środa, 12 października 2016

O modlitwie raz jeszcze



  Ja już o tym kiedyś pisałem, w związku z rodzeniem się mojego ateizmu. Temat jakby się odświeżył za przyczyną mojej poprzedniej notki. Pozwoliłem sobie na dość ironiczny tekst i ktoś się oburzył. Podważam bowiem skuteczność modlitwy i wypaczam jej znaczenie. Postanowiłem sprawdzić czy ja faktycznie jestem aż tak tępy, że nie rozumiem?

  Zacznę od pewnej niepozornej wiadomości sprzed miesiąca. To jest autentyczny fakt, choć bardziej należałoby go traktować w kategoriach anegdotki. W Radzyniu Podlaskim, w miejscowym oddziale KRUS pojawił się nowy szef, Jerzy Ejsmont i jego pierwsze zarządzenie dotyczyło odprawiania porannej, wspólnej dla wszystkich „modlitwy na dobry początek dnia”. Naukowca przy tym nie było, więc trudno wysnuć jakikolwiek wniosek, czy modlitwa była skuteczna. Faktem jednak jest, że szef faworyzował tych, którzy na modlitwę chodzili, więc akurat w tym względzie i dla tej grupy modlitwa bezsprzecznie skuteczną się okazała. I pewnie żałują, że tych praktyk jednostka nadrzędna zakazała, choć ja nie rozumiem tego żalu, bo oni przecież już coś szefowi udowodnili, a ten dalej jest szefem.

  Mam wątpliwości, jak potraktować następny przykład. Moja ulubiona Fronda donosi, że przed nalotem na Hiroszimę (mowa o tym atomowym) pojawili się jacyś mistycy i namawiali do codziennego odmawiania różańca, bo nadchodzi kataklizm. Pominę opisy. I oto te modlitwy zostały wysłuchane. W Hiroszimie ocalało trzydziestu modlących się katolików. Skuteczność modlitwy ewidentnie potwierdzona! Nic to, że w tej samej Hiroszimie od samego wybuchu zginęło około 70-100 tys. ludzi, jak się szacuje około 30% całej populacji tego miasta, w tym japońskich katolików. I tu zaczyna się problem z tą skutecznością modlitwy. Ocenę pozostawiam Czytelnikom.

  Dla odmiany inny przykład, już mający więcej wspólnego z naukowym podejściem do skuteczności modlitwy. W 2001 roku Journal of Reproductive Medicine opublikował pracę trzech badaczy z Columbia University utrzymujących, że modlitwa za kobiety poddające się zabiegowi zapłodnienia in vitro w 50% przypadków była skuteczna, czyli dwukrotnie częściej niż w grupie kobiet, których nikt nie wspierał modlitwą.  Tu się już nadziwić nie mogłem. Modlitwa za diabelski zabieg in vitro. No tak, Amerykanie to dziwacy, oni potrafią wszystko. Rzecz w tym, że jeden z tych badaczy, Daniel Wirth, mało że naukowcem nie był, to okazał się finansowym oszustem poszukiwanym przez policję. Po tym odkryciu pozostali dwaj usunęli się w cień, a „rewelacyjne” wyniki tych badań wrzucono do kosza, bo okazały się fałszywe.

  Posłużę się jeszcze jednym przykładem eksperymentu, który miał dowieść skuteczności modlitwy. W 1988 roku w szpitalu w San Francisco losowo podzielono pacjentów oddziału kariologicznego na dwie grupy. Jedną obdarzono modlitwą ludzi spoza szpitala, drugą nie. Lekarze nie wiedzieli który z pacjentów do której grupy należy. Randolph Byrd odtrąbił sukces. Sześciu z dwudziestu sześciu pacjentów z grypy poddanej modlitwie, radziło sobie lepiej. Skuteczność stosunkowo mała, ale zawsze. Okazało się, że nie do końca. To polepszenie dotyczyło li tylko..., wypróżnień! W innych parametrach choroby, żadnych różnic nie stwierdzono! Czyżby w takiej intencji modlili się modlący? (sic!)

  Ponieważ w Polsce raczej takich badań się nie prowadzi, posłużę się znów przykładem Amerykanów. Otóż, osiemdziesiąt siedem procent wierzących wierzy w skuteczność modlitwy z czego osiemdziesiąt procent modli się o zdrowie swoje i najbliższych. Aby nie było, ja nie mam zamiaru podważać modlitwy jako takiej. Wyjaśnię. Jeśli modlitwa jest podziękowaniem za coś tam, ok, jeśli modlitwa jest formą uwielbienia Pana, ok, jeśli modlitwa jest formą medytacji, jeszcze wszystko w porządeczku. Ale jeśli modlitwa jest prośbą o coś, o coś nawet najbardziej szlachetnego, to ja już mam wątpliwości. Bo każda taka modlitwa jest burzeniem ładu bożego, jest zaprzeczeniem boskości Pana, który przecież dobrze wie, co robi, nawet jeśli to powoduje nasze cierpienie! Prośbą, wierzący, podważacie: wszechmocność; wszechobecność; wszechwiedzę; dobroć i sprawiedliwość Boga. Innymi słowy, czynicie Boskie Miłosierdzie daleko niedoskonałym, bo wymagającym korekty.

  Jak na ironię, dzięki Pani Baggins, trafiłem na portal przymierza wojowników  gdzie promuje się hasło: wstąp do GROM. I choć zarówno adres strony jak i hasło kojarzy się każdemu (albo prawie każdemu) z jednostką stricte wojskową, tu trzeba ją rozumieć inaczej. To dosłownie: Grupa Różańcowych Orędowników Małżonek (sic!) Bardzo to seksistowskie, ale co ja się tam znam. A ja w swej naiwności sądziłem że Duchowa Adopcja to już Himalaje hipokryzji. W tym miejscu można mi zarzucić, że jako ateista się nie znam, a nawet fakt, że byłem wierzącym też nie działa na moją korzyść. Małego tego, w prześmiewczy sposób, jak przystało na felieton, pokpiwam z tak poważnej sprawy. W jakimś sensie będzie w tym trochę racji. Ale w następnej notce, która będzie już esejem, postaram się podejść do zagadnienia modlitwy całkiem na poważnie, bez ironicznych insynuacji.


poniedziałek, 10 października 2016

Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego Zagrożonego Zagładą



  Brzmi pięknie? Według mnie tak, choć nie do końca i gdyby nie pewne „ale”. Wyjaśnijmy więc najpierw na czym ma polegać duchowa adopcja. Jak wynika z nazwy nie jest to adopcja prawna dziecka poczętego. To przyjęcie obowiązku duchowej opieki na dzieckiem mającym być zagrożonym aborcją (dlaczego też nie naturalnym poronieniem?). Istotą tej adopcji jest modlitwa wstawiennicza do Jezusa Chrystusa o pomoc w ratowaniu życia, nieznanego, lecz wybranego przez Boga-Dawcę życia. Trwa dziewięć miesięcy. Tyle objaśnienie ze strony http://www.duchowa-adopcja.pl/

  I od tego miejscu zaczynają się już moje wątpliwości. Czymże jest owa duchowa opieka? Ano tylko modlitwą i tylko przez dziewięć miesięcy. Już tu narzuca się pierwsze krytyczne spostrzeżenie. Jak się narodzisz, radź sobie sam. Twój adoptujący Cię duchowo ma Cię głęboko w..., niepamięci, i to jest najbardziej delikatne słowo jakie przychodzi mi na myśl. Kuriozalne jest to, że ten adoptujący nawet nie zna tego kogo adoptuje. Tak dla niego, adoptującego, jest bezpieczniej, a nóż-widelec by się okazało, że urodzisz się potworkiem bez mózgu i musiałby wtedy ten adoptujący mieć wyrzuty sumienia, o kogo się modlił. Podobnie by się rzecz miała, gdyby ten adoptowany spowodował śmierć matki. A tak, ma czyste sumienie, on odpowiedzialności nie bierze za skutek, on spełnił swój boży obowiązek.

  Tu rodzi się pewna odrobinę bardziej zagmatwana wątpliwość. Bo ja całą tą Duchową Adopcję odbieram tak: patrz Boże, jaki jestem wspaniały, modlę się o życie jeszcze nienarodzonego, zagrożonego zagładą. Nie zapomnij o mnie i o tych moich adopcjach, gdy będę na Sądzie Ostatecznym. Jakoś tak mi się w tym miejscu kojarzy, że to ten nienarodzony bierze w adopcję tego, kto chce go adoptować duchowo. Ściślej ma być dowodem rzeczowym pobożności. Tu się można lekko zapętlić, ale tak to już jest z taką argumentacją. Mam na myśli argumentację tych adoptujących duchowo.

  I wreszcie ostatnia wątpliwość. Ta adopcja modlitewna jest kierowana do Jezusa Chrystusa. Tego samego, który przygląda się aborcjom od momentu pierwszego takiego zabiegu. I co? I nic, no może poza tym, że tych aborcji stale przybywa i przybywa, mimo coraz ostrzejszych zakazów prawnych, wprowadzanych przez ludzi. Przecież swoją boską mocą mógłby temu zaradzić.
A taaak, zapomniałem, nie może, bo to by przeczyło istnieniu wolnej woli. Tylko po co wtedy te modlitwy, skoro Jego jakakolwiek interwencja na skutek naszych błagalnych próśb, też musiałaby skutkować zaprzeczeniem tej wolnej woli? On mógłby w ten sposób poczuć się postawiony w sytuacji bez wyjścia, ściślej – pod ścianą. Bo prośby pewnie chciałby spełnić, ale nie może z powodu tej cholernej wolnej woli, którą ma matka chcąca się poddać aborcji.

  Irracjonalność tej Duchowej Adopcji Dziecka Zagrożonego Zagładą to Himalaje hipokryzji, ale to jej twórcom w niczym nie przeszkadza. Ona jest prosta, nie wymaga wysiłku, a nawet jest relaksująca, jak każda modlitwa, i bez względu na brak skutków (bo nie może być żadnych), czyni tych adoptujących nad wyraz szczęśliwymi. I tylko ich. Chyba czas ich z tego szczęśliwego błogostanu (letargu i umysłowego lenistwa) wyrwać i nakazać, aby wstali z kolan, bo im się porobią odciski. By poszli między te matki, które mają zamiar poddać się aborcji. Próbowali je przekonać uczciwymi argumentami i realnym wsparciem. I nie mam tu na myśli stresowanie ich groźbami, pokazywaniem plakatów rozerwanych płodów czy straszenie mękami piekielnymi...


czwartek, 6 października 2016

Czy to już czas seksmisji?



  To pytanie zrodziło się przy pisaniu dwóch notek na drugim blogu i po lekturze pewnego artykułu, gdyż mam bardzo przekorną naturę. Nie miałem wyjścia, trzeba mi było kobiety pochwalić w tamtych notkach. Ich siła rażenia była, napiszę z przekąsem, stokroć bardziej silniejsza niż jakiekolwiek działania polityczne panów. Spokojnie, tym razem w żadnej mierze nie będę pisał o polityce. Tylko a propos o niej napomknę. Pamiętamy tę komedię, kiedy to światem, nic to, że podziemnym, rządziły kobiety w sposób brutalny choć, jak to w filmach bywa, nieco przejaskrawiony. Jeśli się jednak głębiej zastanowić…

  Tym naszym rodzimym poletkiem rządzi kobieta. Wprawdzie, jak twierdzą złośliwi, nią rządzi jakiś pan prezes, niemniej ten stuprocentowym mężczyzną nie jest. Gdy żyła mamusia, był całkowicie od tejże mamusi zależy, teraz podobno zależny jest od kota, ale kto go tam wie, może to kotka? Ja jej pod ogon nie zaglądałem. Jest gorzej, zdecydowanie gorzej, i tu pozwolę sobie na lekki sarkazm. Tym rządem, rządzonym przez kobietę, tak naprawdę rządzą sukienkowi, też nie do końca mężczyźni. Oficjalnie im męskością nie wolno epatować. To nas, mężczyzn, nie powinno napawać optymizmem. Bo wbrew twierdzeniom historyków, tak naprawdę nigdy spod matriarchatu się do końca nie wyzwoliliśmy. Nic to, że korony nakładano w przewadze na głowy mężczyznom, tak się działo dla niepoznaki, bo jak ogólnie wiadomo, tymi głowami władały niepodzielnie kobiety. Nawet jeśli były tylko kurtyzanami, nałożnicami, a przede wszystkimi matkami i żonami, choć szacunek..., o teściowych nie słyszałem.

  Kobiety uknuły na nasz temat kilka mitów, które nas deprecjonują. Wymienię choćby dwa. „Faceci mają dwie głowy, ale myślą tylko tą mniejszą.”, „Chłopcy rozwijają się do siódmego roku życia, potem już tylko rosną”. Czyż można sobie wyobrazić bardziej seksistowskie dowcipy? Nawet te o blondynach się nie umywają, są tak głupie jak głupi wydają się być ich autorzy. Kobietom wydaje się najczęściej, że mają nad nami przewagę, a to „najczęściej” należy rozumieć jako „zawsze”. Gorzej, bo mają rzeczywiście rację z tą przewagą.  Mnie zawsze zastanawiało dlaczego to faceci muszą adorować kobiety? Gdy mniej niż sporadycznie dzieje się odwrotnie, mówi się o spaczeniu, czasami nawet o upadku obyczajów (sic!) Też by mi się podobało, gdyby piękna kobieta zabiegała o moje względy. Cóż, mogłem tylko pomarzyć.

  Napisałem w czasie przeszłym, bo właściwie z marzeń wyleczyła mnie żona. Przed ślubem było jeszcze ok, ale po (sic!) By iść na piwo z kolegami musiałem się haniebnie mizdrzyć jak łysy do grzebienia, wynieść śmieci, skoczyć do sklepu i obiecać, że wrócę całkiem trzeźwy, jakby to piwo było napojem bezalkoholowy (sic!) Jeszcze do dziś mam koszmary, bo czasami we śnie widzę twarz tego księdza, który opasając nasze dłonie jakąś wstęgą, obdarzył mnie dziwnym uśmiechem. Miałem później kumpla, klawisza, też się tak uśmiechał, gdy przyjmował nowego więźnia. Widać taki tik zawodowy mają. Klawisze i kapłani udzielający ślubu. Na cywilnym była urzędnik, kobieta, ta całą tę ceremonie traktowała bardzo poważnie, co mnie dziś nie dziwi. Później było już tylko gorzej. Za sprawą mamusi. Nie, nie tej mojej, rodzonej – mamusi swej nieodrodnej córeczki, a mojej żony. Te jej wizyty to były wizytacje, a winnym nieszczęść byłem oczywiście tylko ja. Nie pal tyle, bo firanki żółkną (żona też paliła). Popatrz jaka ona zapracowana a ty płaszczysz dupę w fotelu przed telewizorem (żona siedziała obok mnie, oglądając jakąś operę mydlaną, choć na innym kanale był ciekawy mecz). Zacząłbyś jakąś dietę bo ci brzuch rośnie (mamusia ledwie w drzwiach się mieściła). I tak przez cały czas wizyty, sorry, wizytacji.

  Na moje nieszczęście urodziły nam się dwie córki. To przecież już nie senny koszmar, a prawdziwa, wręcz namacalna gehenna. Na półce pod lustrem w łazience miejsca na moje golidła i kremy już nie było. Sznury w tejże łazience pełne damskich majtek, staników, pończoch, bluzek i etc., etc. Na kaloryferach też. Musiałem połowę swoich ciuchów z szafy wywalić, bo im zabrakło miejsca. Nie pamiętam już która wpadła na pomysł jarskiego żarcia. Nie pozwoliły mi nawet samemu usmażyć mojego ulubionego schabowego, oficjalnie z powodu smrodu, nieoficjalnie zapach był zbyt nęcący i mógł złamać ich postanowienie. To mi podsunęło genialny pomysł. Zresztą jedyny, który złamał babski reżim w moim domu, choć tylko na krótko. Kupiłem pęto dobrze uwędzonej, silnie pachnącej kiełbasy. Po godzinie ani śladu, choć nawet nie skosztowałem. W koszu na śmieci też nie było, sprawdzałem. Ten drobny sukces to było pyrrusowe zwycięstwo. Mnie z mięs i wędlin dostawały się zawsze ochłapy i żałosne resztki.

  A później była już tragedia. Nawet się ucieszyłem na widok przyszłego zięcia, choć szczerze, ale po cichu mu współczułem. Nie chciałem go wystraszyć. Rzecz w tym, że on zamieszkał z nami, już jako mój zięć, w dodatku też okazał się być „damskim krawcem”. Wypisz, wymaluj „Seksmisja”.

  Jak tak piszę ten tekst, to ja powoli nie rozumiem, co mnie w tych protestujących kobietach ujęło... 


sobota, 1 października 2016

Jak zastrzelić ateistę



  Najlepiej z broni palnej, pod warunkiem, że się taką broń posiada. To jednak nie takie proste, więc najlepiej zastrzelić go jakąś światłą, najlepiej świętą myślą. Ja już wspomniałem o Sławomirze Zatwardnickim, który napisał podręcznik na ten temat. Dość mierny niestety, ale można się nieźle ubawić. Okazało się, że ma naśladowców, rzekłbym bardziej światłych i błyskotliwych, może nie w temacie ateizmu, ile w rozbawianiu.

  Jeden taki zatytułował swój elaborat dość prowokująco i ciekawie: „Jedno pytanie, które warto zadać ateistom.” I na tym chyba jego możliwości intelektualne się kończą. Tym bardziej, że na jednym pytaniu się nie kończy, jest ich cała litania, choć to nie adekwatne do treści, bo np. litania do Matki Bożej jest bardziej sensowna. Nie wszystkie tu przytoczę, bo większość z nich jest tak naiwna, że pewnie dziecko na pierwszej lekcji religii zadaje ciekawsze pytania. To główne pytanie brzmi: „Czy naprawdę byłbyś zadowolony gdyby ateizm był prawdą? Przecież ateizm to źródło bezprawia w świecie.”
Pominę kwestię tego, że pytanie jest źle postawione, ani nie jest też retoryczne, choć zawiera odpowiedź. Jeśli pytać ateistę, to nie w trybie przypuszczającym. Dla ateisty, ateizm jest prawdziwy, inaczej nie byłby ateistą. Narzuca się wątpliwość, czy z przyjętego światopoglądu można być zadowolonym. Światopogląd się wyznaje, bez względu na nasze zadowolenie. Odpowiedź, której udziela autor pytania jest kłamliwa. Ateizm wyrósł z humanizmu, w XVIII wieku, na długo po tym, jak wytrysnęło źródło bezprawia i się rozpleniło po całym świecie. Ów ateistyczny humanizm był właśnie sprzeciwem wobec bezprawia monarchów i chrześcijańskiego kleru.

  Według ateizmu jesteśmy tylko chwilą w ewolucyjnym ciągu materii [sic! – zdziwienie moje], nasze wszystkie działania są bezsensowne. – w znacznej części prawda, choć konkluzja już całkiem do kitu, właśnie bezsensowna.  Katoliku, jeśli zaistniałeś na tym świecie to nie tylko po to, aby chwalić Pana. Musisz o siebie zadbać niemal w każdym aspekcie życia. Chcesz posiąść wiedzę, chcesz mieć potomstwo i je wychować, chcesz dożyć spokojnej i bezpiecznej starości. Ba!, często chciałbyś po sobie pozostawić jakiś ślad dla potomności. Ateista ma dokładnie tak samo, ale stawia te wartości jakby wyżej, bo nie obciąża go strach przed piekłem czy usilne starania dostania się do nieba.

  Dla ateisty nie istnieje coś takiego jak dusza i jego świadomość jest złudzeniem. – Zależy, co rozumieć przez duszę? Z tego stwierdzenia (bo to nie jest pytanie) ma wynikać, że duszą jest świadomość. I z tym można się zgodzić, rzecz w tym, że ateista i wierzący ma taką samą duszę lub/i świadomość, bo ona nie wynika z wiary w Boga. Pozostaje kwestia, czy ta świadomość jest złudzeniem? Niektórzy filozofowie tak twierdzili, ale bez rozróżnienia na ateizm i teizm. Niemniej bardziej prawdopodobnym jest to, że złudzeniem jest właśnie wiara w wieczność świadomości. Mamy tylko słowo przeciw słowu. Pierwsze oparte jest na wierzeniach starożytnych, drugie na braku możliwości sprawdzenia tego pierwszego. Nikt jeszcze nie dowiódł istnienia świadomości po śmierci mózgu. Paradoksalnie nawet żyjący człowiek, przez kilkanaście miesięcy, a nawet i dłużej, nie ma świadomości istnienia. I to dotyczy również wierzących.

  Jeśli ateizm jest prawdą, nikt nie ma ostatecznej władzy decydowania, co jest dobre a co złe. To jest prawda. Nasz poczucie dobra i zła wynika z wielowiekowych doświadczeń, przekazywanych potomnym. To, że moralność nie wywodzi się ostatecznej władzy wynika chociażby z faktu, że moralność stale ewoluuje, a przez nadanie powinna być stała. To, co kiedyś było dobre, dziś już niekoniecznie takie jest. Mój koronny argument to niewolnictwo, kary cielesne, nie wyłączając kary śmierci, czy wreszcie małżeństwo z woli rodziców.

  Jeśli ateizm jest prawdą, nikt z nas nie posiada żadnej woli, nie mówiąc już o wolnej woli, bo wszystko determinują prawa materii. – i tu się mój bohater kompletnie pogubił. Najpierw uznaje istnienie świadomości (nawet jeśli złudnej) a teraz ją całkowicie neguje. Nasza wola wynika z naszej świadomości i niewiele ma wspólnego z materią, poza tym, że świadomość wynika z posiadania materialnego mózgu. Sama świadomość nie jest materią. Jeśli już nas coś determinuje, to prawa natury, do których wierzący się często odnoszą.

  Jak może ktokolwiek być zadowolony ze światopoglądu ateistycznego? Przecież ateizm tak naprawdę likwiduje logikę wszelkich systemów etycznych, prowadzi do beznadziei, anarchii i bezprawia. – jeśli nie byłeś ateistą, jeśli nigdy nie próbowałeś zrozumieć ateizmu, jeśli nawet pobieżnie się z ateizmem nie zapoznałeś (wyłączam nieprawdziwe mity o ateizmie), nie wyciągaj tak pochopnych i nieprawdziwych wniosków, bo stajesz się śmieszny przez swoją indolencję i ignorancję. Bo jakiż to system etyczny ateizm likwiduje? O jakiej tu beznadziei mowa? Jakąż to anarchię wspiera i kiedy to gloryfikuje bezprawie?
Autor tych pytań się nie przedstawił, widać chyba sam nie wierzy w to, co pisze. Jeśli bowiem cały czas podpiera się prawdą, dlaczego się jej wstydzi? Ciekawe są komentarze, ale te już pozostawiam chętnym.

  Na koniec, dla rozluźnienia, pewien dowcip, chyba z brodą, ale w temacie.
Ateista trafia do piekła. Diabeł wita go uniżenie i oprowadza go po piekle. Pokazuje mu salę erotycznego masażu, salę fitness, salę restauracyjną, kinową, teatralną, bogato zaopatrzone sklepy itd., itd. Wreszcie trafiają do sali gdzie są kotły z gotującą się smołą.
– Diable, skąd nagle taka sala w tak ekskluzywnym piekle?
– Aaa, to wierzący ją sobie zażyczyli...



czwartek, 29 września 2016

I kto tu bluźni?

  Sławomira Zatwardnickiego, teologa, znam z kilku książek. Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna, o znamiennym tytule „Katolicki pomocnik towarzyski, czyli jak pojedynkować się z ateistą” (wydawnictwa Fronda, 2012 rok). Kupiłem, by poznać jakie „chwyty” będą wobec mnie stosować wierzący. De facto książka okazała się cenną właśnie dla ateisty, bo niemal w pełni obnaża wątpliwe niuanse teizmu i brak zrozumienia ateizmu.

  Ale ja nie o tym. Biję się w pierś, jeszcze nigdy z powodu tak poważnej celebracji, jaką jest Eucharystia, nie miałem tyle „ubawu”, choć bardziej adekwatnym byłoby określenie – zniesmaczenia. Byłem katolikiem, dostąpiłem komunii św. i zawsze mi się wydawało, że wiem czym jest Eucharystia. Wpajano mi, że to pamiątka Paschy Jezusa i jest urzeczywistnieniem więzi z Bogiem. Proste i zrozumiałe. Nie potrzeba mi było niczego innego. Nawet jako ateista, nigdy by mi nie przyszło na myśl wyobrażać sobie czegokolwiek innego, ani tym bardziej wyśmiewać się z tego sakramentu. Aż do dziś, właśnie za sprawą S. Zatwardnickiego – przypomnę – katolickiego teologa.

  W Ewangelii jest napisane: „Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: «To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę!»” [Łk, 22, 19]. Drogi Czytelniku, czy kiedykolwiek skojarzyłbyś te słowa z kanibalizmem? (sic!) S. Zatwardnickiemu i owszem tak się właśnie skojarzyło, bo cały artykuł* poświęca na to, aby tę opinię obalić. A by była jasność, uważa, że ten pogląd wcale nie wywodzi się nawet od „podwórkowego ateizmu”, za co ślę mu moje podziękowania. Szkoda, że nie wyjaśnia, skąd w ogóle mu przyszedł taki pomysł do głowy. Ja się domyślam, ale o tym cicho, o tym sza, nie będę autora wyprowadzał z błędu. W każdym razie, ja bym z tego jednego zdania Ewangelii św. Łukasza tak bulwersującego wniosku nie wyciągnął, bo choć mowa jest o Ciele, fragment „to czyńcie na moją pamiątkę” odnosi się do symbolicznego rytuału. Stąd, gdy czasami słyszę o spożywaniu pod postacią hostii Ciała chrystusowego, przechodzą mnie ciarki. A, że sprawa nie jest błaha, świadczą o tym rozpowszechniane cuda eucharystyczne, jak dla mnie – bluźnierstwo nad bluźnierstwami. Jeśli bowiem hostia byłaby prawdziwym ciałem Chrystusa, co usiłują nam wmówić orędownicy tych cudów, to można wtedy uznać, że faktycznie, przyjmujący komunię świętą są w jakiejś mierze kanibalami, choć jak udowodniono, sprawcą pojawienia się „krwi” na tych „cudownych” hostiach jest rzadko występująca i niegroźna dla człowieka bakteria, o pięknej łacińskiej nazwie Serratia marcescens, po polsku już mniej ładnie: pałeczka krwawa.

  Na szczęście S. Zatwardnicki nie odnosi się do cudów eucharystycznych i udaje mu się udowodnić, że spożywanie hostii nie jest kanibalizmem, ale tłumaczy to dość pokrętnie. Pozwolę sobie na cytat: „Przyjmowanie Eucharystii oznacza, że nie spożywa się tu „rzeczowego” daru (ciała i krwi), lecz że dokonuje się tu wejście Osoby w osobę. Żywy Pan ofiarowuje się mi, wkracza we mnie i zaprasza mnie, bym się Mu oddał tak, aby wypełniły się słowa: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus.” [cytat w oryginalnym brzmieniu]. Pomijam ostatnie zdanie, z którego mogło by wynikać, że spożycie hostii jest równoznaczne ze śmiercią (sic?) Bardziej drażni mnie owo „wejście Osoby w osobę” bo też wydaje mi się niefortunne, tyle że pewnie przemawia przeze mnie zakorzenione w pamięci szkolne spaczenie. Pamiętam jak chemik na swoich lekcjach często cytował swoje ulubione powiedzonko: „ciało w ciało daje jeszcze jedno ciało”. Nie bardzo rozumiem dlaczego Eucharystia nie może mieć „tylko” charakteru ważnego, uświęconego rytuału, sakramentu symbolizującego połączenie się z Bogiem, ale trzeba ją koniecznie pogmatwać, tak jak to czyni S. Zatwardnicki? Dla mnie autor tego artykułu był zrozumiały, gdy kreował się na zaprzysięgłego wroga ateizmu, choć w przytoczonej we wstępie książce, wbrew tytułowej sugestii, bardziej swój gniew kieruje na „letnich” katolików. Widać ateiści nie zwracają na niego uwagi, więc uderza w „swoich” za to, że nie rozumieją i nie kultywują wiary tak, jak on od niech tego wymaga (sic!) W swoich książkach jest autentyczny, na niszowych portalach jak Fronda.pl czy pch24.pl rozmywa swój autorytet na drobne.

Przypisy: