszanie, bo trzeba by uprawomocnić bigamię i to w wersji – jedna żona dla siedmiu mężów. Lub, dla notorycznych rozwodników, kilku mężów kilku żon jednocześnie. A tak, stając się nieśmiertelnymi po zmartwychwstaniu, nie będzie potrzeby rozmnażania się (brania ślubów), która skutkowałoby przeludnieniem ziemi, a mając na uwadze nieskończoną wieczność, również wszechświata. Jak można przeczytać w omawianym artykule, seks będzie karą dla tych, którzy uczynili sobie z niego bożka (sic!) W tym miejscu normalnie mnie zastopowało. Bo w moim odczuciu to raczej nagroda...

  Można wysnuć wniosek, że po zmartwychwstaniu czeka nas życie zakonników i sióstr zakonnych. Nawet jeśli nie masz do tego powołania. Po co mężczyznom piękne i powabne kobiety (trudno sobie wyobrazić kobietę bez potrzeby bycia piękną), a kobietom przystojni mężczyźni? Do czasu tego zmartwychwstania wszystko wydaje się w porządeczku. Wprawdzie dualizm duszy i ciała, nawet dla dzisiejszych teologów nie istnieje, ale zrozumiałym jest, że nie mając ciała, dusza nie może mieć żadnych ziemskich pragnień. Nie odczuwa głodu i żadnych innych potrzeb, w tym seksu. Co jednak się stanie, gdy ciało zostanie jej przywrócone? Pewnie grupa odpowiednio wyszkolonych aniołów, wyłączy z naszego mózgu pragnienie seksu, jako kompletnie zbytecznego. Coś, co było za życia głównym motorem naszego istnienia, koniecznością przetrwania gatunku, stanie się zbędnym, ba! wręcz niepożądanym balastem. Ale to ma swoje kapitalne i dobroczynne znaczenie, bo dla większości z nas oczywistym jest, że seks stał się przyczynkiem naszego grzechu pierworodnego. Znikną też krzywoprzysiężne słowa o dozgonnej wierności, zniknie problem rozwodów, aborcji, antykoncepcji i eutanazji – największych grzechów cywilizacji śmierci. I dobrze, bo ten seks jest nawet w jakiś sposób winien za grzechy władzy, polityki i pychy.

  A jednak, coś tu i tak nie gra. Mając materialne ciała, trzeba im dostarczyć energii by mogły istnieć. Ściślej – pożywienia. Być może staniemy się wegetarianami, aby nie zabijać zwierząt. Tu drobna dygresja – w szczęśliwym raju pozbawi się pewną, znaczną część ludzkości, zamiłowania do mięs wszelkiego rodzaju. Ale to też nie problem, skoro ci aniołowie będą mogli majstrować przy seksualności, pewnie bez problemów wyeliminują łaknienie na mięso. Będziemy się żywić owocami i zbożami. No tak, ale samej mąki jeść się nie da. Najczęściej wytwarza się z niej ciasto. A do tego potrzebne jest jajeczko. To jajeczko jest zazwyczaj efektem ptasiego seksu... Czyli nawet wśród zwierząt tego wyeliminować się nie da. Zapylanie roślin to też rodzaj seksu. Należy więc przyjąć, że wokół nas seks będzie istniał w świecie roślin, owadów i zwierząt, tylko my będziemy go pozbawieni (sic!) W tym miejscu przypomina mi się fraszka Sztaudyngera „Rzekła lilija do motyla, nikt nie patrzy, niech pan zapyla.” I będziemy tęsknym okiem podpatrywać to zapylanie, a kto wie czy w skrytości nawet marzyć o nim. Tylko ja się zastanawiam, czy jeśli pozbawi się nas (chirurgicznie) wszelkich uciech obecnego życia w tak pożądliwym ciele, i nie mam tu na myśli samego seksu, będziemy wciąż tymi samymi, co dziś?



czwartek, 3 listopada 2016

Archeologia w służbie wiary



  Pewnie z powodu Wszystkich Świętych pojawiło się szereg artykułów, mających udowodnić istnienie duszy, duszy w ujęciu wiary chrześcijańskiej, czyli nieśmiertelnej. Czytałem w formie rozrywki i przecierałem oczy ze zdumienia. Czego to ludzie nie wymyślą...

  A wszystko przez stwierdzenie, że „Życie nasze byłoby bezcelowe, gdyby kończyło się śmiercią. Jaka korzyść byłaby wtedy z cnoty i dobrych uczynków?”1 W tym już są dwie sprzeczności, których zdają się nie dostrzegać autorzy takich słów. Bo czy tego chcesz czy nie, każde życie kończy się śmiercią. Jeśli w dodatku uważasz, że czynienie dobra ma uzasadnienie tylko dlatego, że Twoja dusza jest nieśmiertelna, ta dobroć nie jest warta funta kłaków. Po prostu, może bezwiednie, ale
i tak tylko kupczysz cnotą i dobrocią, czyniąc z niej środek płatniczy do wiecznej szczęśliwości. I tu pojawia się problem duszy.

  W starożytnej filozofii wyróżnia się trzy rozumienia tego pojęcia. Według Sokratesa dusza to nic innego jak nasze własne „ja”, Platon uważa duszę za esencję naszej osoby, bezcielesną mieszkankę naszego ciała i wreszcie Arystoteles, który nie zgadzał się z Platonem, twierdząc, że dusza nie może istnieć niezależnie od ciała, czyli nie jest nieśmiertelna. To z oczywistych względów bardzo uproszone definicje. Chrześcijaństwo przyjęło pojęcie duszy od Platona. Św. Augustyn z Hippony uznaje, że dusza ma charakter rozumny (niezależny od rozumu człowieka), św. Tomasz z Akwinu dodaje, że każde żywe stworzenie ma duszę, choć jej charakter różni się od duszy człowieka. Kartezjusz widzi już duszę jako twór „obleczony” w ciało, co rozwinął Schopenhauer uznając, że ciało jest tylko narzędziem duszy. Dopiero materialiści doszli do wniosku, że ten dualizm postrzegania istoty ludzkiej jest wynikiem ewolucji, dzięki  której człowiek zyskał świadomość. Ponieważ każdy człowiek posiada życie wewnętrzne, które jest pozornie oderwane od naszej fizyczności, ulegamy złudzeniu, że umysł człowieka jest czymś odrębnym od ciała.

  Ta ostatnia teoria budzi ogólny, wręcz uzasadniony sprzeciw. Trudno bowiem pogodzić się z myślą, że wraz z ciałem dusza przestaje istnieć, zapominając jakby przy okazji, że gdy nas nie było, ta dusza też nie istniała. Ona może zaistnieć tylko wtedy, gdy powstaje życie, a co stworzone do życia – musi umrzeć. I choć bardzo to życie kochamy, choć mamy świadomość, że nadejdzie jego kres,  dobrze jest pomarzyć, że dusza jednak przetrwa. Tak jakby ogień mógł płonąć bez paliwa, ruch powietrza i bystrze wody bez różnic temperatur, a światło istnieć bez jego źródła. Tylko absolutna ciemność nie potrzebuje niczego. Teologia dwoi się i troi, aby wiarę w nieśmiertelność duszy podtrzymać. Ostatnio nawet ucieka się do fizyki kwantowej szukając w niej Boskiego Pierwiastka. To nawet udany zabieg, bo mało kto rozumie tę kwantową fizykę (mechanikę).
Trafiłem na artykuł2, gdzie autor sam sobie strzela w stopę. Dochodzi do wniosku (za dr Robertem Lanza), że po śmierci fizycznej nasza osobowość nie znika, tylko przechodzi do innego wszechświata, nie mylić z niebem i piekłem (sic!), a to już wręcz bezbożny pomysł rangi New Age czy Scjentologii. Inne tezy podpierają się autorytetami. Dusza jest nieśmiertelna bo tak twierdzi...,
i tu długa lista świętych3 (sic!), zapominając o tym, że to tylko ich pobożne życzenia. Trzecią grupą „pewnych w stu procentach” argumentów są wizje mistyków i mistyczek. Szczególnie te, określane mianem prywatnych objawień. A Pismo Święte wyraźnie mówi: „kto pyta duchy i widma, zwraca się do umarłych, jest obrzydliwy dla Pana.” [Pwt 18, 10] Znam trzy takie osoby: Maria Simma4, Faustyna Kowalska i o. Pio.

  Uwieńczeniem artykułów w tym temacie jest tytuł, który jako parafraza posłużył mojej notce: „Jest życie po śmierci! Archeologia to potwierdza.”5 Wprawdzie nic o tych archeologicznych odkryciach w tekście nie ma (ani jednego krótkiego zdania), za to jest odkrywczy tekst: „Historie nawróconych ateistów świadczą o tym, że w momencie nawrócenia uświadamiali oni sobie, że w chwili śmierci będzie sąd i że wtedy zadecyduje się ich wieczność, zbawienie albo potępienie. Nikt z ludzi nie ucieknie od odpowiedzialności za całe swoje ziemskie życie, które jest niepowtarzalne i nieodwracalne. Nawróceni z ateizmu zrozumieli, że czas życia na ziemi jest okresem dojrzewania do wieczności. W momencie śmierci będzie sąd i wtedy otrzymamy zapłatę.” Wprawdzie powiedzenie mówi, nigdy nie mów nigdy, ale ten argument powalił mnie zupełnie. Ileż trzeba było włożyć intelektu by stworzyć te kilka zdań, mające być koronnym argumentem na nieśmiertelność duszy?! Ich autor powinien być wdzięczny ateistom za to, że w ogóle pojawili się na świecie...

PS. Wybór tekstów w pełni subiektywny

środa, 2 listopada 2016

Hiena (chrześcijańska)



  Mam świadomość, że ten tytuł jest obelżywy, dlatego wyjaśniam już na wstępie. To określenie dotyczy jednej konkretnej osoby, więc jeśli jesteś Czytelniku prawdziwym chrześcijaninem, ta obelga nie dotyczy Ciebie. Oto w dniu, w którym właściwie nic nie powinno niepokoić naszego spokoju, na portalu wPolityce.pl znajduję artykuł Mai Narbutt zatytułowany „Co o śmierci myślą ateiści?”*

  Znam wielu ludzi z manią wyższości, w sprawach światopoglądowych również. Pogardliwie spoglądają na tych, którzy są w kontrze do ich idei i najczęściej nie potrafią się powstrzymać przed uzewnętrznieniem tej pogardy. Mam też świadomość, że tacy istnieją po dwóch stronach, skrajnych do siebie poglądów na temat życia po życiu. I tu przyznaję, część ateistów traktuje wierzących jako ludzi zabobonnych, którą to wiarę da się porównać do dziecięcej wiary w krasnoludki. Przy czym, w tym porównaniu wychodzi, że wiara w Boga jest wiarą znacznie niebezpieczniejszą, bo towarzyszy jej szereg irracjonalnych obrządków oraz, poprzez poczucie wyższości, tworzy wrogość do innych. Tyle, że to nie do końca mój pogląd. Ale po drugiej stronie nie jest lepiej, wierzący traktują ateistów i siebie nawzajem, o ile to nie jest ta sama wiara, jako kompletnych idiotów. No bo jakże tak, jak można nie wierzyć w jego (tu wpisz dowolnego wyznawcę jakiegoś kultu) wiarę?

  Maja Narbutt jest właśnie przedstawicielką skrajnego nurtu katolicyzmu, który żywi największą z możliwych odmian pogardy w stosunku do innych, a dla ateistów w szczególności. Nie odpuści nawet w dniu Wszystkich Świętych. Nie odpuszcza komunistycznym dygnitarzom, co w ogólnym rozumieniu ma dotyczyć wszystkich ateistów, bo dla niej wszyscy ateiści to komuniści. A wszystko w konwencji wątpliwości i niedomówień: „do dziś nie wiadomo jak to z nimi było”. Kiszczak? Przecież to nie on, jako zmarły, zabiegał o chrześcijański pochówek, a jego żona. Jaruzelski? Nikt nie wie, czy chciał się nawrócić. O mszy żałobnej zadecydowała jego córka. Maja Narbutt jest oburzona postawą prof. Ewy Łętowskiej, która wyraziła chęć, aby swoje ciało po śmierci przekazać uczelniom, jako preparat dla studentów. Opiera się na plotkach, jakoby Edward Ciupek miał na łożu śmierci wzywać księdza i miesza w to perfidnie, z premedytacją, Magdalenę Środę. Musi przecież komuś żywemu też dowalić. Już bardziej prawdopodobne wydaje się być wyznanie Stanisława Cioska, dla którego świecki pogrzeb to chowanie psa pod płotem (sic!) Nie do końca osobiste przekonania tych komunistów ma być przekonaniem wszystkich ateistów!

  W tym miejscu nie mogę się oprzeć, by nie podzielić się własnymi refleksjami po tym artykule. Pani Maja Narbutt przypomina mi bezzębną staruchę, której głośny rechot, śmiech hieny w upiorną noc, zakłóca spokój umierającemu niewierzącemu. Ona czuje niewysławioną radość z faktu, że ktoś taki umiera, przekonana, że jej wiara uchroni ją od śmiercią własnego, ohydnego „ja”.
Z fotografii wynika, że jest jeszcze młodą osobą. Własna śmierć w tym wieku jest tak nierealna jak zdobycie korony Himalajów, więc można z niej drwić, bo dotyczy na razie tylko innych. Gdy przyjdzie jej czas, też zacznie mieć wątpliwości, czy na pewno jest tak, jak jej wtłaczano w mózg od urodzenia. Zacznie mieć wątpliwości, czy na tę wieczną szczęśliwość zasługuje przez swoją nienawiść do innych. Zacznie mieć wątpliwości, czy ta wieczność będzie wyglądać tak jak przedstawia ją Apokalipsa św. Jana z codziennym biciem pokłonów przed Bogiem, czy mniej katolicka wizja „idylli łąk i kwiatków z ukochanym psem przy boku”. I narasta we mnie przekonanie, że dla takich hien, ich własna wizja wiecznej szczęśliwości , mająca być przekleństwem dla niewierzących, stanie się przekleństwem dla nich samych. Przynajmniej do chwili, gdy zamknie powieki na zawsze. I chociażby nie wiedzieć jak bardzo wierzyła swemu przekonaniu o swej wyższości, robaki zeżrą jej ciało tak samo jak niewierzącego. A gwarancji w życie po życiu nie ma żadnej. Bo ta wiara opiera się, nomen omen, tylko na pobożnym życzeniu. Jedno, co mnie pociesza, nie będzie żadnej szansy konfrontacji naszych odmiennych wizji...

  Na koniec, dla rozluźnienia, pewna anegdotka ad hoc. Kiedyś, idąc z córką po cmentarnych alejkach, która dopiero co opanowała trudną sztukę czytania, usłyszałem druzgocące pytanie: „Tato, a gdzie są pochowani źli ludzie?”

Przypisy: