sobota, 26 sierpnia 2017

W okowach różańca



  Tytuł brzmi pewnie bluźnierczo i prowokacyjnie, ale proszę o wybaczenie, tak zadziałał mój umysł na wieść o akcji „Różaniec do granic”1, organizowany przez Stowarzyszenie Solo Dios Basta, ściśle powiązane z Radiem Maryja. Akcja ma polegać na odmówieniu różańców przez wiernych, którzy utworzą szpaler ustawiony wzdłuż całej granicy Polski (aby nikt nie uciekł?), na morzu zaś będą stać kutry rybackie, niby kutry torpedowe, by nikt się nie wyrwał z tej różańcowej pętli, jak to ujął pewien portal katolicki: „(pętli – dopisek mój), która ma opleść nasz kraj”.

  Ciekawa jest już sama nazwa tego stowarzyszenia „Solo Dias Basta”, co daje się przetłumaczyć jako „Bóg sam wystarcza”. W tej nazwie jest już zawarta pewna sprzeczność. Skoro bowiem sam wystarcza, dlaczego trzeba Go wspierać taki akcjami jak: ustanowienie Chrystusa królem Polski, a Matkę Bożą królową? Po co ta akcja tworzenia pętli różańcowej, której celem jest podobno ratowania świata, ze szczególnym wskazaniem na Polskę, co mnie kojarzy się li tylko z nawracaniem na „jedynie prawdziwą”, katolicką wiarę. I nie idzie tu o samą deklarację wiary, o nie. Wszyscy wierzący, a nie praktykujący, też będą podlegać tej odnowie i nie mam tu na myśli tylko odnowy moralnej, ale stricte obrzędowej. Taka jest przecież propagowana przez ośrodki zbliżone do radiomaryjnego Kościoła katolickiego w Polsce, hierarchów nie wyłączając. Mógłbym być bardziej sarkastyczny, gdyż akcję poprzedza (od 3 maja) pielgrzymka grupy byłych więźniów wzdłuż granic, bez prowiantu i pieniędzy. Taki dość znamienny symbol – Polska ma stać się katolickim więzieniem(?) Charakterystyczny jest jeszcze jeden szczegół. Będą cztery różańce. Dwa pierwsze, gdy odmawiający różaniec będą skierowani twarzami w stronę Polski, co można interpretować jako formę egzorcyzmu (rzecz nie nowa), pozostałe dwa, w stronę świata, co z kolei mógłbym interpretować dwojako: odwalcie się od katolickiej Polski lub, bierzcie z nas przykład. Skłaniam się ku pierwszej wersji, bo ja prędzej uwierzę, że piekło istnieje, czego namiastkę mamy dziś w Polsce, niż w to, że świat weźmie z naszego obrzędowego katolicyzmu przykład.

  Nie mogę się nie odnieść, niejako ad hoc, do innego artykułu2, w którym autor szuka analogii między kibicowaniem na stadionie sportowym (piłkarskim?) do... pielgrzymek na Jasną Górę. Już łatwiej byłoby o wypunktowanie różnic. Czytam, że to są dwa miejsca, gdzie możesz być naprawdę sobą, gdzie Polacy mogą się choć przez chwilę poczuć razem, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu (sic!). Posłużę się krótkim cytatem: „[chodzi – dopisek mój] o potrzebę odnalezienia przestrzeni, w której nie tylko tracą na znaczeniu codzienne potyczki polityczne, ale miejsca gdzie narodowe swary wręcz nie mają wstępu ustępując przed sprawami o niebo od siebie ważniejszymi”3. Paradoksalnie jest w tym stwierdzeniu sporo racji ale jednocześnie jest też oczywistym zakłamywaniem rzeczywistości. Weźmy te mecze reprezentacji Polski. Primo, ten tłum, gdzie człowiek ma czuć się naprawdę sobą, jest naładowany negatywnymi emocjami wobec obcych, zarówno kibiców jak i piłkarzy drużyny przeciwnej. Duo, niech li tylko ta reprezentacja okaże słabość, ba! poniesie druzgocącą klęskę, to nasze pragnienie bycia naprawdę sobą, zmienia się w szyderstwo, wulgaryzmy i gwizdy z ironicznym: „Polacy nic się nie stało”. A pielgrzymki na Jasną Górę? Nie neguję aspektu religijnego, ten faktycznie łączy, wierni mogą poczuć się razem, ale nie trudno na podstawie homilii tam wygłaszanych dojść do wniosku, że ta wspólność jest skierowana przeciw innym, różnym w określonych pielgrzymkach. A to przeciw niewiernym, a to niezbyt gorliwym, a to przeciw nie takim patriotom, jakich oni sobie wyobrażają, a to nawet..., przeciw rządzącym, którzy nie palą się do zaostrzenia prawa aborcyjnego i wprowadzenia zakazu pracy w niedziele (sic!)

  Ja rozumiem, Kościół, szczególnie katolicki, jest dziś teoretycznie w defensywie z powodu narastającej sekularyzacji, za którą de facto jest w znacznej części sam odpowiedzialny. Niemniej te akcje, takie rozumienie religijności, tej tendencji nie odwrócą, ba!, one ją przyspieszą, gdyż taka forma jest ośmieszaniem samej siebie. Komu to dziś potrzebne? Na pewno nie tym, którzy sekularyzacji ulegli. To bardziej rozpaczliwe gesty tych, dla których obrzędowość ma większe znaczenie niż sama wiara. Oni nie chcą zrozumieć, że „równość wszystkich wobec Boga” jest niczym innym jak pluralizmem, a nie bezwzględnym podporządkowaniem wszystkich ludzi nakazom ich pojmowania wiary. Skoro tak namiętnie szafują pojęciem „wolnej woli”, dlaczego tak kategorycznie chcą zabronić jej stosowania? Czuję niesmak, gdy inspiratorzy akcji „Różaniec do granic” tę akcję afiszują hasłem: „Królowo moja, jestem, pamiętam, czuwam. Polska”4. Jakim prawem podpisują się nazwą kraju – Polska!? Innowiercy, ja i mnie podobni, a nawet wierzący o innych zapatrywaniach na obrzędowość, ogólnie będący w większości, już nie tworzymy tego kraju?




środa, 23 sierpnia 2017

Spiskowa teoria dziejów



  Dziś dla odmiany odskocznia od tematów religijno-moralnych. Przyznaję, że dla mnie i ten temat w jakimś sensie jest „ulubiony”, gdyż jestem zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich spiskowych teorii dziejów, mających uzasadnić pewien rodzaj fałszywej, choć silnie lansowanej interpretacji wydarzeń historycznych i społecznych. Niestety, walka z owymi mitami wcale nie jest łatwa, o czym niejednokrotnie miałem okazję przekonać się na swoich blogach.

  Spiskowa teoria dziejów twierdzi, że większość decyzji politycznych, społecznych i gospodarczych zapada zakulisowo, przywódcy państw są marionetkami w rękach masonów, magnaterii, iluminatów, a nawet... kosmitów. Najbardziej słynną i zakulisową grupą mieli być Mędrcy Syjonu. Bywają też pomniejsze teorie spiskowe, jak np. zmowa lobby farmakologicznego, którego produkty, pod pozorem leczenia mają de facto rozpowszechniać choroby lub zamach na wieże World Tower Center, który miał być inspirowane przez sam rząd Stanów Zjednoczonych. Ale ja nie tyle o przykładach ile o samym zjawisku.

  Większość z nas lubi czytać i nie mam tu na myśli li tylko literatury pięknej, choć i tę nie można wykluczyć z przyczyn utwierdzających nas w przekonaniu, ze coś z tą spiskową teorią dziejów jest na rzeczy. Wspomnę chociażby bestseller „Kod da Vinci”. Zasada polega na tym, że istnieje udokumentowany związek: nadawca – komunikat –odbiorca, przy czym komunikatem jest najczęściej wiadomość w różnego rodzaju mediach (telewizja, prasa, Internet). Najistotniejszym jest tu odbiorca, któremu nadawca usiłuje narzucić pewien tok myślenia. Podzieliłbym ich (odbiorców) na trzy grupy: odporna, przeciętna i populistyczna. Pierwsza neguje wszystkie spiskowe teorie dziejów. Źródłem tego stanowiska jest opieranie się tylko na faktach historyczno-empirycznych bez niezdrowej emocji i nadmiernej analizy, zupełnie zbędnej w pewnych przypadkach, za to charakteryzuje ją wyczulenie na „zmienność” historii. Zmienność uzależnioną od aktualnie lansowanej ideologii. Druga grupa to ci, którzy są podatni na tzw. literaturę popularno-naukową, film i telewizję z jednej strony, na dom rodzinny i szkołę z drugiej. Siłą rzeczy tu już jest furtka do akceptacji niektórych teorii spiskowych, przy czym charakteryzuję ją jeszcze pewna ostrożność i krytycyzm. Wreszcie trzecia grupa, której świadomość historyczna jest oparta tylko na produktach środków masowego przekazu, którą to świadomość da się łatwo kształtować i zmieniać. Jak to ujął Janusz Tazbir „Wykreowany obraz wizji historycznej jako galimatiasu, dzięki któremu akceptuje się obraz rzeczywistości kreowany przez twórców różnych spiskowych teorii dziejów, nęcący swą na pozór logiczną, choć prymitywną budową”1. Łatwo zauważyć, że ta kreacja bardzo przypomina intrygę kryminalną: nieznany sprawca lub sprawcy, dokonuje zbrodni na jakieś grupie ludzi, ale zagadki nie da się rozwiązać lub ktoś, z jakichś nieznanych przyczyn, nie chce jej wyjaśnić. Ta druga wersja, brak chęci, jest bardziej popularna i daje dodatkowe paliwo do snucia różnych tez, mających umocnić odbiorcę w przyjmowaniu takiej wersji wydarzeń.

  Rodzi się pytanie „dlaczego spiskowo-historyczna narracja budowana jest na wzór intrygi kryminalnej?”2. Odpowiedź wydaje się prosta, lubimy sensacje, szczególnie zaś te, które w pseudo-naukowy sposób tłumaczą przyczyny naszych niepowodzeń i niemożliwość wybicia się ponad przeciętność. Czytałem wiele książek kryminalnych i sensacyjnych, oglądałem wiele tego typu filmów i nigdy nie mogłem uciec od pewnego schematu. Bardziej fascynowały mnie te pozycje, gdzie było wiele niesprawdzonych i nietrafnych poszlak. Prosty schemat: zbrodnia-dowody zbrodni, wyrok sądowy i kara, też budzi sensację, ale nie skłania do refleksji, nie pasjonuje już tak samo jak maksymalne skomplikowanie wątków. Podobnie ma się sprawa naszego postrzegania wydarzeń historyczno-społecznych, im bardziej skomplikowane ich podłoże, tym łatwiej nadać im charakter sensacji, nierzadko spełniające kryteria spiskowej teorii dziejów. Warto przy tym zauważyć, że twórcy tych teorii dość precyzyjnie kierują swoje teorie w stronę właściwego odbiorcy, tu – trzeciej grupy odbiorców (rzadziej do drugiej), opisanej w akapicie powyżej.

  Kolejne pytanie: po co twórcom owa spiskowa teoria dziejów? Odpowiedź też wydaje się równie prosta. Tak jak w klasycznym przykładzie mitu o Mędrcach Syjonu chodziło o zdeprecjonowanie Żydów, nie tylko komunistów, tak w każdym innym przypadku taki mit ma charakter pejoratywny, by napiętnować jakieś grupy etniczne lub społeczne. W ten sposób dezawuuje się dziś Zachód, muzułmanów, ośrodki liberalno-demokratyczne, ekologię, ateizm, sekularyzację, a nawet inteligencję. A wszystko opiera się na dość powszechnej tezie: „Opinii publicznej się nie informuje, politycy kłamią, agencje rządowe kontrolują obywateli, a tajne służby to już kontrolują wszystko, zresztą to się wszystko układa w jedna całość. (...) na świecie panuje chaos spowodowany przez wrogie, potężne siły, których na pewno nie uda się odkryć”3. Łykamy takie insynuacje jak przysłowiowe ciepłe bułeczki, najczęściej dlatego, że taka interpretacja odpowiada naszym zapotrzebowaniom. Bo czyż nie jest prawdą, że politycy kłamią (nie zawsze) i kontrolują nas (choć nie wszystkich) tajne służby? W gruncie rzeczy na tym to właśnie polega - mieszać półprawdy z fikcją.

  Mnie w tych spiskowych teoriach dziejów zastanawia szczególnie jedno. Owe potężne i nie dające się odkryć siły, de facto działają same przeciw sobie. Jeśli bowiem jakaś siła chce zniszczyć pewną grupę społeczną i jej się to uda, nie będzie miała kogo niszczyć, więc w końcu zacznie zjadać swój własny ogon. Tak jest w przybliżeniu z Mędrcami Syjonu, którzy musieliby przy okazji niszczyć również własny naród. Dla przykładu, jeśli takie lobby farmaceutyczne zarazi ludzkość chorobami, to ludzie w końcu wymrą i nie będzie komu serwować zatrutych leków. Ale to już twórców spiskowych teorii dziejów nie interesuje.


Przypisy:
1 - J. Tazbir, „Od Haura do Isaury”, Warszawa 1988, s. 231
2 - J. Pomorski, „Historyk i metodologia”, Lublin 1991, s. 64
3 -
http://naukowy.blog.polityka.pl/2017/08/21/spiskowe-teorie-tego-i-owego-a-nawet-wszystkiego/?nocheck=1


piątek, 18 sierpnia 2017

Oklepany temat



  W dniu 17 bieżącego miesiąca w „Wyborczej” znalazłem artykuł zatytułowany „Zakonnik z Częstochowy oskarżony o 11 czynów seksualnych z nieletnimi chłopcami”1. Ściślej, chodzi o dyrektora placówki – salezjańskiego domu dziecka w jednej z dzielnic Częstochowy. Przeczytałem bez egzaltacji, choć przecież mógłby to być dla mnie temat marzenie, tym bardziej, że inne portale tematu raczej nie podchwyciły, nawet tak antyklerykalny jak Newsweek.

  Za to ja temat podchwyciłem, choć w innym kontekście, innym niż można się spodziewać. Kilka dni wcześniej na portalu katolickim deon.pl znalazł się wywód na temat „Wszystkich win Watykanu”, w którym autorka ubolewa, że media wyolbrzymiają wszystkie niegodziwości katolickiego kleru, a o innych grupach, gdzie dochodzi do podobnych przypadków, już jakby ciszej i bez skandalu. Kuriozum polega na tym, że autorka już w pierwszym akapicie przeczy sobie sama: „Jakiś czas temu na łamach „Corriere della Sera” została odtworzona z pewnym rozgłosem [podkreślenie moje] historia człowieka, który opowiadał, że na początku lat osiemdziesiątych w koszarach rzymskich doznał przemocy i gwałtów. (...) przełożeni wojskowi zobowiązali ofiarę do milczenia, aby nie kalać dobrego imienia wojska”2.  Pozostaje nieodgadnionym pytanie, skąd w takim razie „Corriere della Sera” o sprawie się dowiedział? Autorka żali się również na to, że ta sprawa nie wywołała „zbiorowego oburzenia”, tak jak w przypadku kleru. A przecież wystarczy zachować pewne proporcje. Jednostkowy przypadek w wojsku, w stosunku do wcale nie rzadkich przypadków np. w sierocińcach, którymi opiekuje się Kościół. W dodatku, ów żołnierz był de facto człowiekiem dorosłym i w końcu zareagował – poskarżył się przełożonym. Dzieci w sierocińcach mają zdecydowanie gorzej, właśnie dlatego, że są dziećmi i do ich oskarżeń podchodzi się z pewną dozą niedowierzania. Tragiczniej, komu miały się poskarżyć, skoro ich przełożonym był sam gnębiciel?! Aby było śmieszniej, jeśli o śmieszności może tu być mowa, autorka ma pretensje, że sprawa wykorzystywania seksualnego i maltretowania chórzystów z Ratyzbony była manipulacją. Bo media mówiły o ponad pięciuset ofiarach, a udowodniono tylko 67 przypadków seksualnego wykorzystania członków chóru (sic!) Cóż, sześćdziesiąt siedem to w końcu faktycznie znikoma liczba jak na jeden przykościelny, dziecięcy chór. Ją przeraża „skrajna surowość względem instytucji kościelnej”..., kiedy w takim rzymskim wojsku maltretuje się i gwałci jednego, dorosłego rekruta.

  Bulwersują mnie dwie sprawy po za tą najważniejszą – krzywda wyrządzona najsłabszym. Po pierwsze owa kontrargumentacja, która próbuje nam wmówić, że nagłośnienie przypadków pedofilii wśród kleru jest atakiem na Kościół i religię. Innymi słowy, jeśli nie można się obronić przed oskarżeniami, trzeba samemu oskarżać w myśl zasady: najlepszą obroną jest atak. Atak na tych, którzy zwracają uwagę na padalców, dodajmy: tych, którym ewidentnie winę udowodniono. Po drugie, niezrozumiała pobłażliwość obrońców dobrego imienia Kościoła w takich przypadkach jak w Ratyzbony czy w Częstochowie. Kościół wiele i głośno mówi o tym, że dziś wobec zwyrodnialców podejmuje zdecydowane kroki i to nam, szaraczkom powinno wystarczyć. Tylko ja mam wątpliwości, bo wobec zakonnika z Częstochowy, który nieoficjalnie miał się przyznać do niektórych stawianych mu zarzutów, zastosowano bardzo ostre sankcje – zawieszono go w pełnieniu funkcji dyrektora placówki (został za kaucją zwolniony z aresztu). To już chyba nie wymaga komentarza.




środa, 16 sierpnia 2017

Odmawiajcie różaniec.




  Kult Maryjny w Polsce i świecie jest dość szeroko rozpowszechniony i ma bogate tradycje, mimo że jego geneza może budzić pewne wątpliwości. Wszak w samych Ewangeliach, postać Maryi występuje ledwie kilkanaście razy. Ale ja nie o tym, czy ów kult ma uzasadnienie czy nie, w gruncie rzeczy dziś niewiele z tego kultu rozumiem, choć przecież w latach młodzieńczych sam pielgrzymowałem i do Częstochowy, i do Piekar Śląskich. Wtedy wydawał mi się tak oczywisty jak sama wiara w Boga.

  Odłamy protestantyzmu tego kultu nie uznają i w tym tkwi największa różnica w odniesieniu do katolicyzmu. Nie będę wchodził w ten spór, nic mi do niego. Natomiast mamy sierpień, miesiąc tradycyjnych pielgrzymek do Częstochowy. Nawet i ta tradycja nie budzi mojego sprzeciwu. W końcu przymusu pielgrzymowania nie ma, przynajmniej póki co. O tych pielgrzymkach jest teraz multum artykułów na portalach katolickich i prawicowych, szczególnie takich, które je gloryfikują,  uzasadniają i do nich zachęcają. Rzekłbym lekko ironicznie: reklama dźwigną handlu, co nie jest aż tak do końca określeniem przesadzonym czy metaforycznym. Ale skoro toleruję reklamy w ogóle i tej formy propagującej pielgrzymki nie mogę krytykować.

  Niejako przypadkiem natrafiłem na dość kontrowersyjny w swej wymowie artykuł, który namawia do regularnego odmawiania różańca, nie tylko w czasie owych pielgrzymek. Właściwie w samej namowie do odmawiania modlitwy różańcowej też nie widzę nic niestosownego, gdyby..., gdyby nie uzasadnienie, ujęte w tytule: „15 obietnic, które Matka Boża złożyła każdemu odmawiającemu różaniec”1. W moim, ateistycznym odczuciu anonimowy autor „om” (za bł. Alanem de La Roche), pewnie nieświadomie, zamiast przysporzyć glorii Matce Bożej po prostu ją obraża. Warto przeanalizować wybrane z tej piętnastki punkty.

1. Tym, którzy będą pobożnie odmawiali Różaniec, obiecuję szczególną opiekę.
Co to znaczy pobożnie? Jest jakaś miara (skala) tej pobożności? Czy nie łatwo o wniosek, że tym, którzy niezbyt pobożnie odmawiają różaniec, już szczególna opieka się nie należy?
2. Dla tych, którzy będą wytrwale odmawiali Różaniec, zachowam pewne szczególne łaski.
Dokładnie to samo. Jest jakaś miara wytrwałości? Dzień, miesiąc, rok, całe życie? W obu punktach mamy do czynienia z rodzajem kupczenia, odmawiaj różaniec – a będzie ci coś dane, coś, co nie wszystkim wiernym się należy.
4. Różaniec doprowadzi do zwycięstwa cnoty i dobra; w miejsce miłości do świata [podkreślenie moje] wprowadzi miłość do Boga i obudzi w sercach ludzi pragnienie szukania nieba.
Powiem szczerze, że nie zazdroszczę tym, którzy pozbędą się miłości do świata i wszystkiego, co go tworzy, czyli nawet ludzi. Życie w takim świecie musi być koszmarem.
5. Ci, którzy zawierzą mi się przez Różaniec, nie zginą.
To już kuriozum graniczące z groźbą. Możesz zginąć bracie i siostro, jeśli nie zawierzysz się Matce Boskiej przez różaniec.
6. Ci, którzy będą z pobożnością odmawiali mój Różaniec, rozważając jego tajemnice, nie zostaną zdruzgotani nieszczęściem ani nie umrą nie przygotowani.
Podobnie jak powyżej, trudno tej „obietnicy” nie traktować inaczej jak groźby, tu groźby zdruzgotania nieszczęściem. Zresztą sama obietnica, w odniesieniu do faktów wydaje się mało wiarygodna.
11. To, o co prosić będziecie przez mój Różaniec, otrzymacie
Można by sądzić, że każda inna prośba do Boga czy do Maryi, jeśli nie będzie mieć załącznika w postaci Jej modlitwy różańcowej, jest... nieskuteczna.
14. Ci, którzy wiernie odmawiają mój Różaniec, są moimi dziećmi – prawdziwie są oni braćmi i siostrami mego Syna, Jezusa Chrystusa.
Tu już chyba mamy do czynienia z herezją. Pominę fakt, że w Biblii nie znajdziemy żadnej wzmianki o takim znaczeniu różańcowej modlitwy. Jest gorzej, bo oto człowiecza kobieta, nawet jeśli w jakiś sposób wyróżniona przez Boga, jeśli nawet święta i błogosławiona, zostaje w tym zdaniu stawiana wyżej niż Jezus Chrystus, to jej się przypisuje prawo orzekania, kto ma być bratem lub siostrą Syna Bożego (sic!)


  Ten artykulik, w moim osobistym przekonaniu, bardziej ośmiesza religię i wiarę katolicką, niż wszyscy ateiści, niewierni, wierzący inaczej a nawet bluźniercy... razem wzięci. Tego nie da się inaczej określić inaczej, jak totalna kompromitacja, nie tyle kultu Maryjnego, nie tyle samego Różańca, ile głupiej i bezrefleksyjnej wiary. Mógłbym to zrozumieć, gdy to był jednorazowy wyskok jakiegoś „nawiedzonego inaczej”, tacy się w końcu trafiają, ale nie potrafię zrozumieć, że taka forma religijności może być propagowana na katolickim portalu, który w swym opisie twierdzi, że „ma wymiar cywilizacyjny [podkreślenie moje], a nawet eschatologiczny”2.

  W dniu poprzedzającym opublikowania felietonu wydarzyła się na Maderze tragedia3. Podczas obchodzenia święta patronki wyspy, Matki Boskiej z Gór, przewróciło się drzewo na świętujących, zabijając 11 osób (w tym dwoje dzieci) a 35 zostało rannych. Nie wyobrażam sobie aby nie odmawiali różańca, ale ja żadnego związku się nie doszukuję, niczego nie sugeruję, niemniej polecam jeszcze raz spojrzeć na punkty 5, a przede wszystkim 6.