piątek, 24 kwietnia 2020

Kwalifikowany ateista


  Muszę przyznać z ręką na sercu, że ja w zdecydowanej przewadze narzekam na kler i to ten katolicki. Czasami na nawiedzonych świeckich ortodoksów. Tak skromnie licząc to 99,9 procent moich notek. Te pozostałe 0,1 dotyczy opery. Wynik jest wręcz druzgocący i może świadczyć o braku obiektywizmu. Wprawdzie jedna notka tego nie zmieni, ale przynajmniej uspokoi moje... sumienie. Obiecałem sobie, że w podobnym stylu potraktuję jakiegoś nawiedzonego ateistę. Prawda jest taka, że bycie ateistą samo z siebie nie chroni przed głupotą, co ma odzwierciedlenie również w każdej dziedzinie życia, że wspomnę moich ulubionych amerykańskich uczonych, czy gości z tytułami profesorskimi.

  Właśnie nie tak dawno doznałem prawdziwego szoku i to z powodu ateisty. Kwalifikowanego ateisty. Przeczesując platformę YouTube natrafiłem na dyskurs... ateisty z abp. Jędraszewskim, i to w kościele wypełnionym wiernymi (sic!). Mogłoby się wydawać, że będzie ciekawie, ale okazało się, że było makabrycznie żenująco i to właśnie z powodu tego kwalifikowanego ateisty. Choć prawdę powiedziawszy arcybiskup w pełni dorównywał mu poziomem. Jeśli ktoś nie ma cierpliwości, aby obejrzeć całość, proponuję sprawdzić choćby pierwsze minuty, a wtedy zrozumiecie mój ból i niewypowiedziane cierpienie, jaki towarzyszyło oglądaniu tej relacji.


  Jakbym oglądał jaskiniowca i to nie tylko ze względu wygląd. Ja już pominę to wazeliniarstwo na wstępie, mnie oburza fakt, że on ma się za przedstawiciela wszystkich ateistów. Jeszcze gorzej, gdy on przedstawia Jana Pawła II jako obrońcę ewolucjonizmu (sic!). A już zupełną tragedią są jego odwołania do Biblii. Nie da się bowiem ukryć, że nawet przeciętny intelektualnie „myśliciel” znajdzie w niej przykłady irracjonalizmu pozbawionego wszelkiej logiki. Jednak nie tędy droga, sam miałem z tym problem i takie zapędy. Trzeba bowiem sobie uzmysłowić fakt, że autorzy Biblii tworzyli dwa tysiące lat przed nami, a nawet zdecydowanie dawniej. Żyli w innym świecie i mieli całkowicie odmienne zapatrywania na rzeczywistość niż my dziś, co wynikało z niewiedzy. Wyśmiewanie tych autorów i ich tekstów przypomina nastoletniego wyrostka, który trzeci raz powtarza ósmą klasę, a który bije przedszkolaka i to z grupy młodszych, za to, że nie rozumie teorii kwantowej, choć nawiasem mówiąc, sam jej nie rozumie. I to dokładnie robi ów kwalifikowany ateista. Abp. Jędraszewski nie ma problemu z takim oponentem, choć jak dla mnie, jego argumentacja niczym swym poziomem nie ustępuje argumentom kwalifikowanego. W pierwszej chwili pomyślałem nawet, że arcybiskup sam sobie go znalazł i pouczył go, co ma mówić, aby tym mocniej ośmieszyć ateizm. Wyszło z tego przedstawienie dwóch klaunów.

  Niejako przy okazji rodzi się pytanie, czy w takim razie Biblię można poddać krytyce? Oczywiście, że można, o ile na Jej treści powołuje się jakiś kwalifikowany kaznodzieja moralista (tu: abp Jędraszewski), chcący uzasadnić swoje widzimisię na tematy związane z współczesną moralnością i obyczajowością, które są daleko różne od tych sprzed tysiącleci. To tak jakbym ja dziś swoją wizję świata oparł na dziełach Homera z całym tabunem podstępnych bogów, wyuzdanych nimf, wróżek, mściwych czarodziejek i kogo tam jeszcze. De facto różnicy by nie było, jeśli tę naszą wspaniałą współczesność odnosimy do Biblii, zarówno Starego jak i Nowego Testamentu. Homer i autorzy Biblii wielkimi twórcami byli, choć na dziś, tak metaforycznie, zalatuje od nich jarmarkiem staroci.

  Reasumując: Biblia fajną książką jest, choć trudną w odbiorze, tylko na Boga! nie traktujmy jej jako poradnika na dobre, udane i moralne życie. Jeśli mnie natchnie, może odniosę się tylko do wypowiedzi abp. Jędraszewskiego, tylko wcześniej muszę z tego wideoklipu wyciąć tego ateistę kwalifikowanego, gdyż jak go widzę i słyszę, to mi się wszystkiego odechciewa... 



wtorek, 21 kwietnia 2020

Wiara i zabobon


  Jak stwierdził kard. Godfried Danneels: „Dziś nie ma alternatywy między wiarą a ateizmem, tylko między wiarą a zabobonem”, i choć nie lubię się zgadzać z hierarchami, akurat temu (pewnie dlatego, że nie jest polskim hierarchą) jestem gotów przyznać pełną rację. Ateizm nie jest zagrożeniem wiary, choć jest jej totalnym przeciwieństwem. Zagrożeniem dla wiary jest zabobon. Niemniej uczciwie przyznam, że zdanie jest wyrwane z kontekstu, a ów kontekst ma charakter oskarżający. Oskarżający ludzkość. Ja tam jednak całej ludzkości bym nie oskarżał, za to niektórych hierarchów już zdecydowanie bardziej. Religijnych oszołomów również.

  Zabobon, w ogólnym znaczeniu to religia bałwochwalcza, kult fałszywych bogów. Z pośród wielu definicji, można przyjąć, że zabobon to irracjonalne, zbliżone do religijnego, ustosunkowanie się do nieosobowych mocy. I tu zaczynają się schody. Dla Kościołów chrześcijańskich zabobonem jest wszystko to, co jest niezgodne z tą religią, przy czym samych religii chrześcijańskich jest multum. Problem w tym, że i w tej religii zabobonów nie brak, patrząc na nie obiektywnie, to znaczy z boku. Są tacy, którzy uważają, że cała religia, nie tylko chrześcijańska, to zabobon, ale ja aż tak daleko bym nie poszedł. Fakt, że wiara w Boga, bogów wzięła się z niewiedzy, lecz jednocześnie chęć poznania tego Boga (bogów) stała się napędem do poznawania naukowego. Nie ma więc sensu deprecjonować samej wiary, która de facto jest skutkiem umiejętności myślenia abstrakcyjnego. Trzeba za to pilnie strzec, aby nie stawała się zabobonem, a to już nie jest takie proste.

  Teologowie chętnie odwołują się do Cycerona, według którego postawa zabobonna oznaczała paraliżujący lęk wobec bóstw. Jego zdaniem, zabobon polega na  bezpodstawnym lęku, natomiast religia wiąże się z prawidłowym kultem. Chrześcijaństwo obrało za prawidłowy kult postać Jezusa. Wszystko jest jeszcze w należytym porządku, gdyby nie fakt, że stoi On w niejakiej sprzeczności do Boga Starego Testamentu, ale to też jeszcze nie sposób uznać za zabobon. Każda religia, wiara ma prawo ewoluować. Tyle, że akurat tej religii i tego było za mało. Powstawały różne szkoły teologiczne rodząc różnego rodzaju herezje, przy czym trudno jednoznacznie dziś orzec, czy obecny kurs katolicyzmu, też nie jest herezją. W końcu to tylko on sam, katolicyzm decyduje o sobie. Coś jak sędzia we własnej sprawie. Aby to zobrazować, dwa przykłady. Zdaniem św. Augustyna zabobon miał przystęp do człowieka, który po grzechu pierworodnym miał zaćmiony umysł i był pozbawiony wiedzy. Innymi słowy, człowiek był zabobonny od zarania swoich dziejów. Czy tworząc religię chrześcijańską też? Tak by przynajmniej z tego twierdzenia św. Augustyna wynikało. Z kolei św. Tomasza z Akwinu uważał, że zabobon oznaczał kult oddawany Bogu w niewłaściwy sposób. Zabobon mógł przyjmować postać oddawania czci przesadnie fałszywego kultu, oddawanego Bogu prawdziwemu. Z dzisiejszej perspektywy, trudno mu racji nie przyznać, gdyż ów kult coraz bardziej kładzie nacisk na obrzędowość niż samą wiarę.

  Tu warto wskazać owe zabobony towarzyszące szczególnie religii chrześcijańskiej. Zacznijmy od średniowiecznych polowań na czarownice. Bądźmy szczerzy, trudno o bardziej dobitny przykład zabobonnego myślenia w historii chrześcijaństwa, nawet jeśli przyjąć, że zrodził się z pogańskich wierzeń i obyczajów. Nawiasem mówiąc, miał się ten zabobon całkiem dobrze jeszcze w dwudziestym wieku. Równie dobrze, jeśli nie lepiej, ma się zabobon z personifikacją zła do postaci diabła. Mocno zakorzeniony w dzisiejszej religii. Któryś z hierarchów jeszcze nie tak dawno ośmielił się nazwać rzecz po imieniu (diabeł jest nieuprawnioną personifikacją zła) i musiał się z tego mocno i gęsto tłumaczyć, by w końcu się wycofać. Wprawdzie to nie jest już postać z kopytem, rogami i ogonem, a wręcz inteligentny i przystojny facet, ale zawsze. Chciałoby się rzec: jakie czasy taki diabeł, o czym zaświadczają zacni egzorcyści. Dodałbym od siebie jeszcze trzy zabobony ściśle ze sobą powiązane. Wiara w cuda, w cudowną moc modlitwy, oraz w moc przedmiotów (relikwie, święte obrazy i medaliki, uzdrawiające źródełek, czy święconą wodę).

  Ostatnio natknąłem się na kolejny, drastyczny przykład rosnącego zabobonu. Prymas Polski, abp Wojciech Polak apelował o modlitwę w Niedzielę Miłosierdzia Bożego w intencji ustania pandemii. Sam fakt specjalnie nie dziwi, wierni modlą się o coś pozytywnego i czego się tu czepiać? A jednak, proponuje się, aby tą modlitwą była Koronka do Miłosierdzia Bożego, autorstwa s. Faustyny, która ma wizje prywatne, w które nikt nie ma obowiązku wierzyć. A skoro ta jej modlitwa oparta jest na wizjach, które trudno nie nazwać herezją, to już pod paragraf zabobonu podchodzi. Gdzieś wyczytałem, że ta ma największą moc (sic!). Jestem ciekaw, kto moce tych modlitw zmierzył? I to firmuje swoim autorytetem prymas Polski. Ale spokojnie, nie zamierzam protestować w Watykanie, jak owi oburzeni na wysokie opłaty za pogrzeby parafianie.


piątek, 17 kwietnia 2020

Wróżby i zabobony


  Ostatnio na kilku blogach pojawiło się posty na temat książek opisujących zjawiska zawarte w tytule. Kościół je wszystkie oficjalnie potępia. Osobiście, jakem ateista, może nie tyle potępiam, ile uznając ich irracjonalność, traktuję je w kategoriach humoru. Ponieważ mamy czas nic-nierobienia, postanowiłem sprawę „naukowo” niektóre z nich przedstawić, przynajmniej te, które mimo tejże irracjonalności wydają się być zabawne, a przy tym są całkowicie nieszkodliwe. 

  Będzie alfabetycznie, abym się w tej wyliczance nie pogubił.

Biedronka (boża krówka) – przynosi szczęście, jeśli usiądzie na kimś, szczęście dotknie takiego prawie natychmiast;
Biurko – nie należy przy nim siadać plecami do drzwi, bo zwiastuje to śmierć (choć nie wiem komu);
Buty – nie wolno ich stawiać na stole bo to zapowiada kłótnię. Za zły znak uważa się obdarowanie kogoś butami w prezencie gwiazdkowym, nawet kapcie nie są wskazane;
Chusteczki do nosa – jeśli chcesz stracić przyjaciela lub przyjaciółkę, albo zakończyć miłość, wystarczy obdarować taką osobę chusteczką lub pakietem chusteczek;
Chrząszcz – nadepnięcie na niego oznacza deszcz. Tak się zastanawiam, dlaczego w czasie suszy nie stosuje się tego sposobu?;
Drabina – powszechnie znane przekonanie, że przechodzenie pod nią oznacza niebezpieczeństwo lub nieszczęście;
Dziecko – jeśli zaciska pięści we śnie, to znak, że będzie skąpe;
Guzik – szczególnie ten od kominiarza przynosi szczęście. Znaleźć guzik lub dostać od kogoś, to wielkie powodzenie;
Gwizd, gwizdanie – nie wolno gwizdać w kopalni, jest to zły omen;
Halka – już niemodna, jeśli dziewczynie wystawała spod sukienki, oznaczało to, że jest bardziej córką tatusia niż mamusi;
Herbata – jeśli przypadkiem zaparzysz przyjaciółce/przyjacielowi herbatę słabszą niż zazwyczaj, może to oznaczać koniec przyjaźni (to raczej realna możliwość niż zabobon);
Jabłko – jeśli nie jesteś pewien miłości ukochanej osoby, spal pestki jabłka w ogniu, będziesz miał gwarancję jego dozgonnej miłości (że ja tego wcześniej nie znałem);
Jajko – nie wolno wrzucać do ognia skorupek z jajka, bo kura przestanie się nieść;
Kolor żółty – jest kolorem zazdrości. Jeśli dziewczyna wkłada na siebie wiele dodatków w tym kolorze, to chłopak może być pewien, że ma do czynienia z zazdrośnicą (lepiej nie ryzykować);
Kot - jeśli kot jest niespokojny oznacza to, że nadciąga wichura lub w domu są duchy! Nie wolno kotu nadepnąć na ogon, to niesamowite nieszczęście (to drugie też umieściłbym w realiach, a nie zabobonach);
Krzaki - jeśli zaczepisz się o gałąź krzewu, a nawet uszkodzisz sobie ubranie, przed tobą korzystne zmiany finansowe (a ja głupi omijałem kolczaste krzewy);
Krzesło – nie należy wsuwać pod stół krzesła po obiedzie, będąc u kogoś z wizytą, bo oznacza to, że nie chce się tam przyjść ponownie;
Liść – złapanie liścia, nim spadnie, oznacza wielkie szczęście;
Mocz – dawne wierzenia mówiły, że w domu lub mieszkaniu skropionym moczem nigdy nie zagnieżdżą się złe duchy;

  Ciąg dalszy nastąpi, albo może ktoś z Czytelników zechce tę listę uzupełnić. Ja mam w rękawie jeszcze ze dwadzieścia. Temat zabobonów „pociągnę”, choć w innym kontekście. Jakim? Chyba wielu z Was już się domyśla...


wtorek, 14 kwietnia 2020

O religijności słów kilka


  W jednej z ostatnich notek ledwie tylko napomknąłem o wersji, w której Bóg nie karze nas pandemią, Bóg chce nam coś pokazać. Dla mnie i ta wersja jest nie do przyjęcie, wynika z niej bowiem, że Bóg pielęgnuje pandemię do pisania horroru. Wykorzystuje ja, abyśmy się przekonali, że nie ma nic lepszego niż wielbić Go ponad wszystko, gdyż tego oczekuje i po to nas stworzył. Scenarzysta i reżyser makabrycznych sytuacji, w których jednakowo cierpią winni jak i niewinni. W filmowym spektaklu mamy do czynienia z fikcją, pandemia zaś jest faktem, za który wielu przyjdzie zapłacić życiem i tragediami – bankructwa, bezrobocie, bieda – wszystko rzekomo ku chwale Pana.

  „Kochani (tak zwraca się do swoich słuchaczy i fanów, najpopularniejszy kaznodzieja youtuber, Adam Szustak), nie mogło nam się nic lepszego w życiu przytrafić. I to w najważniejszym dla katolika czasie, jakim jest okres świąt wielkanocnych”1. Szustak wprawdzie zaklina się, że te wszystkie tragedie są również i dla niego straszne, na dodatek nie ma teraz tłumu słuchaczy, nie może jeździć po świecie głosić Słowa Bożego, ale w gruncie rzeczy, a może dzięki temu, wiele spraw związanych z wiara i religijnością w pełni wreszcie zrozumiał(?). W swym najnowszym wideoklipie najwięcej miejsca poświęca religijności i napiszę szczerze – w jakieś części z jego oceną się zgadzam, ba!, mam wrażenie, że mnie w niektórych ocenach splagiatował, ale mu daruję, wspaniałomyślnie, tak po ateistycznemu. Głównym motywem jego wynaturzeń jest stwierdzenie: religijność jest ważna, choć wiara bez religijności jest lepsza, niż religijność bez wiary. Chciałoby się rzec: nihil novi, ale powiedz to wierzącym gorliwie Polakom, szczególnie tym, dla których Eucharystia jest ważniejsza od zdrowia. Od zdrowia swojego, bliskich i tych nie bliskich. Tu pozwolę sobie na wtręt o innym artykule, który pokazuje dobitnie, jakie jest podejście do tego problemu ze strony ortodoksów. Już tytuł jest pełen wyrzutu w ironizującym tonie: „Za limit pięciu osób na Mszy Wielkanocnej podziękujmy premierowi i... prymasowi”2. Dwa znamienne cytaty: „Gdy Mateusz Morawiecki zostawał szefem polskiego rządu, deklarował, że chce chrystianizować Europę. A do historii przejdzie jako ten, który zabronił Polakom pójść do kościoła w Wielkanoc”3 oraz „W kościołach nie ma kas, jest tylko pusta w ostatnich tygodniach taca, więc do supermarketu wciąż może wejść znacznie więcej osób (tam gdzie jest 25 kas może wejść naraz 75 osób) niż do kościołów”4. Nie znam supermarketu z dwudziestu pięcioma kasami, najwięcej, bo dziesięć wydziałem w Ikei, ale arytmetyka jest poprawna.

  Wróćmy do kaznodziei youtubera. Słucham: „Większość naszej wiary to nie jest wiara. Większość naszej wiary to jest religijność. To zwyczaje i praktyki, niejednokrotnie zabobony, gdzie oczywiście tli się jakiś zalążek wiary, nie mówię, że go tam nie ma w ogóle. Tli się tam chęć kochania Pana Boga i bycia z nim, ale ona się zatrzymuje, czuje się spokojna i bezpieczna, bo ma te praktyki i w związku z tym się nie rozwija”. Przy pełnej zgodzie w temacie religijności na pokaz, która jest tylko niewiele znaczącym dodatkiem do wiary, Szustak dodaje dość kontrowersyjnie: W tej chwili Pan Bóg zabrał nam to [religijność - dopisek mój]. Dał nam okazję przez to, co się dzieje na świecie. Nie mówię, że Pan Bóg wysłał tę epidemię - nie, Pan Bóg jej nie wysłał, ale On dokładnie do tego chce ją wykorzystać [podkreślenie moje]” (sic!) Nie wiem, czy ten Szustak wie, że różnica między zesłaniem epidemii, a jej wykorzystaniem jest tak niewielka, że prawie żadna? W obu przypadkach: kary i nauki przez cierpienie, Bóg jawi się jako sadysta. Wątpię, czy Szustak chciał taki obraz swojego Boga przedstawić, ale tak mu niestety wyszło. A już prawdziwym kuriozum jest tytuł wideoklipu: „Dlaczego epidemia to wielkie błogosławieństwo?”, który sugeruje, że powinniśmy się z pandemii cieszyć, dziękować Bogu za nią, jak z każde błogosławieństwo. Czy Szustakowi należy się podziękowanie za takie nauki? Mam wątpliwości, wydaje mi się, że po prostu popłynął..., i to popłynął z prądem, który sugeruje, że Bóg w pandemii maczał palce.

  Już pisałem, katolicyzm stanął przed poważnymi problemami natury teologicznej w związku z pandemią. Przedstawiłem dwa skrajne różne spojrzenia na to zdarzenie i konsekwencje z niego wynikające, i żadne, bez względu na intencje, niczego nie wyjaśnia. Ani Krystian Kratiuk swym sarkazmem nie obroni fałszywie przesadnej religijności, ani zakonnik Adam Szustak nie przywróci tej religijności właściwego wymiaru. Przez ostatnie trzy dekady Kościół katolicki z religijności uczynił bożka ważniejszego niż sama wiara, że wymienię obrazę uczuć religijnych, klauzulę sumienia, obrzędowość nacechowaną patetycznością, czy wreszcie klerykalizm w sensie mieszania się w życie polityczne i społeczne. To wszystko może się dziś zawalić niczym domek z kart za sprawą mikroskopijnego wirusa. Może tak być, że ten wirus to metaforycznie pierwiastek boga, takiego prawdziwego, materialnego boga, choć jako ateista i jemu nie będę się kłaniał.